Blogosfera, 25.10.2009 / fot: logo

TAGI: Living Colour

Blog radar

Najciekawsze wpisy z muzycznej blogosfery: Czego się wstydzimy na podstawie Last.fm i rzecz o Living Colour.

Mariusz Herma / ziemianiczyja.pl

Wiadomo: Last.fm starannie bada, czego każdy z 20 mln użytkowników serwisu słucha najczęściej. I pokazuje to całemu światu, w tym twoim znajomym, i tym prawdziwym, i tym z grupy wyznawców prawdziwego indie albo podziemnego dark ambientu. I zazwyczaj jest to bardzo fajne.

Ale ze słuchaniem jest tak, jak z oglądaniem: Almodovar Almodovarem, ale każdy obejrzy sobie czasem „Love Actually”, „Underworld”, dwa sezony „Battlestar Galactica” albo wszystkie 22 filmy o Bondzie (przyznaję się) .  I potem wstyd. (Albo i nie – patrz komentarze).

Na szczęście zanim koledzy z Last.fm cię przydybią i skompromitują, możesz wykasować z profilu niechciane tracki. Zarządzający serwisem zebrali to, zliczyli, i wywiesili najbardziej wstydliwe (w praktyce, a nie teoretycznie!) utwory września. A kiedyś udawało się, że ta koszulka Anathemy w szafie to nie moja…

1. Lady GaGa – Poker Face
2. Lady GaGa – Paparazzi
3. Britney Spears – Womanizer
4. Lady GaGa – Just Dance
5. Perry – I Kissed A Girl
6. Britney Spears – Circus
7. Lady GaGa – LoveGame
8. Black Eyed Peas – I Gotta Feeling
9. Britney Spears – Piece Of Me
10. Katy Perry – Hot N Cold
11. Coldplay – Viva La Vida
12. Paramore – Misery Business
13. Rihanna – Disturbia
14. Britney Spears – Gimme More
15. Britney Spears – If U Seek Amy
16. Michael Jackson – Beat It
17. Michael Jackson – Billie Jean
18. Britney Spears – Radar
19. Muse – Supermassive Black Hole
20. Kings of Leon – Sex On Fire

www.ziemianiczyja.pl  

***

Lesław Dutkowski / dutkowski.wordpress.com 

Living Colour! Znowu w Polsce! Yeah! I to w moim rodzinnym mieście. Radość wielka będzie 29 stycznia 2010. Zwłaszcza, że będą promować absolutnie znakomity album “The Chair In The Doorway” (w Polsce Mystic Production). Ja po prostu uwielbiam sposób, w jaki ci faceci bawią się konwencjami. Lekko, swobodnie ze zwinnością radzieckiej gimnastyczki sportowej skaczą z rocka w soul, z soulu w funky, pohałasują trochę elektronicznie, rozhulają tanecznym pulsem, pojazzują, rzucą coś w reggae albo, ku zaskoczeniu, zagrają po prostu prostą rockową piosenkę. Corey, Vernon, Doug i Will z upływem czasu nic nie tracą na jakości jako muzycy. Wprost przeciwnie, oni są coraz lepsi. Nie wiem, jak to robią, ale to robią.

 Bardzo mnie do siebie przekonując każdą płytą. To nie jest prosta sprawa, aby startując od takiego arcydzieła, jakim bez wątpienia był “Vivid”, zachować poziom i klasę na następnych produkcjach. Living Colour nigdy nie zawodził. Pamiętam, jak dość mocno mieszano z błotem “Stain”. Tylko niech ci, którzy to robili, pokażą mi zespół, który w tamtym czasie nagrywał takie perełki, jak “Leave It Alone”, “Ignorance Is Bliss” czy “Nothingness”. “Collideoscope” sukcesu nie odniósł, a przecież było na nim kilka fantastycznych numerów – “Holly Roller” czy wzruszająca ballada “Flying”. O kapitalnych coverach AC/DC i The Beatles nawet nie wspominam. Living Colour już od “jedynki” słynęli z doskonałych przeróbek, a najbardziej spośród nich zapadła mi w pamięć ultraszybka wersja “Should I Stay Or Should I Go” The Clash.

 Ze smutkiem przeczytałem, że “The Chair In The Doorway” w pierwszym tygodniu sprzedał się w USA w niewiele ponad 2 tys. egzemplarzy (nasz Behemoth ponad dwa razy tyle). Świat ewidentnie schodzi na psy. Nie docenić takiego albumu… Trudno mi to pojąć. W tych kilkunastu krótkich piosenkach jest tyle fajnej treści, że trudno się nie zachwycić. Bycie ambitnym nie jest dziś opłacalne. Szczęśliwie Living Colour to doskonali muzycy, którzy wcześniej zarobili na trzeci filar i dziś mogą robić to, co chcą, mając gdzieś mainstream.

 Jednym z milszych wspomnień mojej wywiadowczej kariery na pewno pozostanie rozmowa z Vernonem na kilka tygodni przed koncertem w Stodole. Byłem zszokowany tym, jakie ten facet ma szerokie horyzonty muzyczne. Gdy wymienił jako jednego ze swoich ulubionych gitarzystów gościa z Necrophagist, myślałem że robi sobie ze mnie jaja. Nie robił. Oglądanie go w akcji powinno wejść do programu obowiązkowego w klasach gitary w szkołach muzycznych. Zresztą trójki jego kolegów z LC również. “The Chair In The Doorway” to dla mnie z pewnością ścisła czołówka płyt 2009 roku. Mam nadzieję, graniczącą dość blisko z pewnością, że koncert nowojorczyków będzie w szpicy przedniej moich wydarzeń artystycznych roku następnego.

www.dutkowski.wordpress.com