Łukasz Żurek, 07.07.2014 / foto: Marcin Bąkiewicz / mfk.com.pl

TAGI: Pustki, Pearl jam, MGMT , The Afghan Whigs, Opener Festival

Pustki, tłumy i wino. Relacja z II dnia Open'er Festival

Podczas koncertu poszły dwie butelki wina.

{reklama-ebilet}

Pustki miały pecha – mniej więcej w połowie ich występu rozpoczynał się oblegany występ MGMT. Jednak ci, którzy zostali na koncercie zespołu Barbary Wrońskiej i Radka Łukasiewicza, na pewno nie żałowali swojej decyzji. Pustki wydały w marcu nową płytę "Safari", różniącą się stylistycznie od ich reszty nagrań. Bez przesady mogę stwierdzić, że warszawski zespół zaprezentował podczas koncertu repertuar, który spokojnie mógłby zabrzmieć na jednym z zachodnich, alternatywnych festiwali – szczególnie mocno zabrzmiał utwór "Tyle z życia". Pozytywne, inteligentne kompozycje z "Safari" zapewniły świetną atmosferę w wypełnionym (niestety) tylko w 1/3 namiocie. Znów muszę pochwalić brzmienie sekcji rytmicznej na Open'erze; genialne partie basowe rodem z "Hail to the Thief" Radiohead napędzały cały występ. Nie bez znaczenia było również poczucie humoru obojga wokalistów. Żarty dotyczące "smutasowego" wizerunku zespołu czy prognoz pogody na następne dni budowały klimat podczas tego odrobinę opustoszałego występu.

A jak wywołani na początku MGMT? Może to uprzedzenia wobec tego zespołu, a może spora odległość od imprezowego kotła pod sceną, ale w czasie ich występu dominowała przede wszystkim nuda. Zblazowane pozy Bena Goldwassera i Andrew VanWyngardena, set ułożony raczej pod występ klubowy niż festiwalowy, narkotyczne wizualizacje na ekranach, zbliżenie kamerzysty na fankę pokazującą piersi... tyle zapamiętałem z tego dość średniego koncertu. Chociaż trzeba przyznać, że przeciągnięte w stronę psychodelicznego house'u "Kids" zamieniło na chwilę scenę Open'era w pokręcony występ z lat 70.



Lepiej było pójść na oddalony o spory kawał drogi występ The Afghan Whigs. Koncert przyciągnął naprawdę dużą publiczność, zważywszy na średnio melodyjne, duszne kompozycje zespołu. Największe wrażenie robił głos lidera, Grega Dulliego, balansujący między lirycznym, bluesowo/soulowym śpiewem a hardrockowym wrzaskiem. Potężne brzmienie gitar w "Gentleman", "My Enemy" czy "Debonair" ogłuszało tak, jak powinno. Cieszył hołd dla zmarłego niedawno Bobby'ego Womacka, czyli powolny, pogrzebowy cover "Across 110th Street". Ogólnie im dłużej trwał występ, tym utwory stawały się dłuższe, bardziej depresyjne, a Dulli mocniej wczuwał się w ich teksty. Świetny, nieprzebojowy koncert – to dobrze, że na najważniejszym festiwalu muzycznym w Polsce znalazło się miejsce dla The Afghan Whigs.

Zaraz po ostatniej kompozycji trzeba było szybko zajmować jak najlepsze miejsca przy głównej scenie, gdzie mieli rozpocząć swój dwugodzinny występ Pearl Jam. Tłoczno było już w odległości 10 metrów od sceny, a co dopiero przy barierkach. Nie bez powodu Eddie Vedder kilka razy przypominał o tym, że trzeba dbać o towarzystwo bawiące się obok nas – podczas koncertu było naprawdę gorąco. Nic dziwnego, skoro grunge'owa gwiazda zaczęła od wiązanki świetnych utworów "Go", "Corduroy" i "Mind Your Manners", które zmuszały do skakania. Set był skomponowany podobnie, jak płyty Pearl Jam; po kilku szybszych utworach – ballada albo trochę wolniejszy kawałek. Lider kapeli był w świetnej formie wokalnej, chociaż po początkowym lekkim chwianiu się i nieudanych próbach skonstruowania zdania widać było, że sporo wypił (podczas koncertu zresztą poszły dwie butelki wina). Procenty we krwi Veddera zdawały się jednak jedynie napędzać występ: piękne wykonanie "Given to Fly", wzruszające "Elderly Woman Behind The Counter In A Small Town", ostre "Do the Evolution", obowiązkowa łamana polszczyzna, opowieści o tym, jak członek zespołu miał kłopoty z przedostaniem się do Polski, bo zapomniał paszportu, rozpoznawanie w tłumie znanych ze wcześniejszych występów fanów... Wszystkie takie drobne zdarzenia, które trudno przenieść do relacji, sprawiły, że uczestniczyłem w jednym z najlepszych koncertów, jakie widziałem (nie tylko na tegorocznym Open'erze). I nawet MGMT, na których występ narzekałem, zyskali w moich oczach dzięki zespołowi Veddera – pojawili się na scenie na chwilę w czasie bisów. Pearl Jam żegnany był bez smutku; po przyjęciu, jakie zgotowała im Open'erowa publiczność pewnym jest, że wrócą do naszego kraju.