Karol Stefańczyk, 10.08.2015 / foto: materiały prasowe

TAGI: Off Festival, Karol Stefańczyk

Walka dobra ze złem – relacja z I dnia OFF Festivalu

Na scenie wystąpili m.in. Sunn O))), The Residents i Susanne Sundfor.

Pamiętacie czerwony pokój z "Twin Peaks"? Ten, w którym rozgrywały się kluczowe dla serialu sceny? Ten, w którym kawa gęstniała, bohaterowie mówili od tyłu, karzeł tańczył, a agent Cooper mierzył się z zagadką śmierci Laury Palmer? Prawdopodobnie wszystkie te obrazy powrócą jeśli nie wprost, to chociaż w umysłach uczestników Off Festivalu już dziś, podczas koncertu Xiu Xiu, na którym trio zmierzy się z klasyczną muzyką Angelo Badalamentiego. Ale pewien przedsmak tego, co może nas czekać, pojawił się już podczas pierwszego dnia imprezy, gdy swój koncert na głównej scenie dali The Residents. Przez wiele lat kojarzeni z wielkimi maskami w kształcie gałek ocznych, od jakiegoś czasu pokazują się w innych nakryciach głowy – czaszkach z porożami i innymi elementami, które odejmują im grozy, nadają zaś groteskowego klimatu.

Skąd więc skojarzenie z "Twin Peaks"? Trzeba zacząć od kolumn, pośród których grał zespół – były w czarno-białą kratkę, zupełnie jak podłoga w czerwonym pokoju. To właśnie te kolumny wyznaczały przestrzeń dla muzyki. Gdyby opisywać ją jakimiś przymiotnikami, pierwszym byłby pewnie "surrealistyczna" lub "oniryczna", dalej zaś "kinowa", bo całość pomyślano tu jako spektakl z głosami postaci, partiami narratorskimi i kolejnymi aktami w postaci piosenek. Począwszy od wokalu, a skończywszy na wykręconych partiach instrumentów (aczkolwiek świetnie, selektywnie brzmiących!), nad wszystkim unosiła się atmosfera kiczu, jakby The Residents świadomie igrali z konwencją, sięgali po różne ograne melodie czy techniki opowieści (np. konwencja horroru), po czym mielili je swoimi awangardowymi trybami. "Czysty postmodernizm", usłyszałem od jednego z uczestników festiwalu i rzeczywiście, to kolejne hasło łączące tę kapelę z wywołanym klasykiem Lyncha.



Można się jednak zastanawiać, czy to właśnie The Residents należy się tytuł najdziwniejszego koncertu pierwszego dnia festiwalu. Znajdą się tacy, którzy tym mianem określą występ Sunn O))). Show Stephena O’Malleya jest jednak na tyle subiektywnym, absolutnie własnym doświadczeniem, że tego typu opinię trzeba brać natychmiast w (nomen omen, potrójny) nawias. W końcu to, co jednym wyda się dziwne, inni uznają za wizję rewelatorską, wywracającą do góry nogami dotychczasowe myślenie o muzyce. Bo gdzie są jej granice? Czy zataczające coraz szersze kręgi fale przesterów, ekstremalny ciężar gitar, stapiający się z nimi wokal i powracające tu i ówdzie piski (ludzi? zwierząt?) wpisują się jeszcze w terytorium muzyki? A może ta ściana dźwięku – twardsza niż najtwardszy shoegaze – która wyłaniała się z gęstego dymu scenicznego, każe myśleć w zupełnie innych kategoriach o sobie? Tak, koncert Sunn O))) przynosi więcej pytań niż odpowiedzi. Nie znaczy to jednak, że nie dostarcza żadnych wrażeń estetycznych. Migający pośród kolejnych dźwiękowych ataków ból znalazł w końcu swoje zachwycające odbicie w czerwonym, apokaliptycznym niebie nad Sceną Leśną.



Tak się złożyło, że piątkowy rozkład koncertów na Scenie Głównej pozwalał najpierw rozładować wszystkie pozytywne emocje, które tkwią w człowieku, by następnie zostawić go z tym, co najbardziej niepokojące, mroczne i dwuznaczne w jego naturze. Surrealistyczne tripy The Residents i graniczne doświadczenie Sunn O))) zostały więc poprzedzone, z korzyścią dla zdrowia psychicznego, występami Susanne Sundfor, Songhoy Blues i Pablopavo. O sile norweskiej wokalistki można się było przekonać najlepiej wtedy, gdy stanęło się odpowiednio blisko sceny. Z daleka sprawiała wrażenie kolejnej utalentowanej, ale w gruncie rzeczy operującej schematami skandynawskiej gwiazdy electro-popu. Z bliska okazywało się, że kreatywności i zapału ma na tyle dużo, by pewnego dnia opuścić ciepłe gniazdo zgrabnych, chwytliwych oraz tanecznych piosenek i wybrać się w jeszcze ambitniejsze rejony, pokombinować z możliwościami wokalnymi (które – trzeba przyznać – ma fantastyczne), rytmiką nagrań i aranżacjami. Sygnały tego, w którą stronę może pójść jej twórczość (a było słychać w tym momentami echa Bjork), nie były jednak głównym atutem tego występu. Decydującą rolę odegrały w tym wszystkim potężne, porywające syntezatory i mocne stopy, które niosły każdą melodię.



Fantastyczną, dobrą energię wytworzyli Songhoy Blues. Ten pochodzący z Mali zespół nieprzypadkowo ma w swojej nazwie "blues". Amerykański kanon tego gatunku stanowi punkt wyjścia dla wielu nagrań kapeli, co widać szczególnie w gitarocentrycznym, nabitym solówkami aranżu. Trudno jednak nazwać tę muzykę epigońską. Co decyduje o jej oryginalności, to przede wszystkim równie silna obecność elementów ludowych, zaczerpniętych z lokalnej tradycji. Wokal (połączony z wyrazistą ekspresją sceniczną lidera bandu) kieruje nas w stronę world music, rytm – w rejony nieznane na ogół polskim nogom. Taniec (tak, do bluesa!), mocno promowany przez członków grupy, mógł sprawiać niekiedy trudności katowickiej publiczności. Ostatni, wyposażony już w bardziej znajomą rytmikę utwór wynagrodził jednak wszystkie momenty zakłopotania.