Artur Rawicz, 22.02.2016 / foto: Artur Rawicz / mfk.com.pl

TAGI: Lady Pank, Artur Rawicz, felieton, Andrzej Mogielnicki

Mogielnicki mnie oszukał. Felieton Artura Rawicza

Takich oszukanych jak Mateusz Natali i ja jest więcej.

Można mieć dość beletrystyki i zmyślanych historii. Miałem kiedyś taką koleżankę. Oznajmiła to nagle na jakimś papierosie i od tamtej pory co tydzień czy dwa przynosiła jakieś zaskakujące i ciekawe detale z życia Napoleona, Grety Garbo, Hitlera, Gagarina, Fogga czy Dmowskiego. Poszła w biografie, wspomnienia i wywiady rzeki. Po kilku latach zrozumiałem, o co jej chodziło. Ostatnio, jeśli coś czytam - z bólem przyznaję, że mało - to właśnie takie pozycje. I właściwie tylko muzyczne. Jedne lepiej napisane, inne gorzej. Są takie, które po grze wstępnej kartkowania lądują na półce. Na szczęście są i takie jak "The Beatles" Huntera Daviesa, "Młot Bogów" Stephena Davisa czy "Oczami brata" Roberta Hendriksa, które są pożerane lub pożerają - zależnie od punktu widzenia. I wszystkie raczej pozbawione są fikcyjnych wątków... Trafiają się też oczywiście kompletne zmyślone historie. Sięgam po takie, bo nazwisko zmyślającego jest wystarczającym magnesem i gwarantem dobrej zabawy. To np. "Śmierć Bunny'ego Munro" pióra Nicka Cave'a. Nikt jednak jeszcze, do tej pory, nie zrobił mnie w ch*ja tak elegancko jak pan Andrzej Mogielnicki.

Mogielnicki to ten jegomość, który jest autorem tekstu do "Kryzysowej narzeczonej" Lady Pank. Zresztą współzakładał ten zespół. Napisał też tryliard innych tekstów piosenek, które zanucić potrafi każdy, kto choć trochę interesuje się muzyką. Ignorantów muzycznych nie liczę, nie ma sensu. Im się tylko wydaje, że się interesują. No więc ten Mogielnicki, z pewnego bezpiecznego oddalenia (siedem lat temu wyprowadził się na Dominikanę), napisał coś jakby uzupełnienie historii laski, która mogła zostać kryzysową narzeczoną, ale nie została, nigdy nie dowiedziała się, co straciła i zamiast klepać słodką biedę, przysyłała kartki nie wiadomo skąd z życzeniami Wesołych Świąt. Klasyk. Zaintrygowało mnie. Chwytam za okładkę, a na niej szacowni dziennikarze muzyczni cmokają, że książka kozak (wiadomo, wydawca umieszcza takie laurki na okładce zawsze) i że wreszcie po tylu latach dowiedzieli się, kto był tą narzeczoną. Kurde - pomyślałem sobie - ja też chcę wiedzieć! Tym bardziej, że gra wstępna kartkowania przebiegła nad wyraz atrakcyjnie i od razu przeistoczyła się w zachłanną konsumpcję nieoczekiwanego związku - jak i książka - aż do zaskakującego finału. Bo język porywisty, historia zaskakująca, tło barwnie opisane. Anegdoty mistrzowskie i przypowiastki na marginesie celne. I nagle wszystko zaczyna się zgadzać. Pętla wokół głównej bohaterki zaciska się powoli i pozwala na jednoznaczną jej identyfikację, z imienia i nazwiska! Zwłaszcza, jeśli ktoś pamięta lata 90. i miał wtedy telewizor i do gazet zaglądał. Równie atrakcyjne śledztwo prowadzi się równocześnie w celu zidentyfikowania kolegi-jebaki (przepraszam za słowo, ale...). Tym bardziej atrakcyjne, iż zdaje się nim być jeden z aktualnych ministrów, czasem jeden z byłych ministrów. Z biegiem książki... No dobra. Starczy, nie psuję zabawy.



Kiedy już z satysfakcją rozwikłałem zagadki personalne, ze spektakularnym opadem szczęki podzieliłem się sensacyjnymi newsami z najbliższymi i znajomymi, wtedy Andrzej Mogielnicki, kompletnie znienacka zadał mi cios w plecy. Wyprowadził go z najmniej oczekiwanej strony. Sympatyczny kolega, dziennikarz hiphopowy Mateusz Natali w prywatnej rozmowie o tej książce podesłał mi wywiad z autorem tejże. Wywiad, w którym wszystkie efekty mojego literacko-historycznego śledztwa zostały postawione na głowie. Zostałem elegancko zrobiony w konia. Jak dzieciak. Piękne to i zabawne. Zdaje się, że takich oszukanych jak Natali i ja jest więcej. I będzie jeszcze więcej, bo wieść o "Kryzysowej narzeczonej" rozlewa się między ludźmi, to raz, a dwa - Mogielnicki już jest w połowie prac nad kolejną książką, dla której punktem wyjścia jest jego tekst innego szlagieru wszech czasów - "Mniej niż zero".