Piotr Zbroziński, 17.06.2014 / foto: CGM.pl

TAGI: Aerosmith, Alter Bridge, Impact Festival, wasz.txt

"Świetny wokalnie, w dobrej kondycji fizycznej i w poprawnym kontakcie z rzeczywistością". Relacja z łódzkiego koncertu Aerosmith

Tekst nadesłany przez Czytelnika.

Zajrzyj do naszego sklepu i zamów biografię Stevena Tylera.

Pogoda w dniu łódzkiego koncertu Aerosmith przypominała tę z końca maja 1994, kiedy to zespół wystąpił pierwszy raz w Polsce, na stadionie Gwardii w Warszawie. Tylko korki były zdecydowanie mniejsze, zwłaszcza te na autostradzie A2. Zapewne głównym powodem takiego stanu rzeczy był brak przedmiotowej autostrady, chociaż panującą obecnie sytuację również można by tak nazwać. Remont nawierzchni odcinka C spowodował, że do Atlas Areny dotarłem z godzinnym opóźnieniem, dokładnie wtedy, gdy rozpoczął swój występ Alter Bridge.

Zgodnie z zasadą "najlepiej słychać przy akustyku" przysunąłem się blisko konsolety. Nie pomogło. Dźwięk ze sceny był daleki od doskonałości, uderzenia perkusisty w talerze nie wywoływały żadnego słyszalnego efektu, całość miała lekki syndrom występu na sąsiednim podwórku. Repertuar live zespołu był mi znany, choćby z niezłego koncertu pokazywanego przez jedną z płatnych telewizji niezbyt dawno temu. Żeby nie psuć zapamiętanego pozytywnego obrazu, wybrałem się sprawdzić ofertę gastronomiczną Areny. Opuszczając płytę przekonałem się tylko, że na trybunach było lepiej słychać. Spotkane w kuluarach zdeklarowane fanki Mylesa Kennedy’ego, potwierdziły tylko moje przypuszczenia, że nie jest to najlepszy występ kwartetu. Nie tylko z powodów odsłuchowych. Wśród muzyków Alter Bridge dało się zauważyć pewne zniechęcenie, może zmęczenie, a może jedno i drugie. Co zagrali? Większość kompozycji pochodziła z płyty "Blackbird", na początku usłyszeliśmy dwa utwory z ostatniej płyty, było też coś z pierwszej oraz reprezentacja albumu "AB III". Ładnie zabrzmiała ballada "Watch Over You", gdzie głos wokalisty nareszcie dobrze się skomponował z akustycznym akompaniamentem. W innych utworach było z tym gorzej. To już mój osobisty problem, że nie mogę jakoś polubić tego świetnego przecież wokalisty, śpiewającego w swoim własnym zespole. Ze Slashem? Bardzo proszę. Ballada z własnym akompaniamentem na akustyku? Bez problemu. Z metalowym łojeniem, zwłaszcza obecnym na ostatniej płycie? Jak dla mnie, ta mieszanka nie działa. Przypomina mi to - proszę fanów AB o wybaczenie - przypadek krajowego zespołu pt. Harlem. Panowie chcieli grać rocka, mieli dobre kompozycje i sprawnego wokalistę. Problem był jednak taki, że ów wokalista długie lata prześpiewał w country’owym zespole Babsztyl i mimo doskonałości technicznej, jego styl śpiewania z rock and rollem po prostu nie konweniował. Wokalista Rysiek powrócił zresztą parę lat temu do korzeni. Co będzie dalej z Mylesem i AB - czas pokaże…

{reklama-ebilet}

Skoro mowa o czasie… Wraz z wybiciem 21:30, na telebimie ukazała się transmisja z garderób muzyków Aerosmith. Widzieliśmy m.in. Brada Whitforda rozgrzewającego palce graniem bluesa, Joe Perry’ego analizującego mapę z zaznaczonymi miejscami koncertów oraz Stevena Tylera, który miał na drzwiach dużą kartkę z napisem "Jesteś w Łodzi, w Polsce"… To, co rzucało się w oczy, to wystrój garderób, z dedykowanym umeblowaniem, a także wystrojem ścian. Wygląda na to, że zespół prócz zestawu mebli, wozi ze sobą na trasie utalentowanego dekoratora wnętrz. Warto też wspomnieć o niezwykle profesjonalnej ekipie telewizyjnej, wyposażonej w bodaj osiem kamer i zdolnego realizatora wizji, efekty pracy której przyszło nam za chwilę podziwiać na telebimie. Chwilę przed rozpoczęciem występu gwiazdy wieczoru, operatorzy kamer rozgrzewali się chwytając w kadr urodziwe niewiasty z widowni. Pewna blondwłosa pani , gdy zauważyła, że znalazła się w oku kamery, szybkim ruchem obnażyła swe wydatne piersi. Tłum w Atlas Arenie zaryczał i tylko z boku usłyszałem żeński komentarz -"eee, silikony…". Potem w prasie doczytałem, że ów biust należał do niejakiej Dody. Niebywały refleks - szacun p. Doroto…

O tym, że Doda jednak nie skradła show kwintetowi z Bostonu, mieliśmy przekonać się za chwilę, gdy starsi panowie wyszli na scenę i zaczęli występ od "Eat The Rich". Pierwsze wrażenie - Steven Tyler (66 lat) jest w formie. Świetny wokalnie, w dobrej kondycji fizycznej i w poprawnym kontakcie z rzeczywistością. Zapanował nad tłumem w mgnieniu oka - po pierwszych taktach wszyscy (a właściwie - wszystkie) byli (były) jego. Zmartwił mnie nieco Joe Perry. Po pierwsze - posturą anorektyka, świadczącą o poważnych zaburzeniach przemiany materii. Po drugie - tym, że nie mogłem usłyszeć jego gitary, a jak już ją słyszałem, to dźwięki przez nią generowane bywały dziwne i niekoniecznie zgodne z tym, co słychać na płytach. Ale może po prostu źle usiadłem. Cieszył perkusista Joey Kramer. Dwadzieścia lat temu walczący z demonami i średnio obecny duchem, w Łodzi uśmiechający się zza bębnów od ucha do ucha i dobrze grający. Duet Whitford - Hamilton, tu niewiele się zmieniło. Profesjonalni, trochę z boku, ale trzymający w ryzach całą warstwę instrumentalną. Chociaż przybył im ważny sojusznik. To klawiszowiec i wspomagający wokalista Bob Johnson, odpowiedzialny za wszystkie harmonie wokalne na koncercie. Zwykle dośpiewywał "górę" do partii Tylera, w większości przypadków równocześnie grając podkłady i partie instrumentów dętych na klawiszach. Wyczyn prawie tak imponujący, jak piersi Dody… Osobiście z dużą satysfakcją słuchałem oszczędnej ale bardzo dobrej gry na gitarze Brada Whitforda, który fizycznie teraz trochę przypomina guru radiowego eteru Piotra Kaczkowskiego. A ponieważ p. Kaczkowski chroni swój wizerunek i nie pozwala się fotografować, to każdy, kto w Łodzi zauważył gitarzystę Aerosmith, poznał też przy okazji ten starannie skrywany sekret polskich mediów.



Repertuar koncertu obejmował to, co zapewne wszyscy chcieli usłyszeć. Czyli same hity - "Love In A Elevator", "Cryin’", "Rag Doll", "Last Child", znakomite "Toys In The Attic", "Dude (Looks Like A Lady)" czy aktywizujące żeńską część publiczności "Jaded", a zwłaszcza "I Don’t Want To Miss A Thing". Steven Tyler nie dość, że śpiewał i hipnotyzował słuchaczki to jeszcze błyskał poczuciem humoru. W "Living On The Edge" dorwał na zapleczu sceny technika odpowiedzialnego za zwijanie kabli kamerowych i sformułowaniem "sing, motherfucker!" zachęcił go do współwykonania refrenu. W innym momencie wyciągnął z, tłumu dziewczę, z którą wykonał taniec - polkę. Może doszłoby do czegoś więcej, gdyby nie to, że pani była nieskora do interakcji i mocno przestraszona. Dodam, że nie była nią Doda. Zespół wykonał też dwa nowe utwory. Skoczny "Oh Yeah" oraz dość eksperymentalny, zbudowany na trzech akordach "Freedom Fighter". Zaśpiewał go Joe Perry. Podczas tej piosenki realizator wizji wyświetlił tekst na ekranie, co było o tyle zasadne, że dykcja i umiejętności wokalne Perry’ego nie ustępują tym, którymi dysponuje Keith Richards. Duet wokalny obu panów, albo może i cała płyta - to by było coś! Właściwą część koncertu zakończyło "Walk This Way", po czym nastąpiły bisy. "Dream On", w którym Steven Tyler grał (całkiem przyzwoicie) na fortepianie (elektrycznym) to jak dla mnie najbardziej pamiętny moment koncertu. Na koniec "Sweet Emotion", w którym Tyler popisywał się z kolei grą na tykwie, zaś Perry podłączył sobie steel guitar. Koniec - bez mała dwie godziny minęły jak z bicza strzelił.

Który koncert był lepszy? Ten na Gwardii czy ten w Atlas Arenie? No cóż, śmiem twierdzić, że ten łódzki. Ale tamten był pierwszy, muzycy i słuchacze byli młodsi, nie było wtedy telebimów i Doda nie miała jeszcze takich piersi…