
Karol Stefańczyk i Artur Rawicz, 06.07.2010 / foto: Artur Rawicz / mfk.com.pl
TAGI: Heineken Opener Festival, opener
Mega podsumowanie Open'era - 15 fragmentów koncertów (video)
Jak zapamiętamy Heineken Open'er Festival 2010?
Wybierając się na tegorocznego Open'era nie sądziliśmy, że będziemy jedyną ekipą, która z kamerą dostanie się praktycznie na wszystkie koncerty, które można było rejestrować. Wiele razy nasz operator samotnie pracował w strefie przeznaczonej dla ekip video. Dzięki temu tylko na CGM.pl możecie zobaczyć fragmenty aż 15 koncertów z Main Stage, Tent Stage i World Stage. Zapraszamy na mega relację z dziewiątej edycji Heineken Open'er Festival.
Jeśli jednak myślicie, że to koniec openerowej przygody na CGM.pl to jesteście w błędzie. Przygotowaliśmy dla was jeszcze kilka niespodzianek: m.in.: wywiady (Cypress Hill!), foto-galerie z większości koncertów i... szczegóły niebawem!
Dzień 1: Muzyka - język wszechświata
"Oczywiście nie umiemy mówić po polsku, więc po prostu grajmy muzykę" – słowa wokalisty Pearl Jam Eddie’ego Veddera można uznać za motto artystów występujących podczas pierwszego dnia festiwalu Open’er. Choć żaden z nich naszego języka nie zdołał opanować (jedni świadomie obnażali swoje braki, inni nawet nie próbowali mierzyć się z mową znad Wisły), każdemu udało się porwać publiczność licznie zgromadzoną na gdyńskim Kosakowie.
Z zasady tej wyłamuje się nieco Łąki Łan. I nie chodzi tu o to, że pochodzący z Warszawy zespół umiał mówić po polsku – przeciwnie, nieskładne, pełne neologizmów, wyrazów dźwiękonaśladowczych teksty nakazują raczej stwierdzić, że język ten jest im równe odległy jak zagranicznym kapelom. Warto jednak zwrócić uwagę na to, co tak naprawdę przyciąga odbiorców do scenicznej wersji Łąki Łan. Muzyka to jedno – obok szalonego zestawienia rytmicznego, bujającego funku, hip-hopu, punku, electro, a nawet folku trudno jest przejść obojętne.
Prawdziwym magnesem wydaje się jednak być image kapeli i strona wizualna koncertu. Chłopaki z Łąki Łan nie tyle grali muzykę, co robili show. O strojach członków nie ma co mówić – każdy, kto choć widział grupę na zdjęciu, wie, o co chodzi. Z kolei pomysł na kontakt z publicznością to istny majstersztyk. Członkowie zespołu robili wszystko, by uczestnicy festiwalu ani na chwilę nie poczuła się ignorowani. Główny wokalista, Paprodziad, schodził do nich, rzucał kwiatami, cukierkami, dmuchanymi piłkami. Furorę zrobiły konewka, z której pił napój, i maskotki spoglądające ze sceny. Reszta bandu bawiła tłum głupiutkimi tekstami (o "naoliwionych cipkach" i takie tam ;) i "konkursami". A wszystko to działo się w takim tempie, że momentami przybierało charakter nie koncertu, ale bardziej jakiegoś jarmarku. Mimo wszystko nie przypominam sobie, bym narzekał na nudę. No, bodajże przedostatni utwór uśpił nieco publiczność, ale z drugiej strony zagrane chwilę wcześniej fragmenty "Rockefeller Skank" Fatboy Slima, "Jump" Kriss Kross i "Jump Around" House Of Pain były naprawdę wycieńczające.
Po szalonym, rozrywkowym Łąki Łan na scenie pojawił się wykonawca reprezentujący muzykę skrajnie inną. Ben Harper, bo o nim mowa, od początku swojej kariery wpisuje się w nurt artystów zaangażowanych, wyczulonych na kwestie społeczno-polityczne. Tytuły jego albumów – np. "Welcome To The Cruel World", "Both Sides Of The Gun" czy "White Lies For Dark Times" – tylko to potwierdzają. Co prawda na scenie pomiędzy piosenkami nie agitował tak mocno, jak mogłoby się to wydawać, ale nawet odbiorca niezorientowany w jego twórczości, widząc, ile precyzji, emocji i serca włożył ze swoim zespołem w występ (perkusista momentami wyczyniał istne cuda na swoim instrumencie), miał prawo poczuć się wzruszony i dotknięty.
I tylko szkoda, że koncert Harpera spotkał się ze stosunkowo słabym zainteresowaniem. Oczywiście osób pod sceną było znacznie więcej niż na Łąki Łan, ale wydaje mi się, że liczba ta i tak była dla występu tej klasy niewystarczająca. Może i tłum gęsto się przemieszczał, ale wszerz sceny, i to daleko od niej. Kierunek ruchu uległ zmianie dopiero podczas wykonywania coveru "Under Pressure" Queen i Davida Bowie’ego. Wtedy to, gdy tylko obok Harpera gościnnie pojawił się Eddie Vedder, liczba osób zebranych pod sceną zaczęła momentalnie rosnąć. Rzeczywiście, utwór wypadł znakomicie, jednak już w kilka chwil po nim tłum zaczął momentalnie topnieć, by wkrótce powrócić do dawnej wielkości. Nie pomógł rockowy kop, profesjonalizm muzyków Relentless 7 ani Harper, który grał na wszystkie możliwe sposoby. Koncert ten – świetny, rozkręcający się z każdą minutą – nie otrzymał takiej uwagi, na jaką zasługiwał.
Być może wynikało to z tego, że następny wykonawca wymagał od publiczności naprawdę ogromnych pokładów energii. Do dziś nie potrafię wytłumaczyć sobie, jak to możliwe, że Pearl Jam grał koncert o godzinie 22, ustępując ostatni termin Groove Armadzie. Znając naturę kapeli z Seattle, można było z góry założyć, że nie będzie to koncert, który przytwierdzi nasze nogi do ziemi. Eddie Vedder i spółka od początku narzucili mordercze tempo, przecinane jedynie co jakiś czas balladami. Punktem przełomowym był "Jeremy", klasyczny utwór z debiutanckiego "Ten". Zauważyłem, że duża część osób wokół mnie dopiero po tej piosence otworzyła się w pełni na show PJ. Oczywiście wcześniej były jeszcze takie kapitalne nagrania jak chociażby "Do The Evolution" czy otwierające "Corduroy", ale to chyba "Jeremy" wzniósł ten występ na niedostępne wielu śmiertelnikom wyżyny i do samego końca nie pozwolił z tych wyżyn zejść, szczególnie podczas bisu, kiedy to zabrzmiały zarówno nagrania nowsze ("The Fixer" z prostymi, ale jakże skutecznymi efektami pirotechnicznymi), jak i starsze ("Alive").
Znakomita forma zespołu to jedno, ale rewelacyjnie wypadał także Vedder w przerwach między utworami. Ze szczególną aprobatą spotkała się przeczytana po polsku wypowiedź wokalisty. Choć Vedder w naszym języku "oczywiście nie umiał mówić", fani docenili, że wyszedł poza kanon standardowych "cześć" czy "zajebiście". Bardzo spodobała mi się również troska, jaką otaczał liczną publiczność. – Na moje "1, 2, 3" przesuńcie się proszę o trzy kroki w tył, bo tutaj ludzie z przodu napierają na barierki, a zależy mi na ich bezpieczeństwie – mówił. Innym razem: - Słuchajcie, widzę tutaj wiele różnych osób, są jakieś młode kobiety. Dlatego wolałbym, żebyście nie uprawiali żadnego "ocean shit" (chodziło mu zapewne o niesienie na rękach – przyp. red.). Nie wiem, może inne zespoły pozwolą wam na to, my nie możemy.
Za tak ciepłe gesty (a nie wykonywał ich tylko wokalista, bo także gitarzysta co chwila uśmiechał się do kamery czy do kogoś z tłumu) publiczność odwdzięczyła się doskonałym odbiorem piosenek. Szczególnie mile zaskoczony byłem, gdy najmłodsi fani równie głośno śpiewali piosenki z ostatniego "Backspacer", jak i "Ten". Tłum reagował na każdy refren czy krzyk Veddera tak entuzjastycznie, że on sam w pewnym momencie sprawiał wrażenie wzruszonego. Zwłaszcza podczas jednej z piosenek na bis głos jakby mu się załamał.
Ostatnią gwiazdą pierwszego dnia na Main Stage była formacja Groove Armada. Koncert oparty na znanym z poprzednich występów w Polsce materiale okraszony został pokazem możliwości oświetleniowca;)
Pierwszy dzień Open’era udowodnił dwie rzeczy. Po pierwsze, że po raz kolejny szykuje nam się znakomita edycja imprezy. Po drugie, że muzyka jednak łączy, a nie dzieli. Żadne szufladkowanie gatunków nie zmieni faktu, że jest to najlepszy instrument służący do porozumiewania się między ludźmi. Język wszechświata.
Dzień 2: Starość to radość
Drugi dzień festiwalu wyraźnie łączył stare z nowym. Na Scenie Głównej Mando Diao i Empire Of The Sun przecinali koncert weteranów z Massive Attack, zaś w namiocie – Fox i Klaxons dzielili czas z Grace Jones i Pavement.
Wbrew pozorom to nie młodzi artyści pokazali wigor i energię. Ich starsi koledzy po fachu wypadli o niebo lepiej – imponowali nie tylko doświadczeniem i scenicznym obyciem, ale również dynamiką i umiejętnością porwania tłumu. Z dużą odpowiedzialnością otwierania Głównej Sceny poradzili bardzo dobrze poradzili sobie płocczanie z Lao Che. Nie był to ich pierwszy raz na Open'erze. I to było widać, słychać i czuć.
Najlepszym dowodem na to jest forma Grace Jones. Nie starczyłoby palców na obu rękach, by policzyć stroje, jakie ta 62-letnia wokalistka wkładała na siebie podczas występu. Nie będzie przesadą, jeżeli napiszę, że każda piosenka oznaczała zmianę garderoby. Grace była więc raz divą w nakryciu głowy, którego nie powstydziłaby się jej matka, raz pracownicą klubu nocnego seksownie uwijającą się wokół rury z odsłoniętym tym i owym, a raz… cóż, w jej przypadku taka wyliczanka może trwać w nieskończoność.
Całe szczęście Grace nie poszła tropem młodszych koleżanek z branży, które, pozbawione talentu, kreują jedynie coraz to nowe choreografie i stroje, podczas gdy ich twórczość kuleje. Wokalistka do perfekcji opanowała stronę muzyczną show. Naturalnie wokal momentami kłuł w uszy, ale zrzućmy tę jedyną wadę na wiek, bo poza tym trudno było jej coś zarzucić. Rozpoczynające koncert "Nightclubbing" było jak zaproszenie na wycieczkę po nocnych nowojorskich klubach – trudno czegoś takiego nie przyjąć. Grace sprawnie żonglowała stylistykami. W pewnym momencie można wręcz było odnieść wrażenie, że wokalistka stara się uśpić publiczność, by za chwilę zrzucić na ich uszy bombę i mimowolnie zmusić do wzniesienia rąk w powietrze. I tak w istocie było. Przy "Love Is The Drug" czy "Slave To The Rhythm" trudno było ustać w miejscu.
Dla przeciwwagi występujące po Jones Klaxons rozczarowało. Brytyjska kapela w porównaniu z Grace wypadła do bólu statycznie, biernie. Brakowało w tym jakiejkolwiek frywolności, elementu zaskoczenia. Jasne, u Grace wszystko było reżyserowane, ale patrzyło się na ten spektakl z przyjemnością, a muzykę odbierało całym sobą, nawet jeśli tych piosenek się nie znało. Tymczasem Klaxons tam, gdzie grali piosenki z nowej, jeszcze niewydanej płyty, najzwyczajniej w świecie nudzili. Naturalnie takie kawałki jak "Golden Skanks" czy "It’s Not Over Yet" to koncertowe petardy, które trudno zepsuć. Ale nic poza tym. Dostaliśmy po prostu poprawny i tylko poprawny występ, który obnażył dodatkowo wady zespołu, bo okazuje się, że wokal – owszem, dzielony na dwóch brzmi dobrze, ale sprowadzany do pojedynczej osoby niestety traci jakąkolwiek moc. Szczególnie źle pod tym względem wypada Jamie Reynolds.
Piątkowego Open’era postanowiłem zakończyć akcentem hip-hopowym – pół godziny po północy swój występ na World Stage rozpoczął zespół Cypress Hill. Kapela przyjechała do Polski promować nowy album, wydany w kwietniu "Rise Up", jednak naturalnie to nie utwory z niego były największą atrakcją koncertu. Najbardziej entuzjastycznie przyjęła publiczność nagrania dużo starsze, bo pochodzące z pierwszej połowy lat 90. Wtedy to narodził się swoisty kult marihuany przez Cypress Hill, kult, który właściwie pielęgnowany jest po dziś dzień – nie tylko przez samych członków, bo oprócz wijących się wokół nich kłębów zielonego dymu gęsto było także nad publicznością. Nic dziwnego, skoro dla niektórych zapalenie jointa przy takich piosenkach jak "Hits From The Bong" czy "Dr Greenthumb" to spełnienie marzeń.
Niemniej we mnie ten występ pozostawił pewien niedosyt (i nie, nie łączcie tego z ostatnimi zdaniami poprzedniego akapitu ;). Niby wszystko było na swoim miejscu – członkowie CH mieli doskonały kontakt z publicznością, sypali żartami, byli pełni wigoru, a i listę piosenek dobrali niezłą (choć kilku utworów brakowało). Jednakże brakowało mi w tym wszystkim jakiejś kropki nad "i", kopa, który potwierdziłby, że mimo wieku Cypress Hill nadal rządzą na scenie. Szczególnie raził brak bardziej rozbudowanego instrumentarium. Kilka bębenków to zdecydowanie za mało. Przez większość czasu muzyka była puszczana przez DJ-a, co sprawiło, że takiemu klasykowi jak na przykład "Insane In The Brain" brakowało mocy. Moje przypuszczenia potwierdziły się w momencie, gdy perkusję w niektórych piosenkach zaznaczono wyraźniej – wtedy i kawałki zyskiwały na dynamice.
Dzień 3: Parkiet pusty
Trzeci dzień Open’era dowiódł, że masywne, klubowe dźwięki są w tym roku w odwrocie. Górują za to gitara, perkusja i bas. Jednak - zapewne dla przeciwwagi i udowodnienia, że na Open'erze jest miejsca dla każdej formy muzycznej twórczości - scenę główną otworzył bez kompleksów i z animuszem L.U.C.
"Jak to możliwe, że oni przez osiem lat nie grali razem?", takie pytanie pozostawało człowiekowi w głowie po koncercie Skunk Anansie. Doprawdy, patrząc na to, co działo się na Scenie Głównej między godziną 20 a 21:30, trudno było uwierzyć, że ta brytyjska kapela przez właściwie całą pierwszą dekadę XX wieku praktycznie nie istniała. Chemia w zespole podczas gdyńskiej imprezy była znakomita. Może zabrzmi to banalnie, ale każdy z muzyków autentycznie na scenie dawał z siebie wszystko. Szczególny prym pod tym względem wiodła charyzmatyczna wokalistka Skin. Scenę przebiegała wszerz w tempie szybszym niż techniczni, którzy tu i ówdzie dostrzegali jakieś niedociągnięcia. Tłum nosił ją na rękach jakby wzorem Jima Morrisona miała grać swój ostatni koncert i chciała w ten sposób wypełnić zobowiązanie wobec fanów. Było w tym coś epickiego, niezapomnianego, podobnie jak wtedy, gdy stanęła na perkusji i asystowała swojemu bębniarzowi w grze. Cóż, koncert Skunk Anansie pozostawi po sobie mnóstwo pojedynczych obrazków, które będzie się przywoływać zawsze podczas rozmów o wzorcowych rockowych imprezach.
Nim jednak trafiłem pod Main Stage, postanowiłem sprawdzić, jak prezentuje się mieszkająca na co dzień w Niemczech Polka Julia Marcell. Zachęcające do pójścia na jej koncert były dowartościowujące porównania. "Rodzima Regina Spektor"… Brzmi dumnie, ale i zobowiązuje. Niemniej Marcell udowodniła, że tkwi w niej olbrzymi potencjał. Głos ma czysty i mocny, kompozycje ciekawe, a asystujący zespół sprawnie realizował jej pomysły. Niestety, uderzał jednocześnie brak profesjonalizmu. Od początku słychać i widać było, że Julia i jej kapela to osoby mało obyte ze sceną.
Mimo wszystko występ ten należało uznać za dobry przedsmak przed najciekawszym wykonawcą tego dnia w Namiocie, a więc wspomnianą Reginą Spektor. Rozbrajająco szczera, urzekająca, rozmarzona i jakby nieco nieśmiała nowojorska wokalistka od pierwszych sekund podbiła serca publiczności. Jej występ - choć pozbawiony jakichkolwiek fajerwerków wizualnych, ale bogaty za to w wydobywające się z fortepianu dźwięki- zgromadził całkiem dużą liczbę uczestników festiwalu. Niech żałują ci, których ten występ ominął! Choć jeszcze na kilka godzin przed koncertem pisałem w rekomendacjach, że Namiot – z racji na swój najbardziej kameralny spośród wszystkich scen charakter – będzie dla niej miejscem idealnym, teraz posypuję głowę popiołem i apeluję do organizatorów Open’era, aby następnym razem umieścili ją na otwartej przestrzeni. Odbiór piosenek Spektor był bowiem znakomity, godny na przykład… World Stage’a? Tak, to byłoby miejsce dla Reginy świetne, z racji też na jej żydowsko-rosyjskie pochodzenie. A może to wschodni pierwiastek jej osobowości sprawił, że chemia między nią a Polakami była tak wspaniała?
A jeśli jesteśmy przy scenie World... trzeciego dnia jej gwiazdą (co udowodniła publiczność masowo bawiąca się pod sceną) był intrygujący Matisyahu. Zobaczcie:
Podczas gdy koncert Reginy trwał w najlepsze, Scena Główna była zdominowana przez chłopaków z Kasabian. Tak jak pisałem wcześniej, tego typu festiwale są dla nich poważnymi testami sprawdzającymi, czy rzeczywiście są godni porównań do Oasis. Jedno jest pewne, występ w Gdyni wypadł naprawdę dobrze. Brytyjczycy zagrali bardzo równy, porywający od początku do końca koncert wypełniony po brzegi nośnymi singlami jak "Club Foot", "Empire" czy "Shoot The Runner". Publiczność, szczególnie ta młodsza, na prawie każde nagranie reagowała entuzjastycznie. Wyjątkowe były ostatnie chwile koncertu, gdy zespół pojawił się na scenie z ogromną, biało-czerwoną flagą. Ostatnie wrażenie powszechnie przesądziło o dobrym odbiorze występu.
Rozczarowujące było za to show zaprezentowane przez londyńskie Hot Chip. Zespół ten, zamykający sobotnie koncerty na Main Stage, miał w zasadzie trzy dobre momenty w czasie trwającego ponad godzinę setu – "One Life Stand", "Over And Over" i nagranie wieńczące cały występ. Przez pozostałą część Brytyjczycy nudzili. Pojedyncze ręce wzniesione do góry czy nieliczne tańczące grupki to zdecydowanie za mało, by uznać ten występ za porywający. Zresztą sami członkowie zespołu sprawiali wrażenie nie do końca zainteresowanych rozbujaniem tłumu. Oficjalny, chłodny ton bijący z ich każdej lakonicznej wypowiedzi, nikły kontakt z publicznością i pewne wyuczone, mało naturalne gesty nie robiły dobrego wrażenia. Ostatecznie Hot Chip to kolejny, po Groove Armadzie, zawód dla fanów tanecznych rytmów. Może Fatboy Slim zmieni oblicze Sceny Głównej?
Dzień 4: Liryzm, szaleństwo, hardrock, blues, reggae, hip-hop i bolesny cios
Duża część uczestników festiwalu niedzielę na Open’erze rozpoczęła od odrobiny akustycznego liryzmu w wykonaniu Norwegów z Kings Of Covenience. Duet swój intymny, kameralny występ zaprezentował na Scenie Namiotowej, którą jednak już po chwili przemianował. "Nie gramy na Scenie Głównej, więc zróbmy tak, żeby to była Scena Główna", powiedział jeden z członków grupy. Na reakcję nie musiał długo czekać. W niedługo po tym liczba oglądających koncert KoC znacznie przewyższyła tę bawiących się pod Main Stage na Muchach. Zupełnie słusznie. Kings Of Convenience to zespół o tyle specyficzny, że duża część publiczności nie musiała na ich występ patrzeć – wystarczy, że słuchała. I nie trzeba było głośnego, acz banalnego klaskania, by wyrazić aplauz. Dłonie układane w kształt serc podkreślały emocje o wiele lepiej.
W tym czasie na Scenie Głównej prezentowały się krajowe Muchy.
W porównaniu z Kings of Convenience koncert The Hives był jak skok do zimnej wody po rozgrzewającej do czerwoności wizycie w saunie. Szwedzi zapewnili zupełnie inną kategorię doznań, kategorię, która mogła u niektórych spowodować istny szok termiczny. Mordercze tempo zostało narzucone właściwie od pierwszych sekund występu. Muzycy – co zaskakujące, ubrani nie w stylowe, charakterystyczne garnitury, a marynarskie wdzianka – nie oszczędzali publiczności, co rusz dorzucając węgla do rock-and-rollowego pieca. Warto zauważyć, że tempo koncertu było znakomite nawet pomimo długich przemów lidera zespołu, Howlin’ Pelle Almqvist, utrzymującego bliski kontakt z publicznością (niestety często mówił bardzo niewyraźnie; nie powinien się więc dziwić, że nie spotykał się z reakcją tłumu tam, gdzie jej oczekiwał). Wśród zagranych piosenek pojawiły się zarówno nagrania premierowe, jak i te dobrze znane, z "Hate To Say I Told You So" i "A.k.a. I-D-I-O-T" na czele.
Najciekawiej jednak na Głównej Scenie wypadł dowodzony przez Jacka White’a zespół The Dead Weather. To już kolejny występ White’a na Open’erze – wcześniej pojawiał się tu z innymi swoimi formacjami, The White Stripes i The Raconteurs. Z Dead Weather przybył, by promować wydany w maju tego roku krążek "Sea Of Cowards" i to piosenki z niego wypełniły dużą część setlisty. Co ciekawe, na scenie prymu nie wiódł White, ale towarzysząca mu w śpiewie Alison Mosshart. W koncertowym wydaniu uwidoczniła się jej drapieżność, pazur i gigantyczna energia. Przepełniony bluesem i hard rockiem występ publiczność oklaskiwała bardzo długo. Sam White przyznał, że Polska jest "jego sercu bardzo bliska", co spotkało się z dodatkowym aplauzem wśród tłumu.
W tym samym czasie na scenie World produkował się Nas z Damianem Marleyem. Przechadzający się po scenie mężczyzna nieustannie powiewający flagą, plemienne bębny towarzyszące tradycyjnej perkusji, chórek dziewczyn ubranych w moro i zarysowane na tyłach kontury Afryki stwarzały wrażenie, jakbyśmy uczestniczyli nie w imprezie sponsorowanej przez gigantyczny koncern, ale w wiecu, który wypowiada wojnę właśnie takim koncernom jak ten – oczywiście w trosce o problemy Trzeciego Świata. Gdy Nas i Damian pojawili się wśród wyżej opisanej scenerii, tłum oszalał. Duet za podstawę obrał naturalnie nagrania pochodzące z ich wspólnego krążka, "Distant Relatives", ale każdy z nich otrzymał również czas na indywidualne występy. Nas skorzystał z niego, by przenieść słuchaczy do złotych dla hip-hopu lat 90. - głośników zabrzmiały takie szlagiery jak "Represent" i "Nas Is Like". Raper nie mógł pominąć także uwielbianego przez słuchaczy "One Mic". Z kolei Damian przypomniał żywiołowe nagrania ze swoich ostatnich solowych płyt, choć w jego przypadku z największym entuzjazmem wśród publiczności spotkały się covery Boba Marleya. Ostatecznie dwójka ponownie złączyła się razem i brawurowo wykonała ich pierwszy utwór, "Road To Zion".
Nas i Damian nie popełnili wreszcie tego błędu, który kilka dni temu pogrążył nieźle zapowiadający się występ Cypress Hill. Duet, w przeciwieństwie do Cypressów, chętnie korzystał z żywych instrumentów rozstawionych po scenie, a jednocześnie posiłkował się umiejętnościami DJ-a. Dzięki temu równowaga między hip-hopem a reggae została zachowana.
Cieszące się ogromną popularnością w Polsce (i nie tylko) Archive, mimo gigantycznej konkurencji na sąsiednich scenach ściągnęło pod namiot prawdziwe tłumy. Fani mogli usłyszeć materiał skomponowany podobnie do tego, który znamy już z ostatnich koncertów formacji. Nie przeszkadzało to jednak w kontemplacji i wiele osób dało się porwać hipnotyzującym dźwiękom...
Tegoroczną edycję Open’era zamknął występ brytyjskiego DJ’a, Fatboy Slima. Show muzyka wprost porażało efektami wizualnymi. Strzelające w niebo lasery, światła kreślące w powietrzu różne wzory czy psychodeliczne, przypominające mi nieco koncert Chemical Brothers sprzed dwóch lat animacje wyświetlane na telebimach były najmocniejszymi elementami imprezy.
Od strony muzycznej należy pochwalić Fatboy Slima za próby re aranżacji wielu swoich piosenek. Niestety, chęci to jedno, a wykonanie to drugie. Nowe wersje znanych nagrań sprawiły, że przez chwilę poczułem się, jakbym był nie na Open’erze – imprezie promującej dobrą, wartościową muzykę – ale w remizie, na potańcówce, którą bardzo lubię określać mianem "wiksiarskiej". Najbardziej bolesny był cios, gdy zagrane na bis "Rockafeller Skank" odarto ze znakomitego, znanego z wersji studyjnej funkowego sznytu.
***
Open’er 2010 dobiegł końca. Przez ostatnie cztery dni pisaliśmy dla Was przede wszystkim o muzyce i różnych jej koncertowych odcieniach. Pamiętajmy jednak, że gdyński festiwal to przede wszystkim znakomita, niepowtarzalna atmosfera. Niech nie dziwi nas, że wykonawca X miał na swoim koncercie słabą frekwencję, podczas gdy dał znakomity koncert. Lepiej zrozumieć, że niektórzy kupują karnety 4-dniowe, mimo że często interesuje ich jedynie jeden wykonawca, a bywa że nie interesuje go nikt. "Po co on tu przyjechał?", zapytasz zapewne. Ano zapewne magnesem był w takim wypadku właśnie wspomniany klimat.
Poza tym festiwale takie jak Open’er to doskonałe miejsca do poznawania nowego. Często z braku laku albo w przerwie między jednym koncertem a drugim przechodzimy polem najeżonym scenami. Tego typu spacery mogą okazać się owocne – kto wie, może na World Stage albo Young Talents Stage natrafimy na muzykę, którą pokochamy od pierwszego usłyszenia? Zamiast bezmyślnie ściągać przypadkowe piosenki z Internetu, idźmy na Open’era. To jak gigantyczny serwis p2p – służy wymianie dźwięków w najlepszej, bo koncertowej jakości.
Na tego typu festiwalu poznajemy nie tylko muzykę, ale i ludzi. Z autopsji wiem, że na imprezach jak Open’er rodzą się niezwykłe, scementowane muzyką znajomości. Szczególnie tyczy się to wszystkich tych, którzy mają okazje nocować na polu namiotowym. Niezliczone melanże procentują – mapkę ze znajomymi regularnie zapełniają kolejne punkty.
Chodźmy więc na festiwale, nawet jeśli muzyka, którą reprezentują, nam nie odpowiada. Chociaż z drugiej strony o Open’erze tego powiedzieć nie można – rozstrzał stylistyczny jest tam tak duży, że jeśli rzeczywiście nie możesz w Gdyni nic dla siebie znaleźć, to warto byłoby się zastanowić, czy muzyka jest faktycznie Twoją pasją.
Jeśli jednak myślicie, że to koniec openerowej przygody na CGM.pl to jesteście w błędzie. Przygotowaliśmy dla was jeszcze kilka niespodzianek: m.in.: wywiady (Cypress Hill!), foto-galerie z większości koncertów i... szczegóły niebawem!
Dzień 1: Muzyka - język wszechświata
"Oczywiście nie umiemy mówić po polsku, więc po prostu grajmy muzykę" – słowa wokalisty Pearl Jam Eddie’ego Veddera można uznać za motto artystów występujących podczas pierwszego dnia festiwalu Open’er. Choć żaden z nich naszego języka nie zdołał opanować (jedni świadomie obnażali swoje braki, inni nawet nie próbowali mierzyć się z mową znad Wisły), każdemu udało się porwać publiczność licznie zgromadzoną na gdyńskim Kosakowie.
Z zasady tej wyłamuje się nieco Łąki Łan. I nie chodzi tu o to, że pochodzący z Warszawy zespół umiał mówić po polsku – przeciwnie, nieskładne, pełne neologizmów, wyrazów dźwiękonaśladowczych teksty nakazują raczej stwierdzić, że język ten jest im równe odległy jak zagranicznym kapelom. Warto jednak zwrócić uwagę na to, co tak naprawdę przyciąga odbiorców do scenicznej wersji Łąki Łan. Muzyka to jedno – obok szalonego zestawienia rytmicznego, bujającego funku, hip-hopu, punku, electro, a nawet folku trudno jest przejść obojętne.
Prawdziwym magnesem wydaje się jednak być image kapeli i strona wizualna koncertu. Chłopaki z Łąki Łan nie tyle grali muzykę, co robili show. O strojach członków nie ma co mówić – każdy, kto choć widział grupę na zdjęciu, wie, o co chodzi. Z kolei pomysł na kontakt z publicznością to istny majstersztyk. Członkowie zespołu robili wszystko, by uczestnicy festiwalu ani na chwilę nie poczuła się ignorowani. Główny wokalista, Paprodziad, schodził do nich, rzucał kwiatami, cukierkami, dmuchanymi piłkami. Furorę zrobiły konewka, z której pił napój, i maskotki spoglądające ze sceny. Reszta bandu bawiła tłum głupiutkimi tekstami (o "naoliwionych cipkach" i takie tam ;) i "konkursami". A wszystko to działo się w takim tempie, że momentami przybierało charakter nie koncertu, ale bardziej jakiegoś jarmarku. Mimo wszystko nie przypominam sobie, bym narzekał na nudę. No, bodajże przedostatni utwór uśpił nieco publiczność, ale z drugiej strony zagrane chwilę wcześniej fragmenty "Rockefeller Skank" Fatboy Slima, "Jump" Kriss Kross i "Jump Around" House Of Pain były naprawdę wycieńczające.
Po szalonym, rozrywkowym Łąki Łan na scenie pojawił się wykonawca reprezentujący muzykę skrajnie inną. Ben Harper, bo o nim mowa, od początku swojej kariery wpisuje się w nurt artystów zaangażowanych, wyczulonych na kwestie społeczno-polityczne. Tytuły jego albumów – np. "Welcome To The Cruel World", "Both Sides Of The Gun" czy "White Lies For Dark Times" – tylko to potwierdzają. Co prawda na scenie pomiędzy piosenkami nie agitował tak mocno, jak mogłoby się to wydawać, ale nawet odbiorca niezorientowany w jego twórczości, widząc, ile precyzji, emocji i serca włożył ze swoim zespołem w występ (perkusista momentami wyczyniał istne cuda na swoim instrumencie), miał prawo poczuć się wzruszony i dotknięty.
I tylko szkoda, że koncert Harpera spotkał się ze stosunkowo słabym zainteresowaniem. Oczywiście osób pod sceną było znacznie więcej niż na Łąki Łan, ale wydaje mi się, że liczba ta i tak była dla występu tej klasy niewystarczająca. Może i tłum gęsto się przemieszczał, ale wszerz sceny, i to daleko od niej. Kierunek ruchu uległ zmianie dopiero podczas wykonywania coveru "Under Pressure" Queen i Davida Bowie’ego. Wtedy to, gdy tylko obok Harpera gościnnie pojawił się Eddie Vedder, liczba osób zebranych pod sceną zaczęła momentalnie rosnąć. Rzeczywiście, utwór wypadł znakomicie, jednak już w kilka chwil po nim tłum zaczął momentalnie topnieć, by wkrótce powrócić do dawnej wielkości. Nie pomógł rockowy kop, profesjonalizm muzyków Relentless 7 ani Harper, który grał na wszystkie możliwe sposoby. Koncert ten – świetny, rozkręcający się z każdą minutą – nie otrzymał takiej uwagi, na jaką zasługiwał.
Być może wynikało to z tego, że następny wykonawca wymagał od publiczności naprawdę ogromnych pokładów energii. Do dziś nie potrafię wytłumaczyć sobie, jak to możliwe, że Pearl Jam grał koncert o godzinie 22, ustępując ostatni termin Groove Armadzie. Znając naturę kapeli z Seattle, można było z góry założyć, że nie będzie to koncert, który przytwierdzi nasze nogi do ziemi. Eddie Vedder i spółka od początku narzucili mordercze tempo, przecinane jedynie co jakiś czas balladami. Punktem przełomowym był "Jeremy", klasyczny utwór z debiutanckiego "Ten". Zauważyłem, że duża część osób wokół mnie dopiero po tej piosence otworzyła się w pełni na show PJ. Oczywiście wcześniej były jeszcze takie kapitalne nagrania jak chociażby "Do The Evolution" czy otwierające "Corduroy", ale to chyba "Jeremy" wzniósł ten występ na niedostępne wielu śmiertelnikom wyżyny i do samego końca nie pozwolił z tych wyżyn zejść, szczególnie podczas bisu, kiedy to zabrzmiały zarówno nagrania nowsze ("The Fixer" z prostymi, ale jakże skutecznymi efektami pirotechnicznymi), jak i starsze ("Alive").
Znakomita forma zespołu to jedno, ale rewelacyjnie wypadał także Vedder w przerwach między utworami. Ze szczególną aprobatą spotkała się przeczytana po polsku wypowiedź wokalisty. Choć Vedder w naszym języku "oczywiście nie umiał mówić", fani docenili, że wyszedł poza kanon standardowych "cześć" czy "zajebiście". Bardzo spodobała mi się również troska, jaką otaczał liczną publiczność. – Na moje "1, 2, 3" przesuńcie się proszę o trzy kroki w tył, bo tutaj ludzie z przodu napierają na barierki, a zależy mi na ich bezpieczeństwie – mówił. Innym razem: - Słuchajcie, widzę tutaj wiele różnych osób, są jakieś młode kobiety. Dlatego wolałbym, żebyście nie uprawiali żadnego "ocean shit" (chodziło mu zapewne o niesienie na rękach – przyp. red.). Nie wiem, może inne zespoły pozwolą wam na to, my nie możemy.
Za tak ciepłe gesty (a nie wykonywał ich tylko wokalista, bo także gitarzysta co chwila uśmiechał się do kamery czy do kogoś z tłumu) publiczność odwdzięczyła się doskonałym odbiorem piosenek. Szczególnie mile zaskoczony byłem, gdy najmłodsi fani równie głośno śpiewali piosenki z ostatniego "Backspacer", jak i "Ten". Tłum reagował na każdy refren czy krzyk Veddera tak entuzjastycznie, że on sam w pewnym momencie sprawiał wrażenie wzruszonego. Zwłaszcza podczas jednej z piosenek na bis głos jakby mu się załamał.
Ostatnią gwiazdą pierwszego dnia na Main Stage była formacja Groove Armada. Koncert oparty na znanym z poprzednich występów w Polsce materiale okraszony został pokazem możliwości oświetleniowca;)
Pierwszy dzień Open’era udowodnił dwie rzeczy. Po pierwsze, że po raz kolejny szykuje nam się znakomita edycja imprezy. Po drugie, że muzyka jednak łączy, a nie dzieli. Żadne szufladkowanie gatunków nie zmieni faktu, że jest to najlepszy instrument służący do porozumiewania się między ludźmi. Język wszechświata.
Dzień 2: Starość to radość
Drugi dzień festiwalu wyraźnie łączył stare z nowym. Na Scenie Głównej Mando Diao i Empire Of The Sun przecinali koncert weteranów z Massive Attack, zaś w namiocie – Fox i Klaxons dzielili czas z Grace Jones i Pavement.
Wbrew pozorom to nie młodzi artyści pokazali wigor i energię. Ich starsi koledzy po fachu wypadli o niebo lepiej – imponowali nie tylko doświadczeniem i scenicznym obyciem, ale również dynamiką i umiejętnością porwania tłumu. Z dużą odpowiedzialnością otwierania Głównej Sceny poradzili bardzo dobrze poradzili sobie płocczanie z Lao Che. Nie był to ich pierwszy raz na Open'erze. I to było widać, słychać i czuć.
Najlepszym dowodem na to jest forma Grace Jones. Nie starczyłoby palców na obu rękach, by policzyć stroje, jakie ta 62-letnia wokalistka wkładała na siebie podczas występu. Nie będzie przesadą, jeżeli napiszę, że każda piosenka oznaczała zmianę garderoby. Grace była więc raz divą w nakryciu głowy, którego nie powstydziłaby się jej matka, raz pracownicą klubu nocnego seksownie uwijającą się wokół rury z odsłoniętym tym i owym, a raz… cóż, w jej przypadku taka wyliczanka może trwać w nieskończoność.
Całe szczęście Grace nie poszła tropem młodszych koleżanek z branży, które, pozbawione talentu, kreują jedynie coraz to nowe choreografie i stroje, podczas gdy ich twórczość kuleje. Wokalistka do perfekcji opanowała stronę muzyczną show. Naturalnie wokal momentami kłuł w uszy, ale zrzućmy tę jedyną wadę na wiek, bo poza tym trudno było jej coś zarzucić. Rozpoczynające koncert "Nightclubbing" było jak zaproszenie na wycieczkę po nocnych nowojorskich klubach – trudno czegoś takiego nie przyjąć. Grace sprawnie żonglowała stylistykami. W pewnym momencie można wręcz było odnieść wrażenie, że wokalistka stara się uśpić publiczność, by za chwilę zrzucić na ich uszy bombę i mimowolnie zmusić do wzniesienia rąk w powietrze. I tak w istocie było. Przy "Love Is The Drug" czy "Slave To The Rhythm" trudno było ustać w miejscu.
Dla przeciwwagi występujące po Jones Klaxons rozczarowało. Brytyjska kapela w porównaniu z Grace wypadła do bólu statycznie, biernie. Brakowało w tym jakiejkolwiek frywolności, elementu zaskoczenia. Jasne, u Grace wszystko było reżyserowane, ale patrzyło się na ten spektakl z przyjemnością, a muzykę odbierało całym sobą, nawet jeśli tych piosenek się nie znało. Tymczasem Klaxons tam, gdzie grali piosenki z nowej, jeszcze niewydanej płyty, najzwyczajniej w świecie nudzili. Naturalnie takie kawałki jak "Golden Skanks" czy "It’s Not Over Yet" to koncertowe petardy, które trudno zepsuć. Ale nic poza tym. Dostaliśmy po prostu poprawny i tylko poprawny występ, który obnażył dodatkowo wady zespołu, bo okazuje się, że wokal – owszem, dzielony na dwóch brzmi dobrze, ale sprowadzany do pojedynczej osoby niestety traci jakąkolwiek moc. Szczególnie źle pod tym względem wypada Jamie Reynolds.
Piątkowego Open’era postanowiłem zakończyć akcentem hip-hopowym – pół godziny po północy swój występ na World Stage rozpoczął zespół Cypress Hill. Kapela przyjechała do Polski promować nowy album, wydany w kwietniu "Rise Up", jednak naturalnie to nie utwory z niego były największą atrakcją koncertu. Najbardziej entuzjastycznie przyjęła publiczność nagrania dużo starsze, bo pochodzące z pierwszej połowy lat 90. Wtedy to narodził się swoisty kult marihuany przez Cypress Hill, kult, który właściwie pielęgnowany jest po dziś dzień – nie tylko przez samych członków, bo oprócz wijących się wokół nich kłębów zielonego dymu gęsto było także nad publicznością. Nic dziwnego, skoro dla niektórych zapalenie jointa przy takich piosenkach jak "Hits From The Bong" czy "Dr Greenthumb" to spełnienie marzeń.
Niemniej we mnie ten występ pozostawił pewien niedosyt (i nie, nie łączcie tego z ostatnimi zdaniami poprzedniego akapitu ;). Niby wszystko było na swoim miejscu – członkowie CH mieli doskonały kontakt z publicznością, sypali żartami, byli pełni wigoru, a i listę piosenek dobrali niezłą (choć kilku utworów brakowało). Jednakże brakowało mi w tym wszystkim jakiejś kropki nad "i", kopa, który potwierdziłby, że mimo wieku Cypress Hill nadal rządzą na scenie. Szczególnie raził brak bardziej rozbudowanego instrumentarium. Kilka bębenków to zdecydowanie za mało. Przez większość czasu muzyka była puszczana przez DJ-a, co sprawiło, że takiemu klasykowi jak na przykład "Insane In The Brain" brakowało mocy. Moje przypuszczenia potwierdziły się w momencie, gdy perkusję w niektórych piosenkach zaznaczono wyraźniej – wtedy i kawałki zyskiwały na dynamice.
Dzień 3: Parkiet pusty
Trzeci dzień Open’era dowiódł, że masywne, klubowe dźwięki są w tym roku w odwrocie. Górują za to gitara, perkusja i bas. Jednak - zapewne dla przeciwwagi i udowodnienia, że na Open'erze jest miejsca dla każdej formy muzycznej twórczości - scenę główną otworzył bez kompleksów i z animuszem L.U.C.
"Jak to możliwe, że oni przez osiem lat nie grali razem?", takie pytanie pozostawało człowiekowi w głowie po koncercie Skunk Anansie. Doprawdy, patrząc na to, co działo się na Scenie Głównej między godziną 20 a 21:30, trudno było uwierzyć, że ta brytyjska kapela przez właściwie całą pierwszą dekadę XX wieku praktycznie nie istniała. Chemia w zespole podczas gdyńskiej imprezy była znakomita. Może zabrzmi to banalnie, ale każdy z muzyków autentycznie na scenie dawał z siebie wszystko. Szczególny prym pod tym względem wiodła charyzmatyczna wokalistka Skin. Scenę przebiegała wszerz w tempie szybszym niż techniczni, którzy tu i ówdzie dostrzegali jakieś niedociągnięcia. Tłum nosił ją na rękach jakby wzorem Jima Morrisona miała grać swój ostatni koncert i chciała w ten sposób wypełnić zobowiązanie wobec fanów. Było w tym coś epickiego, niezapomnianego, podobnie jak wtedy, gdy stanęła na perkusji i asystowała swojemu bębniarzowi w grze. Cóż, koncert Skunk Anansie pozostawi po sobie mnóstwo pojedynczych obrazków, które będzie się przywoływać zawsze podczas rozmów o wzorcowych rockowych imprezach.
Nim jednak trafiłem pod Main Stage, postanowiłem sprawdzić, jak prezentuje się mieszkająca na co dzień w Niemczech Polka Julia Marcell. Zachęcające do pójścia na jej koncert były dowartościowujące porównania. "Rodzima Regina Spektor"… Brzmi dumnie, ale i zobowiązuje. Niemniej Marcell udowodniła, że tkwi w niej olbrzymi potencjał. Głos ma czysty i mocny, kompozycje ciekawe, a asystujący zespół sprawnie realizował jej pomysły. Niestety, uderzał jednocześnie brak profesjonalizmu. Od początku słychać i widać było, że Julia i jej kapela to osoby mało obyte ze sceną.
Mimo wszystko występ ten należało uznać za dobry przedsmak przed najciekawszym wykonawcą tego dnia w Namiocie, a więc wspomnianą Reginą Spektor. Rozbrajająco szczera, urzekająca, rozmarzona i jakby nieco nieśmiała nowojorska wokalistka od pierwszych sekund podbiła serca publiczności. Jej występ - choć pozbawiony jakichkolwiek fajerwerków wizualnych, ale bogaty za to w wydobywające się z fortepianu dźwięki- zgromadził całkiem dużą liczbę uczestników festiwalu. Niech żałują ci, których ten występ ominął! Choć jeszcze na kilka godzin przed koncertem pisałem w rekomendacjach, że Namiot – z racji na swój najbardziej kameralny spośród wszystkich scen charakter – będzie dla niej miejscem idealnym, teraz posypuję głowę popiołem i apeluję do organizatorów Open’era, aby następnym razem umieścili ją na otwartej przestrzeni. Odbiór piosenek Spektor był bowiem znakomity, godny na przykład… World Stage’a? Tak, to byłoby miejsce dla Reginy świetne, z racji też na jej żydowsko-rosyjskie pochodzenie. A może to wschodni pierwiastek jej osobowości sprawił, że chemia między nią a Polakami była tak wspaniała?
A jeśli jesteśmy przy scenie World... trzeciego dnia jej gwiazdą (co udowodniła publiczność masowo bawiąca się pod sceną) był intrygujący Matisyahu. Zobaczcie:
Podczas gdy koncert Reginy trwał w najlepsze, Scena Główna była zdominowana przez chłopaków z Kasabian. Tak jak pisałem wcześniej, tego typu festiwale są dla nich poważnymi testami sprawdzającymi, czy rzeczywiście są godni porównań do Oasis. Jedno jest pewne, występ w Gdyni wypadł naprawdę dobrze. Brytyjczycy zagrali bardzo równy, porywający od początku do końca koncert wypełniony po brzegi nośnymi singlami jak "Club Foot", "Empire" czy "Shoot The Runner". Publiczność, szczególnie ta młodsza, na prawie każde nagranie reagowała entuzjastycznie. Wyjątkowe były ostatnie chwile koncertu, gdy zespół pojawił się na scenie z ogromną, biało-czerwoną flagą. Ostatnie wrażenie powszechnie przesądziło o dobrym odbiorze występu.
Rozczarowujące było za to show zaprezentowane przez londyńskie Hot Chip. Zespół ten, zamykający sobotnie koncerty na Main Stage, miał w zasadzie trzy dobre momenty w czasie trwającego ponad godzinę setu – "One Life Stand", "Over And Over" i nagranie wieńczące cały występ. Przez pozostałą część Brytyjczycy nudzili. Pojedyncze ręce wzniesione do góry czy nieliczne tańczące grupki to zdecydowanie za mało, by uznać ten występ za porywający. Zresztą sami członkowie zespołu sprawiali wrażenie nie do końca zainteresowanych rozbujaniem tłumu. Oficjalny, chłodny ton bijący z ich każdej lakonicznej wypowiedzi, nikły kontakt z publicznością i pewne wyuczone, mało naturalne gesty nie robiły dobrego wrażenia. Ostatecznie Hot Chip to kolejny, po Groove Armadzie, zawód dla fanów tanecznych rytmów. Może Fatboy Slim zmieni oblicze Sceny Głównej?
Dzień 4: Liryzm, szaleństwo, hardrock, blues, reggae, hip-hop i bolesny cios
Duża część uczestników festiwalu niedzielę na Open’erze rozpoczęła od odrobiny akustycznego liryzmu w wykonaniu Norwegów z Kings Of Covenience. Duet swój intymny, kameralny występ zaprezentował na Scenie Namiotowej, którą jednak już po chwili przemianował. "Nie gramy na Scenie Głównej, więc zróbmy tak, żeby to była Scena Główna", powiedział jeden z członków grupy. Na reakcję nie musiał długo czekać. W niedługo po tym liczba oglądających koncert KoC znacznie przewyższyła tę bawiących się pod Main Stage na Muchach. Zupełnie słusznie. Kings Of Convenience to zespół o tyle specyficzny, że duża część publiczności nie musiała na ich występ patrzeć – wystarczy, że słuchała. I nie trzeba było głośnego, acz banalnego klaskania, by wyrazić aplauz. Dłonie układane w kształt serc podkreślały emocje o wiele lepiej.
W tym czasie na Scenie Głównej prezentowały się krajowe Muchy.
W porównaniu z Kings of Convenience koncert The Hives był jak skok do zimnej wody po rozgrzewającej do czerwoności wizycie w saunie. Szwedzi zapewnili zupełnie inną kategorię doznań, kategorię, która mogła u niektórych spowodować istny szok termiczny. Mordercze tempo zostało narzucone właściwie od pierwszych sekund występu. Muzycy – co zaskakujące, ubrani nie w stylowe, charakterystyczne garnitury, a marynarskie wdzianka – nie oszczędzali publiczności, co rusz dorzucając węgla do rock-and-rollowego pieca. Warto zauważyć, że tempo koncertu było znakomite nawet pomimo długich przemów lidera zespołu, Howlin’ Pelle Almqvist, utrzymującego bliski kontakt z publicznością (niestety często mówił bardzo niewyraźnie; nie powinien się więc dziwić, że nie spotykał się z reakcją tłumu tam, gdzie jej oczekiwał). Wśród zagranych piosenek pojawiły się zarówno nagrania premierowe, jak i te dobrze znane, z "Hate To Say I Told You So" i "A.k.a. I-D-I-O-T" na czele.
Najciekawiej jednak na Głównej Scenie wypadł dowodzony przez Jacka White’a zespół The Dead Weather. To już kolejny występ White’a na Open’erze – wcześniej pojawiał się tu z innymi swoimi formacjami, The White Stripes i The Raconteurs. Z Dead Weather przybył, by promować wydany w maju tego roku krążek "Sea Of Cowards" i to piosenki z niego wypełniły dużą część setlisty. Co ciekawe, na scenie prymu nie wiódł White, ale towarzysząca mu w śpiewie Alison Mosshart. W koncertowym wydaniu uwidoczniła się jej drapieżność, pazur i gigantyczna energia. Przepełniony bluesem i hard rockiem występ publiczność oklaskiwała bardzo długo. Sam White przyznał, że Polska jest "jego sercu bardzo bliska", co spotkało się z dodatkowym aplauzem wśród tłumu.
W tym samym czasie na scenie World produkował się Nas z Damianem Marleyem. Przechadzający się po scenie mężczyzna nieustannie powiewający flagą, plemienne bębny towarzyszące tradycyjnej perkusji, chórek dziewczyn ubranych w moro i zarysowane na tyłach kontury Afryki stwarzały wrażenie, jakbyśmy uczestniczyli nie w imprezie sponsorowanej przez gigantyczny koncern, ale w wiecu, który wypowiada wojnę właśnie takim koncernom jak ten – oczywiście w trosce o problemy Trzeciego Świata. Gdy Nas i Damian pojawili się wśród wyżej opisanej scenerii, tłum oszalał. Duet za podstawę obrał naturalnie nagrania pochodzące z ich wspólnego krążka, "Distant Relatives", ale każdy z nich otrzymał również czas na indywidualne występy. Nas skorzystał z niego, by przenieść słuchaczy do złotych dla hip-hopu lat 90. - głośników zabrzmiały takie szlagiery jak "Represent" i "Nas Is Like". Raper nie mógł pominąć także uwielbianego przez słuchaczy "One Mic". Z kolei Damian przypomniał żywiołowe nagrania ze swoich ostatnich solowych płyt, choć w jego przypadku z największym entuzjazmem wśród publiczności spotkały się covery Boba Marleya. Ostatecznie dwójka ponownie złączyła się razem i brawurowo wykonała ich pierwszy utwór, "Road To Zion".
Nas i Damian nie popełnili wreszcie tego błędu, który kilka dni temu pogrążył nieźle zapowiadający się występ Cypress Hill. Duet, w przeciwieństwie do Cypressów, chętnie korzystał z żywych instrumentów rozstawionych po scenie, a jednocześnie posiłkował się umiejętnościami DJ-a. Dzięki temu równowaga między hip-hopem a reggae została zachowana.
Cieszące się ogromną popularnością w Polsce (i nie tylko) Archive, mimo gigantycznej konkurencji na sąsiednich scenach ściągnęło pod namiot prawdziwe tłumy. Fani mogli usłyszeć materiał skomponowany podobnie do tego, który znamy już z ostatnich koncertów formacji. Nie przeszkadzało to jednak w kontemplacji i wiele osób dało się porwać hipnotyzującym dźwiękom...
Tegoroczną edycję Open’era zamknął występ brytyjskiego DJ’a, Fatboy Slima. Show muzyka wprost porażało efektami wizualnymi. Strzelające w niebo lasery, światła kreślące w powietrzu różne wzory czy psychodeliczne, przypominające mi nieco koncert Chemical Brothers sprzed dwóch lat animacje wyświetlane na telebimach były najmocniejszymi elementami imprezy.
Od strony muzycznej należy pochwalić Fatboy Slima za próby re aranżacji wielu swoich piosenek. Niestety, chęci to jedno, a wykonanie to drugie. Nowe wersje znanych nagrań sprawiły, że przez chwilę poczułem się, jakbym był nie na Open’erze – imprezie promującej dobrą, wartościową muzykę – ale w remizie, na potańcówce, którą bardzo lubię określać mianem "wiksiarskiej". Najbardziej bolesny był cios, gdy zagrane na bis "Rockafeller Skank" odarto ze znakomitego, znanego z wersji studyjnej funkowego sznytu.
***
Open’er 2010 dobiegł końca. Przez ostatnie cztery dni pisaliśmy dla Was przede wszystkim o muzyce i różnych jej koncertowych odcieniach. Pamiętajmy jednak, że gdyński festiwal to przede wszystkim znakomita, niepowtarzalna atmosfera. Niech nie dziwi nas, że wykonawca X miał na swoim koncercie słabą frekwencję, podczas gdy dał znakomity koncert. Lepiej zrozumieć, że niektórzy kupują karnety 4-dniowe, mimo że często interesuje ich jedynie jeden wykonawca, a bywa że nie interesuje go nikt. "Po co on tu przyjechał?", zapytasz zapewne. Ano zapewne magnesem był w takim wypadku właśnie wspomniany klimat.
Poza tym festiwale takie jak Open’er to doskonałe miejsca do poznawania nowego. Często z braku laku albo w przerwie między jednym koncertem a drugim przechodzimy polem najeżonym scenami. Tego typu spacery mogą okazać się owocne – kto wie, może na World Stage albo Young Talents Stage natrafimy na muzykę, którą pokochamy od pierwszego usłyszenia? Zamiast bezmyślnie ściągać przypadkowe piosenki z Internetu, idźmy na Open’era. To jak gigantyczny serwis p2p – służy wymianie dźwięków w najlepszej, bo koncertowej jakości.
Na tego typu festiwalu poznajemy nie tylko muzykę, ale i ludzi. Z autopsji wiem, że na imprezach jak Open’er rodzą się niezwykłe, scementowane muzyką znajomości. Szczególnie tyczy się to wszystkich tych, którzy mają okazje nocować na polu namiotowym. Niezliczone melanże procentują – mapkę ze znajomymi regularnie zapełniają kolejne punkty.
Chodźmy więc na festiwale, nawet jeśli muzyka, którą reprezentują, nam nie odpowiada. Chociaż z drugiej strony o Open’erze tego powiedzieć nie można – rozstrzał stylistyczny jest tam tak duży, że jeśli rzeczywiście nie możesz w Gdyni nic dla siebie znaleźć, to warto byłoby się zastanowić, czy muzyka jest faktycznie Twoją pasją.
- DODAJ SWÓJ KOMENTARZ
News
- Jesteśmy najlepszą publicznością!
- Coachella 2010 - Lineup!
- Madness szaleje
- Open'er - 2 dzień: "Starość to radość!"
- Startuje European Festival Awards 2011
- Justice zagrają na Open’erze!
- European Festival Awards
- Prince headlinerem Open’era
- Organizacje pozarządowe na Heinekenie
- Franz Ferdinand, SBTRKT i Julia Marcell na Open'erze
- Sistars na Open'erze
- Pati Yang na Open'erze (Video)
- Gwiazdy drugiego dnia Open'era (Foto)
- Kto złożył autograf na policzku Burzyńskiej? (Video)
- Open'er w liczbach
- Karnety na Openera wygrali...
- Heineken Open’er Festival – oficjalny komunikat
- Poznaj line-up Open’era
- Beats Of Freedom – ważny film dla polskiej muzyki
- Strefa Fashionera na Openerze
Video
- THE WOMBATS - Heineken Open'er Festival 2011
- THE NATIONAL - Heineken Open'er Festival 2011
- SIMIAN MOBILE DISCO - Heineken Open'er Festival 2011
- R.U.T.A. - Heineken Open'er Festival 2011
- GOORAL - Heineken Open'er Festival 2011
- FAT FREDDY'S DROP - Heineken Open'er Festival 2011
- CRYSTAL FIGHTERS - Heineken Open'er Festival
- CARIBOU - Heineken Open'er Festival 2011
- BRODKA - Heineken Open'er Festival 2011
- SISTARS - Heineken Open'er Festival 2011























