10 najważniejszych płyt: Sidney Polak

Artysta zaprasza nas do swojego muzycznego świata.

2018.06.08

opublikował:


10 najważniejszych płyt: Sidney Polak

Właściwie Jarek Polak. Warszawiak z Chomiczówki, która stała się znana w całej Polsce w 2004 roku dzięki singlowi z jego debiutanckiej płyty. Znalazł się na niej również jego największy hit „Otwieram wino” – nagrany wspólnie z Pezetem. Wcześniej jednak grał i nagrywał z kapelami Cytadela, T.Love, ale również InCrowd. Fan reggae, rock’and’rolla i hip-hopu. W październiku ukaże się trzeci solowy album Sidneya, na którym ponownie znajdzie się wielogatunkowa mieszanka muzyczna ilustrowana oczywiście jego autorskimi tekstami.

Dla kogoś, kto aktywnie słucha muzyki od ponad 30 lat, wybranie 10 najważniejszych płyt to bardzo trudne zadanie. Ale… udało mi się (śmiech). Niektóre albumy w tym zestawieniu są ważne dlatego, że towarzyszyły mi w momentach „przejścia”. Kiedy dojrzewałem i wszystko było dla mnie nowe. Albo kiedy jakiś nowy gatunek opanowywał mój muzyczny gust i w rezultacie go… zmieniał! Nie wiem też, czy płyty, które wymieniłem, wziąłbym na bezludną wyspę? To byłoby straszne ograniczyć się tylko do 10 tytułów, które miałyby się stać soundtrackiem do mojej samotności…

Metallica – „Kill ‘Em All”, 1983

OK, cofam się do czasów szkoły podstawowej i do moich muzycznych początków. Na moim osiedlu na Chomiczówce, w opozycji do lansowanego przez telewizje popu w stylu George’a Michaela, toczyły ze sobą spory dwie frakcje zbuntowanych muzyków-amatorów. Jedną tworzyli fani metalu – wiadomo: najpierw Iron Maiden, a później Metalliki i Slayera. Drugą grupą byli post-hippisi, dla których absolutnym bogiem był Jimi Hendrix. Swojej przygody z muzyką nie zacząłem wiec od poznania Rolling Stonesów, czy Beatlesów, ale właśnie od metalu i hippisowskiego rocka. Dopiero później cofnąłem się do lat 60. i 50. Żeby zrozumieć, skąd to się wszystko wzięło…

A wiec może zacznę od mojej klasyki, czyli od albumu „Kill ‘Em All” Metalliki. Mógłbym wymienić też „South of Heaven” Slayera albo któryś z albumów Motörhead, ale zdecydowałem, że najbardziej reprezentatywny będzie właśnie ten krążek.

The Jimi Hendrix Experience – „Are You Experienced”, 1967

Ponieważ byłem otwarty na wszelką, intrygującą muzykę, bardzo szybko doceniłem argumenty drugiej strony osiedlowego sporu. Zacząłem zasłuchiwać się w pierwszym albumie Hendrixa. Wtedy również mama obiecała kupić mi perkusję. Zacząłem na poważnie marzyć o graniu na bębnach. Hendrix fascynował mnie nie tylko ze względu na gitarę. Jego perkusista – Mitch Mitchell – był dla mnie pierwszym przykładem niesamowitej improwizacji na tym instrumencie. Zacząłem uczyć się zagrywek usłyszanych na tej płycie, na początku stukając pałkami w… kanapę! 

A sam Hendrix? Co tu dużo mówić – był geniuszem!

AC/DC – „Highway To Hell”, 1979

W tym samym momencie któryś z nastoletnich kolegów w podstawówce dał mi kasetę z nagranym z radia „Wieczorem płytowym” z radiowej Dwójki – z płytą „Highway to Hell” AC/DC. Pamiętam, że ten album kompletnie mnie rozłożył na łopatki. W tej muzyce była zawarta cała magia rock’and’rolla. Jakże to wszystko było dalekie od tych dziesięciopiętrowców na Chomiczówce. I od tego szarego roku 1987… 

Patrzyłem na te tysiące okien w bloku naprzeciwko i kombinowałem, co tu zrobić, żeby być częścią tego muzycznego snu. Nie chodziło o same dźwięki. Chodziło o wolność, której każdemu tak bardzo wtedy brakowało…

The Police – „Reggatta de Blanc”, 1979

Minął może rok, a podstawówka zamieniła się w liceum. A w liceum poznałem nowych ludzi, którzy byli bardzo podobni do mnie. Też wierzyli, że muzyka może być sposobem na ciekawe i spełnione życie. Z kolegami z klasy szybko założyliśmy pierwszy zespół. Poznałem starszych ode mnie, ale również muzykujących ludzi z mojej szkoły. Matka kupiła mi wreszcie perkusję i po chwili już umiałem na niej grać. Śledząc najlepszych perkusistów poznałem The Police. W tej kapeli, grającej tzw. białe reggae, bębnił Stewart Copeland. Wzięło mnie to, nie powiem…

Brian Eno & David Byrne – „My Life in the Bush of Ghosts”, 1981

Zacząłem więc grać ze starszymi kolegami z mojej nowej szkoły, uczyć się od nich i poznawać nowe muzyczne rejony. Metal i hard rock uzupełniłem o nową falę, zaprzyjaźniłem się z delikatniejszymi melodiami The Cure, poznałem Bauhaus i Petera Murphy’ego, jednocześnie polubiłem płytę „The Jousha Tree” U2. Fascynował mnie jej bębniarz – Larry Mullen Jr, który grał prosto i skutecznie. A poza tym zajebiście wyglądał. Wtedy też poznałem Davida Byrne’a i ktoś puścił mi jego wspólną płytę z Brianem Eno. Oj tak, zdecydowanie zakochałem się w tym albumie. To była następna odsłona tej samej psychodelii, którą kiedyś odkryłem u Hendrixa. Tyle, że nowa, samplerowa, loopowa. To był czas, kiedy komputery zaczynały być mocno obecne w muzyce – sam miałem już Atari na biurku i po szkole popylałem w „Road Race” (śmiech).

The Rolling Stones – „Still Life (American Concert 1981)”, 1982

Całą drugą i trzecią klasę liceum spędziłem ćwicząc na bębnach – czasami po 8 godzin dziennie. Chodziłem też na wszystkie koncerty i festiwale w stylu Róbrege czy Marchewka, przesiadywałem w „Remoncie” i „Hybrydach”, no i grałem licealne koncerty ze swoim pierwszym zespołem Cytadela. Z tym bandem zaczęliśmy robić próby w „Hybrydach”, pojechaliśmy do Jarocina, byliśmy nawet kilka razy w jakiejś telewizji. Zaczęło się dziać coś dobrego… 

Zacząłem też poznawać innych muzyków z Warszawy. A w wakacje – między trzecią a czwartą klasa liceum – Muniek i Janek Benedek zaproponowali mi granie w T.Love…

To była naprawdę mocna rzecz. Zacząłem grać w kapeli, której piosenek słuchałem na walkmanie jeżdżąc do szkoły autobusem – z Chomiczówki na Wrzeciono. Wszedłem w inny świat. I teraz już naprawdę musiałem solidnie odrobić lekcje ze Stonesów. Pokochałem wtedy drive Charliego Wattsa. To była czysta esencja.

Public Enemy – „Fear of a Black Planet”, 1990

To był już początek lat 90. Czyli czas, kiedy rap zaczął dochodzić coraz bardziej do głosu. W Warszawie nastąpiła klubowa eksplozja. Zacząłem namiętnie słuchać hip-hopu, nie tylko tego „czarnego”, spod znaku Public Enemy, ale też oczywiście Beastie Boys. Ta kultura fascynowała mnie swoim kolorem, rytmem, samplem, wielkomiejskością, brakiem ograniczeń. No i swoją bezczelnością.

Red Hot Chilli Peppers – „Mother’s Milk”, 1989

Niedługo potem stało się to, co musiało się stać – nastąpiła fuzja rocka i hip-hopu. A w zasadzie rocka i funku. Wyszła wówczas płyta „Judgement Night” – jako ścieżka dźwiękowa do dość średniego filmu. Ale pomysł za połączenie kapel z dwóch muzycznych światów był absolutnym strzałem w dziesiątkę! Już wcześniej poznałem Bad Brains, oczywiście przebojem do mojego cd-playera wdarło się również Living Colour, ale w końcu usłyszałem utwór „Taste the Pain” Red Hot Chilli Peppers. Jezu, to było to! Funk, rock’and’roll i ta psychodeliczna trąbka na końcu. Odlot!

Paktofonika – Kinematografia, 2000

Ale to był czad! Poczucie, że można wszystko… ze sobą połączyć! Że nie ma żadnych ograniczeń. Wtedy na moją playliste wjechały wszystkie zespoły tego typu! Urban Dance Squad, Jane’s Addiction z płytą „Ritual De Lo Habitual” itp. Pojawiła się Nirwana i inni artyści wytwórni Sub Pop. Wydawało się, że nic już nigdy mną nie pozamiata! Że już do końca życia będę słuchał „czadów”. I grał czad na bębnach! Jednak w Polsce, która miała już za sobą 10 lat wolności ustrojowej okazało się, że nie wszędzie jest tak kolorowo, jak w kilku warszawskich klubach. Że nasz kraj się rozwija, ale cholernie nierówno. Że są miejsca i środowiska, które aż krzyczą z niezadowolenia! Z tego właśnie zjawiska narodził się polski hip-hop. Płytą absolutnie genialną był „Ewenement” Molesta Ewenement. Ale na mnie jeszcze większe wrażenie zrobiła „Kinematografia” Paktofoniki! Te i kilka innych płyt ośmieliły mnie do myślenia o swojej twórczości solowej. To wtedy sprawiłem sobie pierwszy komputer do klejenia dźwięków. Zacząłem już na poważnie pisać muzykę. Szybko okazało się, że mój macierzysty zespół, czyli T.Love, nie jest w stanie wchłonąć wszystkich moich pomysłów. Dlatego odważyłem się stanąć za mikrofonem. I przekonałem się do swojego głosu.

Seeed – New Dubby Conquerors”, 2001

Właśnie wtedy pomyślałem, że zacznę pisać teksty na poważnie, a nie tylko z doskoku. Miałem już wtedy spore doświadczenie, bo wiele tekstów napisałem do zeszytu – jeszcze w latach 90. W międzyczasie w naszym zespołowym busie popularne stało się reggae. Zmęczeni „czadem” lat 90. zaczęliśmy szukać ukojenia w reggae’owym spokoju. Dość szybko trafiłem na płytę, która łączyła w sobie elementy reggae i hip-hopu. To połączenie było dla mnie drogowskazem przy robieniu swojej pierwszej solowej płyty. Płyta niemieckiego bandu Seeed bardzo mnie inspirowała w tamtym okresie…

Artur Szklarczyk

Polecane