tło klikalne

Karol Stefańczyk, 11.05.2016 / foto: P. Tarasewicz

TAGI: Warsaw Challenge, Karol Stefańczyk

To jest hip-hop. Relacja z Warsaw Challenge 2016

Hip-hopowcy mogą mieć dumni. Po raz kolejny w samym sercu Warszawy odbyła się impreza, która jest dobrą wizytówką tej subkultury.

– Tu jest prawdziwa kultura hip-hopowa – mówił ze sceny Grubson. Miał rację. Zakończona właśnie tegoroczna edycja Warsaw Challenge pokazała, że hip-hop nie dość, że nie umarł, to jest w stanie wyjść poza swoje ramy i otworzyć się na nowe środki wyrazu.

Kto powinien wrócić zadowolony z weekendowej imprezy na warszawskim placu Defilad? W pierwszej kolejności hip-hopowi ortodoksi. Ci, którzy przywiązani są do tradycyjnych czterech elementów oraz tych zajawek, które od zawsze pozostawały w orbicie subkultury, jak np. deskorolka (na gruncie polskim związana z hip-hopem za sprawą kultowego magazynu "Ślizg"). Wszystko to na Warsaw Challenge było. Ortodoksi powinni być szczególnie usatysfakcjonowani doborem gwiazd imprezy. Zresztą, co ja mówię – nie tylko ortodoksi, ale w ogóle miłośnicy gatunku. Ghostface Killah, a zwłaszcza Masta Ace to ksywki, które młodszemu słuchaczowi mogą niewiele mówić. Tym lepiej, że organizatorzy zdecydowali się ich zaprosić. Tym samym festiwal stał się okazją nie tylko do powrotu do przeszłości, ale też formą lekcji z historii gatunku.

Występ Masta Ace’a rozpoczął się dla wielu kuriozalnie (choć nie tak kuriozalnie, gdy ma się w pamięci tę okładkę ) – nowojorski klasyk wszedł na scenę w todze absolwenta uniwersytetu, nawinął jedną zwrotkę, po czym zszedł, by powrócić w stroju wyglądającym na kostium golfisty… i pozostał w nim do końca koncertu. Pal licho ten młodzieńczy, sportowy strój. Po tym facecie nie było widać, że w grudniu stuknie mu pięćdziesiąt lat. Na scenie poruszał się z energią godną  Bruce’a Dickinsona. Może to perspektywa wydania nowego albumu sprawia, że jest tak żywy i pełen zapału? W końcu jego kolejna solówka (pierwsza od dwunastu lat!), "The Falling Season", trafi do sprzedaży już w przyszłym tygodniu. W Warszawie raper zaprezentował fragmenty z tego materiału, ale koncentrował się głównie na przelocie przez swoją dyskografię. Były więc zarówno nagrania z przełomu lat 80. i 90., jak i znane oraz doceniane w Polsce nagrania z klasycznego już "A Long Hot Summer": "Beautiful", "Da Grind" czy wieńczące show "Good Ol’ Love" (fragment tego ostatniego możecie zobaczyć na naszym Instagramie).

Podobny pomysł na swój koncert miał Ghostface Killah. Członek legendarnego Wu-Tang Clanu zrobił błyskawiczny przelot przez zwrotki i nagrania zarejestrowane na przestrzeni ostatnich dwudziestu paru lat. Nacisk został położony, ku uciesze publiczności, na nagrania z początków kariery, gdy członkowie WTC rządzili hip-hopowym światkiem, wydając najpierw wspaniałe "36 Chambers", a następnie szereg równie uznanych solówek. O ile więc koncepcję show miał Ghostface niezłą, gorzej było z wykonaniem. Nie wiem, czy to kwestia opóźnienia koncertu, ale raperzy – Face’owi towarzyszył zachrypnięty, sapiący, fatalnie brzmiący Killah Priest – strasznie gonili z materiałem. Skakali ze zwrotki na zwrotkę, nie pozwalali wybrzmieć niektórym klasycznym refrenom, ignorowali też gry z publicznością, które sami inicjowali. Wyglądało to wszystko bardzo niedbale i chaotycznie.

A jednak koncertu Ghostface’a nigdy nie zapomnę. Mniejsza o numery, które zagrał – te, bez względu na wykonanie, będą się broniły zawsze i wszędzie. Prawdziwie rewelacyjnym pomysłem było jednak wprowadzenie na scenę fana, który zgodził się zarapować fragment z kultowego "Protect Ya Neck". Padło na Adama z Końskich (którego w tym miejscu serdecznie pozdrawiamy), który tak się odnalazł w roli rapera, że wykonał nie jedną, a dwie zwrotki: Method Mana i Ol Dirty Bastarda. Gorąca reakcja publiczności, którą możecie zobaczyć na naszym Instagramie, była jak najbardziej uzasadniona.

Ghostface i Masta Ace nie byli jedynymi weteranami na Warsaw Challenge. Do utworu z pierwszej połowy lat 90. sięgnęło Wzgórze Ya-Pa 3, reprezentowane za mikrofonami przez Wojtasa i Borixona. Ich występ dostarczył też kilku ciekawych obserwacji wśród publiczności. Patrząc na reakcje niektórych osób w tłumie, można było odnieść wrażenie, że oto po latach spotkali się starzy, dziś trzydziestoparoletni znajomi. Jedni w kremowych spodniach i koszulach z krokodylem, inni – przeciwnie – jakby wyciągnęli stare, brudne od spreju baggy Clinic, koszule w kratę i czapki-rybaczki. To głównie oni bawili się na koncercie i rymowali do "Wąchaczy", "Języka polskiego" czy "Zabić ten hałas". Wśród zaprezentowanych nagrań nie zabrakło "Ja mam to co ty". Utwór, oryginalnie nagrany z Warszafskim Deszczem, na placu Defilad został wykonany wspólnie z Numerem Raz. Była to, jak przyznali sami artyści, historyczna chwila, bo WYP3 i Numer nie grali ze sobą bodaj od lat 90. i czasów, gdy koncerty odbywały się w warszawskich Hybrydach albo Remoncie. Tym razem na scenie zabrakło Tedego. Czemu? Można tylko domniemywać, że przeszkodą był konflikt z Borixonem.



Moment, gdy Wzgórze rozpoczynało swój koncert, był znaczący. Panowie jakby z premedytacją dobrali pierwszy utwór, zasypując publiczność ksywkami klasyków amerykańskiego oldschoolu. Z premedytacją, bo wśród tej publiczności było jeszcze trochę młodzieży, błąkającej się pod sceną po koncercie o wiele młodszego stażem Quebonafide. To raper z Ciechanowa w ostatnich miesiącach dyktuje trendy, co było widać po frekwencji na jego żywiołowym, świetnie poprowadzonym show. Co tym nastolatkom, zakatowanym dopiero co kawałkami w stylu "Hype" czy "Quebahombre", miało do zaoferowania WYP3 poza sentymentalnym klimatem i dobrą, ale jednak staroświecką energią? Nagrania Gangu Albanii, czyli innej grupy, w której działa Borixon? To może by chwyciło, choć całe szczęście do konfrontacji Warsaw Challenge z dorobkiem "Królów życia" nie doszło.

Organizatorzy WC poszli za to w inną stronę, stawiając na autorów dwóch świetnych płyt wydanych w ostatnich tygodniach – Rasmentalism i Łonę oraz Webbera. Ci pierwsi bardzo sprawnie rozłożyli akcenty, prezentując zarówno materiał z jeszcze świeżego "1985", jak i przypominając największe hity w dorobku. Ba, znalazło się nawet miejsce, by nawinąć zwrotki gości ze wszystkich wykonywanych utworów (VNM ze "STU", Mes z "Ale zdejmij buty", Spinache z "Gdzie jest M.", Dwa Sławy z "Nie jestem raperem") oraz przypomnieć klasyk Molesty, "Wiedziałem, że tak będzie".

Rasmentalism zagrali w pełnym słońcu wczesnych godzin popołudniowych. Mniej szczęścia mieli Łona i The Pimps. W ich przypadku pogoda okazała się nieco bardziej kapryśna, choć trzeba przyznać, że widok parasolek kołyszących się do rytmu piosenek z "Cztery i pół" czy "Nawiasem mówiąc" był zabawny i miał w sobie coś godnego tych właśnie, a nie innych wykonawców. Fakt, że ludzie pomimo deszczu zostali jednak na koncercie zespołu, świadczy o klasie artystów. Przyjemnie było usłyszeć na żywo materiał z nowego albumu. Że numery w rodzaju "A gdzie tak pięknie?" chwycą na koncertach – nie miałem wątpliwości od pierwszego przesłuchania. Ale że patent z krzykiem wykorzystany w "Hałasie" tak pozamiata na żywo? Muszę przyznać, że nie spodziewałem się aż tak fantastycznego wykonania tego numeru.
Z Polaków grających na WC nie zawiódł nikt. Ale też, co trzeba uczciwie przyznać, nikt nie zagrał tak brawurowo jak Grubson. Sam Łona, który w pewnym momencie pojawił się wśród publiczności, reagował żywiołowo na to, co dzieje się na scenie podczas koncertu reprezentanta MaxFloRec. Tu wszystko było na swoim miejscu – dyspozycja gospodarza show, frekwencja wśród słuchaczy oraz porywające aranżacje kapeli. Grubson co rusz odwoływał się do kultury hip-hopowej, składając hołd a to Phife Dawgowi z A Tribe Called Quest, a to Jayowi Dee, a to Ol Dirty Bastardowi. A jednocześnie tę kulturę przekraczał, wprowadzając energią godną kapel nu-metalowych. Solidnie młócące gitary wykonywały tu swoją robotę. Bez tej sekcji instrumentalnej numery w rodzaju "Nowa fala", "Złap za…" czy "Dziennikarze" nie brzmiałyby tak donośnie.

A skoro piszę o przekraczaniu granic, Grubson ze swoją rockową ekspresją i reggae’ującym zaśpiewem nie był jedynym przypadkiem, gdy hip-hop wybiegał poza swoje granice. Dość powiedzieć, że tuż po jego koncercie, a przed finałowym starciem bboyów – w którym zwyciężyli nowocześni, włączający nieszablonowe techniki (np. jazz) tancerze z amerykańskiego Rock Force Crew –  na scenie pojawiła się Tatiana Galitsyna, znana z "Mam talent!" ukraińska artystka, która maluje piaskiem na szkle. Podczas kilkunastominutowego wystąpienia wykonała szereg prac odwołujących się do kultury hip-hopowej. Za jej sprawą na telebimach pojawił się piaskowy Nowy Jork, piaskowi Run DMC, 2Pac i Notorious B.I.G., wreszcie piaskowy PKiN z ksywką zasłużonego dla rodzimego rapu DJ’a 600 V. Malowanie piaskiem jako kolejny element kultury hip-hopowej? Czemu nie?