tło klikalne

Karol Stefańczyk, 10.08.2015 / foto: materiały prasowe

TAGI: dr. dre, Karol Stefańczyk, felieton

Ludzie Dr. Dre: 1999 – 2015

Eminem, 50 Cent, The Game, Kendrick Lamar, ale też kilka niewypałów.

Szesnaście lat. Tyle przyszło nam czekać na nowy album Dr. Dre. W piątek, 7 sierpnia, na rynek trafi ścieżka dźwiękowa do filmu "Compton", będąca de facto pierwszym od 1999 roku krążkiem w całości wyprodukowanym przez Andre Younga. Na płycie – poza doskonale znanymi dziś nazwiskami i ksywkami jak Eminem, Snoop Dogg czy Kendrick Lamar – pojawi się też kilku raczkujących dopiero na rynku wykonawców. Nie o nich jest jednak ten tekst. Nad młodymi z "Compton" pochylił się ostatnio serwis NPR i wszystkich zainteresowanych odsyłamy do tego  właśnie artykułu.



Premiera albumu i obecność na nim kolejnej generacji podopiecznych Dre zachęca do postawienia pytania: co się stało z tymi, których Young wziął pod opiekę w ostatnich szesnastu lat? Ilu z nich wypaliło, ilu pogrążyło się w zapomnieniu?

Playlista, którą przygotowaliśmy wspólnie z serwisem WiMP, stawia w pierwszej kolejności na tych z osiągnięciami na koncie. Zarówno artystycznymi, jak i komercyjnymi. Biografie Eminema, 50 Centa, The Game’a czy Kendricka Lamara oraz miejsce Dre pośród tych życiorysów są tak dobrze znane, że nie ma widzimy sensu, by pochylać się nad nimi po raz kolejny. Warto natomiast zastanowić się, co stało się z tymi wykonawcami, którym w wytwórni Aftermath wieszczono sukces podobny do wyżej wymienionych.



Zanim skupimy się na młodych gniewnych, których przerósł ich własny hype, warto pochylić się nad przypadkiem rapera, który na długo przed poznaniem Dre zapracował na status legendy. Gdy sięgniemy do muzycznej biografii Younga, okaże się, że być może największym rozczarowaniem w XXI wieku było dla niego spotkanie z Rakimem. Legendarny nowojorski MC dołączył do Aftermath w 2000, niespełna rok po wydaniu swojego doskonałego solowego krążka "The Master". Będąc już pod skrzydłami Dre, zapowiedział swoją kolejną płytę – "Oh, My God" – która, jak wiadomo, nigdy nie ujrzała światła dziennego. Dlaczego? Jeszcze w 2002 roku można by sądzić, że wszystko jest w porządku. Rakim pojawił się w singlu Truth Hurts (innej wokalistki, która przepadła w cieniu Dre), dograł się razem z Youngiem do "The Watcher 2" Jaya Z, wystąpił na ścieżce dźwiękowej do "8. Mili". Kilkanaście miesięcy później było już jednak po wszystkim. Rakim tłumaczył po latach, że przyczyną rozstania były różnice w wizjach artystycznych. W jednym wywiadzie stwierdził, że podczas gdy Dre oczekiwał od niego mordowania ludzi, on wolał ich raczej ożywiać, gdzie indziej zaś dorzucił, że kalifornijski producent traktował go jak nieokrzesanego ucznia, którego trzeba prowadzić za rękę przez tajniki pracy studyjnej.



Znamienne, że w podobnym tonie o Dre wypowiadał się później Bishop Lamont, 37-letni dziś raper, który trafił do Aftermath w 2005 roku, a opuścił wytwórnię pięć lat później. Również on – MC o nieporównywalnie niższej pozycji w hip-hopie niż Rakim – stwierdził, że autor "The Chronic" jest silnym, charyzmatycznym i narzucającym swoje pomysły człowiekiem, z którym komuś o podobnym temperamencie i bezkompromisowym charakterze zawsze trudno będzie się współpracować. Lamont to, z jednej strony, przypadek szczególny. Porównywany był przez samego Dre do Eminema, z którym miał ponoć dzielić błyskotliwość, bezczelność, prowokacyjny ton i nerwowy, rozedrgany styl. Z drugiej strony, pomimo wielu pochwał (nie tylko ze strony swojego mistrza, ale też krytyków i słuchaczy), Lamont skończył jak Stat Quo, Slim The Mobster czy Knoc-Turn’Al (sylwetki wszystkich wnikliwie nakreśla magazyn FACT ). Swoją drogą, Lamonta i Quo łączą podobne zapewnienia: obaj twierdzą, że nagrali kilkaset numerów w czasach działalności w Aftermath. Ile z nich ujrzało światło dzienne, nie trzeba mówić.