tło klikalne

Karol Stefańczyk, 26.04.2016 / foto: mat. pras.

TAGI: Prince, Karol Stefańczyk, felieton

Prince, czyli jak być niezależnym

Niewielu jest wykonawców, którzy mogą się poszczycić tyloma muzycznymi i lifestyle’owymi rewolucjami, co Prince. Wspominamy zmarłego w czwartek artystę.

To było jakoś w maju 2011 roku. Wtedy padła informacja, że wreszcie – wreszcie, bo po kilku niepotwierdzonych plotkach – swój pierwszy koncert w Polsce zagra Prince. W Gdyni, na Open’erze. Czy to dobre miejsce na tego typu występ? Czas pokazał, że i tak, i nie. W Internecie znaleźć można mnóstwo głosów najmłodszych słuchaczy, tych, którzy wówczas przyjechali na festiwal dla kogo innego. O autorze "Sign o’ the Times", rzecz jasna, słyszeli, ale nie na tyle, by zjechać dla niego całą Polskę. Gdy przyszło jednak co do czego, byli zachwyceni. Że monumentalność, że ogromne wzruszenie, że fantastyczna forma muzyczna, której nie przytłaczał epicki anturaż. Że nie żałują. I do dzisiaj słuchają.

Znalazła się jednak garstka takich, według których konwencja festiwalu nie służyła artyście. Niby grał dwie godziny, ale to i tak stosunkowo krótko jak na niego. Ścisła rozpiska imprezy nie pozwalała mu rozwinąć skrzydeł. Jasne, gdy rozpoczynał "Purple Rain", było wiadomo, że nie poprzestanie na żadnym "radio edicie" czy czymś takim. Grał to, skurczybyk, długo, bardzo długo. Tyle, ile trzeba, by wykonać ten majstersztyk z odpowiednią nabożną czcią. Mówił: "Nie będę się spieszył, uwielbiam ten kawałek". Pod koniec koncertu podobno musieli go siłą ściągać ze sceny i pakować do samolotu.

Co by nie mówić o tamtym koncercie – że zaskakująco wzruszający, że za krótki – wszystko tu właściwie przemawia na korzyść Prince’a. Facet nigdy nie szedł na kompromisy, olewał coś takiego jak krótsze, radiowe wersje dla niecierpliwych. I nieźle na tym wychodził, czego dowodem entuzjastyczne reakcje tych, którzy nigdy z nim specjalnie nie sympatyzowali. Dziś jednym głosem mówi się o tym, że jego koncert na Open’erze był jednym z najwspanialszych w historii festiwalu. Niezależność popłaca.



To właśnie ta bezkompromisowość – bezczelność połączona z myśleniem kilka kroków naprzód – będzie jedną z cech, które zostaną po nim w pamięci. Dzięki niej udało mu się wykręcić kilka środowiskowych rewolucji. Brian Eno, zapytany o swoje inspiracje, mówił przed dwudziestoma laty: "Myślę dużo o tych artystach, którzy nie cenzurują swoich własnych dzieł. Szczególnie trzy postacie przychodzą mi do głowy: Picasso, Miles Davis i Prince. To ludzie, którzy po prostu publikują to, co stworzyli. Nie ma w nich praktycznie żadnej krytycznej autocenzury. Niech rynek i świat zdecydują – oto, co zdają się mówić".

Eno wie, co mówi. Mniejsza o Picasso czy Davisa, ale ten brak samokrytycyzmu niejednokrotnie mógł odbić się Prince’owi czkawką. Bywał krytykowany za to, że przedkłada ilość nad jakość. Taki jest jednak najwyraźniej skutek uboczny nieustannych muzycznych poszukiwań. Raz czy dwa musisz się zgubić w polu kukurydzy, by odkryć żyłę złota. Jestem pewien, że wielu innych innowatorów, którzy zmarli w ostatnich latach – od Michaela Jacksona do Davida Bowiego – zgodziłoby się z tą opinią.

Podjąwszy ryzyko, Prince wygrał jednak o wiele więcej, niż przegrał. Był pionierem w najlepszym tego słowa znaczeniu. Wystarczy przejrzeć wyrazy ubolewania, które docierają do różnych stron. Te ziarna, rozsiewane przez lata po całym muzycznym polu – od rocka, przez funk i r&b, po soul – już dawno przyniosły plon. Teraz, w momencie śmierci, jest on jednak szczególnie widoczny.

Pięknie ujął to Frank Ocean: "Podejrzewam, że już bardzo wcześnie zrozumiał, jak niewielkie znaczenie należy przypisywać temu, co ktoś inny o tobie myśli. Tym zaraźliwym uczuciem przesiąkły jego ubrania, fryzura, krok, gitara, pierwotny krzyk. (…)Napisał moją ulubioną piosenkę wszech czasów: When You Were Mine. To prosty utwór z równie prostą melodią. Słuchasz jej i jesteś przekonany, że wpadłeś na nią pierwszy, nawet jeśli nigdy wcześniej nie przyszła ci do głowy. Na tym polega zalotność geniusza, zalotność, która momentalnie ci się udziela".

Niezależność podlana uwodzicielskim seksapilem – w tym tkwi, jak sądzę, klucz do sukcesu Prince’a, który potrafił rozkochać w swojej muzyce miliony słuchaczy, a jednocześnie pozostawać przez długie lata awangardzistą i eksperymentatorem. Nie tylko na gruncie muzycznym, dodajmy, lecz także – by tak rzec – branżowym. W połowie lat 90. jako jeden z pierwszych otwarcie wystąpił przeciw swojej wytwórni, malując na twarzy napis "SLAVE" i sygnalizując tym samym niewolnicze praktyki panujące wówczas w majorsach. Gdy już opuścił label, wydał trzypłytowe "Emancipation" – 180 minut bezkompromisowości. Chwilę później, zapowiadając album "Crystal Ball" w 1997 roku, zgodził się na przedsprzedaż za pośrednictwem Internetu. W kolejnych latach dalej zaskakiwał. Wolał podpisywać kontrakty raczej jedno- niż wielopłytowe. Gdy w 2004 roku koncertował ze swoim krążkiem "Musicology", dołączał go do biletów na koncerty – i zarobił na trasie więcej niż Madonna czy Celine Dion. Trzy lata później sprzedał dwa miliony egzemplarzy albumu "Planet Earth", dołączając go do jednej z brytyjskich gazet. W ubiegłym roku, w ciągu trzech miesięcy, wydał dwa nowe albumy.

Zacytujmy jeszcze raz Franka Oceana: "Nie powiem, by spoczywał w pokoju, bo to coś więcej niż śmierć". Będzie nam brakowało Prince’a.