Karol Stefańczyk, 25.01.2016 / foto: P. Tarasewicz

TAGI: Ellie Goulding, Karol Stefańczyk, felieton

Apokalipsa Ellie Goulding. Ciemny nurt, którego nie usłyszysz na sobotnim koncercie wokalistki

Karol Stefańczyk odkrywa mroczną stronę Ellie Goulding.

Choć obecna na rynku od zaledwie sześciu lat, doczekała się już kilku przekrojowych artykułów. Zbliżający się, sobotni koncert w Warszawie przyniesie pewnie kilka kolejnych, tyle że w języku polskim. Biografię Ellie Goulding łatwo wpisać w schemat "od zera do bohatera", od zwykłej dziewczyny z rozbitej rodziny, która w bardzo krótkim czasie stała się jedną z kluczowych postaci brytyjskiej sceny tanecznej.

Odłóżmy więc na chwilę na bok ten pogodny wizerunek 29-letniej artystki. Tego uśmiechu nie trzeba opisywać; zobaczycie go w ten weekend na Torwarze. Spróbujmy w tym miejscu uchwycić inny, ciemniejszy nurt w życiu i twórczości Goulding. Nie jest on tak ukryty, jak moglibyście sądzić.

Klamrą dla tej historii niech będzie śmierć. Trupy, zwłoki, ciała. Śmierć ciągnie się za Ellie Goulding od dziecka, ze śmiercią też wokalistka chce się związać, gdy pewnego dnia przyjdzie jej się rozstać z muzyką. O co chodzi? Oddajmy głos samej zainteresowanej: "Mój ojciec miał obsesję na punkcie morderstw. Pamiętam, jak dawał mi grube pliki z historiami przestępczymi. Było tam dużo naprawdę plastycznych zdjęć z morderstwami. Do tego książki o braciach Kray i morderstwach na wrzosowiskach. Cóż, miałam wtedy całkiem sporą wiedzę o najbardziej znanych mordercach".



Gdy Goulding wspomina tamte czasy w rozmowie z "The Telegraph", w jej słowach nie ma śladu nostalgii. Nic dziwnego. W 1992 roku, gdy miała pięć lat, jej ojciec opuścił ją oraz matkę. "Najpierw widzieliśmy się co weekend, później raz w miesiącu, a później już w ogóle", przyznaje. To wydarzenie wywarło na nią tak duży wpływ, że przez długi czas trudno jej było komukolwiek zaufać. "Szczególnie mężczyznom", dodaje. "Już sobie z tym poradziłam, ale kiedyś, gdybym się z kimś umawiała, zachodziłabym w głowę, dlaczego ten ktoś jest dla mnie taki miły".

Wątek ojca powraca kilkukrotnie w twórczości Goulding. Najwyraźniej chyba w utworze "Father", opowieści o mężczyźnie, który nie dorósł do roli ojca:




A jednak Goulding, zapytana o swój plan B na wypadek, gdyby z jakiegoś powodu musiała zakończyć karierę muzyczną, odpowiedziała bez wahania, że zostałaby grabarzem: "Jestem zafascynowana śmiercią, trupami i tego typu rzeczami. To jakaś moja chorobliwa pasja".

Czyli wróciłaby do tych motywów, które nieodłącznie związane są z jej dzieciństwem. Więcej, poszłaby w ślady swojego ojca, który także wywodził się z rodziny grabarzy. Nie to jest jednak najciekawsze w powyższej wypowiedzi, ale "chorobliwa" fascynacja zwłokami. Trudno w nią uwierzyć, zważywszy, że wokalistkę na ogół kojarzy się – przynajmniej w ostatnich latach – z tanecznymi, pisanymi pod wakacje utworami, w której więcej jest afirmacji życia, niż perspektywy śmierci. Sama Goulding twierdzi jednak, że wiele jej nagrań nosi ślady tej obsesji: "Są piosenki, które są zainspirowane historiami o morderstwach, których nasłuchałam się w dzieciństwie. Od zawsze interesowałam się śmiercią i byłam świadoma własnej śmiertelności".

O jakich utworach tu mowa? Czy Goulding miała na myśli może "Dead in the Water"? Tam osoba, która poszukuje miłości, porównana jest do topielca skazanego na dramatyczną samotność.




A może chodziło jej o "Don’t Say A Word"? Co prawda w samej piosence więcej jest świadectw życia na pełnej petardzie ("Czuję, że żyję jak nigdy wcześniej" itp.) ale już krótki komentarz samej Goulding każe się zastanowić, czy za tymi stłumionymi bębnami i eterycznym wokalem nie kryją się ciemniejsze wizje dotyczące – jak twierdzi sama wokalistka – "marzeń o śmierci" czy "tego, co się dzieje z tobą, gdy umrzesz".




A może takim numerem jest "Under The Sheets"? W refrenie słyszymy tam dwuznaczną frazę: "We're under the sheets and you're killing me/ In our house made of paper, your words all over me" (“sheet" to przecież zarówno “arkusz papieru", jak i “prześcieradło")? O tej piosence Goulding mówiła, że pisała ją z zaskakującą lekkością i łatwością, mimo że temat nie był lekki: "Opowiada ona o bardzo mrocznym związku, bo opartym tylko na fizyczności. I nie idzie tu o seksualność. Ta piosenka pokazuje, że niektóre relacje nie mają w sobie nic prawdziwego, nic dobrego. Sama doświadczyłam tego uczucia, gdy próbujesz się oprzeć na czymś mało stabilnym. Będąc ze swoją ukochaną osobą w domu, możesz sądzić, że świat nie podetnie ci skrzydeł, ale w pewnym momencie trzeba wyjść na zewnątrz i zmierzyć się z rzeczywistością".

Czyli znów mrok. I śmierć, która symbolizuje tu wikłanie się w jakieś nieprawdziwe relacje.




Powyższe nagrania pochodzą z dwóch pierwszych longplayów Goulding, "Lights" i "Halcyon". Na ubiegłorocznym "Delirium" trupów już nie znajdziecie. Czy ma to coś wspólnego z muzyczną ewolucją artystki i zupełnym otwarciem się na dance-pop? Być może. Ale zanim wrzucicie tę płytę na słuchawki i pójdziecie z nią biegać – zastanówcie się, po co to robicie. Świadoma swojej śmiertelności Ellie Goulding wie: "Biegam, bo chcę, by moje ciało było gotowe - na coś. Nie wiem, na co. Być może na coś złego, co zaraz się przydarzy w naszym życiu. Czuję po prostu, że muszę być w świetnej formie przez cały czas".

Angielski dziennikarz skwitował te słowa komentarzem: "Nie chodzi więc o maraton, ale nadchodzącą apokalipsę". Dobrej zabawy w sobotę.