cgm.pl, 01.03.2017 / foto: P. Tarasewicz

TAGI: wielkie joł, Artur Rawicz, 1 na 1, Sir Mich

1 NA 1: Artur Rawicz vs Sir Mich

"Gdybym poszedł na typowy polski koncert hip-hopowy, zmęczyłoby mnie to".

Dwa dni po premierze albumu "Keptn'" w warszawskiej Stodole odbył się wyjątkowy koncert TDF-a "Pół życia na żywo", podczas którego raperowi towarzyszył liczący 26 osób zespół. Szefem muzycznym całego przedsięwzięcia był stałe współpracujący z TDF-em Sir Mich. Producent odwiedził nas, by opowiedzieć o kulisach przygotowania koncertu i o koordynowaniu pracy tak dużego zespołu. Przy okazji pogadaliśmy z Michem o tym, dlaczego warto włączać do rapu żywe instrumenty.

- Fajne jest to, że możesz pokazać młodym ludziom, że muzykę można grać. Muzyka na żywo to zawsze muzyka na żywo. Zawsze znajdą się piewcy rootsowi, którzy powiedzą, że hip-hop to tylko DJ Premier i reszta to gówno, to już nie jest hip-hop. Ale to nieprawda. Lata 70./80. to jest żywa muzyka. Nawet jak korzystała później z osiągnięć technicznych typu Roland 808 (Roland TR-808 to jeden z pierwszych programowalnych automatów perkusyjnych - przyp. red.), to też tam grali - mówi Sir Mich przyznając, że dążenie do grania muzyki na żywo jest dużym osiągnięciem hip-hopu. Jak pod tym względem wypadają występy rodzimych artystów? - Przeciętny polski koncert hip-hopowy to jazgot. To nie jest nic fajnego, zmęczyłoby mnie to i znudziło. Rozumiem młodych ludzi, że ich to bawi, ale patrząc w kategoriach muzycznych, to w większości przypadków nie jest nic fajnego - komentuje nasz gość.