700 tys. ludzi i jeden idiota

Jak wyglądał Przystanek Woodstock?

2011.08.08

opublikował:


Bardzo trudno jest wyjaśnić, czym jest Przystanek Woodstock osobie, która tam nie była. Opisanie tej atmosfery, pozytywnego ładunku emocji, poczucia wspólnoty i swoistego „odrealnienia i pełnego resetu od rzeczywistości” jest niemożliwe. To trzeba przeżyć samemu i samemu wyrobić sobie pogląd – czy podoba mi się to, czy nie? Co roku wiele do myślenia powinny dawać reakcje gości Akademii Sztuk Przepięknych. Nie ma znaczenia, czy ktoś jest noblistą, który „obalił komunizm”, przewodniczącym Parlamentu Europejskiego, oskarowym reżyserem, politykiem spod dowolnej bandery, aktorem, muzykiem… im wszystkim opadają szczęki i pękają oczy ze zdziwienia. Odsyłają ochronę w cholerę (Buzek) i spacerują sobie swobodnie po polu festiwalowym. Są w szoku. Są pozytywnie wstrząśnięci. I co najmniej jedno zdanie w ich relacjach zaczyna się od słów: nie wiedziałem. A no właśnie, nie wiedzieli…

Mimo 17 edycji tego wydarzenia, w wielu mediach i u wielu osób, pokutuje jakiś wykrzywiony obraz, fałszywy stereotyp tego muzycznego święta (piszę te słowa absolutnie bez egzaltacji). Niechęć i tendencyjność mediów „katolickich” jest zrozumiała. To taki nasz folklor. Ale przywiązywanie jakieś kosmicznej wagi do wypadku „w drodze na Woodstock” przez pozostałe, zdawałaby się poważne media, jest po prostu głupie. Bałwanom nie potrafiącym podróżować koleją poświęca się więcej miejsca niż np merytorycznej dyskusji festiwalowiczów z prof. Belką. Ja rozumiem, że w mediach najlepiej sprzedają się krew, sperma i łzy, ale bez przesady.

Cieszy natomiast to, że pojawia się coraz więcej relacji, w których można przeczytać o setkach tysięcy ludzi bawiących się wspólnie na środku jakiegoś pustkowia. Fajnie, że świat (bez cienia przesady) zauważa największy i najpiękniejszy festiwal w Europie. Chińczykom wyłażą gały ze zdumienia, że „to wszystko za darmo”; w Australii piszą, że to wydarzenie zmienia sposób postrzegania Polski; Amerykanie, przepraszają za polish jokes… Ale my musimy koniecznie napisać „o tragicznym wypadku w drodze na Woodstock”. No kurwa mać.

Koledzy redaktorzy, uprzejmie donoszę (zwłaszcza tym, co nie byli), iż wśród tych siedmiuset tysięcy ludzi byli tacy, co się zarzygali i obszczali, bo instrukcja obsługi alkoholu jest im obca. Byli tacy co kradli i zostali okradzieni. Byli tacy, co trafili do szpitala. Ale, jeśli wierzyć szacunkom Policji i własnym obserwacjom, było ich znacznie mniej niż w przeciętnym, półmilionowym mieście!

W związku z tym, że festiwal już za nami i nie będzie już w tym tygodniu „wypadku w drodze na Woodstock”, to podpowiadam wam, koledzy redaktorzy, jeszcze kilka super-ogórkowych tematów: wypadki w drodze na zakupy w supermarketach (ile osób uległo obrażeniom w drodze do konkretnych sklepów, koniecznie podać ich nazwy!); jakich rozgłośni radiowych słuchały ofiary wypadków samochodowych w chwili śmierci… itd. Z pomysłów tych możecie korzystać śmiało, tylko podpisujcie się swoimi imionami i nazwiskami, ok? 🙂

***
I jeszcze o wydarzeniu które zapamiętam na długie lata. The Prodigy. Wcześniej miałem okazję fotografować ich dwa razy. I zawsze po tych koncertach były fajne, szczegółowe relacje z ich występów. W tym również zdjęcia kolegów fotografów. Widzieliście relacje z koncertu The Prodigy na Przystanku?

Tym wszystkim, którzy przyjechali specjalnie na ich koncert pewnie się podobało, choć nie byli specjalnie zachwyceni tym, że show zaczęło się z godzinnym opóźnieniem (jesteśmy, kurwa, gwiazdy), choć zazwyczaj tzw. przepinka na Dużej Scenie Woodstock zajmuje średnio 11 minut. To było naprawdę dobre show, ale poprzedzone idiotyczną akcją rozstawiania barierek pod sceną, co serdecznie zepsuło poprzedzający The Prodigy koncert Gentelmana. Na 12 godzin przed zaplanowanym występem największej gwiazdy festiwalu, ich menadżer zażądał rozstawienia przed sceną barierek „dla bezpieczeństwa” i „zgodnie ze światowymi standardami”. Brawo Jasiu.

Przed sceną, na którą nie da się wejść od strony publiczności, bo jest za wysoka, zabezpieczona i chroniona. Przed sceną, na której w ciągu tych 17 lat zagrało setki różnych formacji z kraju i ze świata, przed sceną, pod którą bawiło się bez barierek, płotów i innych szykan miliony(!) ludzi. Przed sceną, pod którą tradycyjnie w upał jeżdżą ciężkie wozy Straży Pożarnej i wszystkich chętnych polewają wodą. Pod tą sceną, po raz pierwszy – i ostatni, jak zapewnia Jurek – stanęły barierki.

Drogi menadżerze, Ok, można nie wiedzieć, z kim i na co podpisało się kontrakt. Można do końca nie zdawać sobie sprawy, gdzie będzie grać zespół, którym się opiekuje i o którego wizerunek się dba (sic!). Można nie zadać sobie trudu sprawdzenia tego wszystkiego. Można. Ale jakim trzeba być idiotą, by widząc na miejscu, jak przebiegają koncerty, jak bawi się publiczność, jak to wszystko jest zorganizowane (włącznie z udzielaniem pomocy potrzebującym), by nie wycofać się z tego kretyńskiego warunku. Był na to cały dzień. Wiele godzin. Jak się okazuje, za mało, bo w tym czasie trzeba było jeszcze wyznaczyć „strefę zero” za sceną, jakby tam sam Obama z Papieżem mieli stoczyć pojedynek w szachy. Trzeba było zakazać filmowania, fotografowania i czego tam jeszcze… by obudzić się w środku koncertu i łapiąc organizatorów za rękaw – Ja pierdole! Ale szok! Pierwszy raz w życiu coś takiego… Rejestrujecie to?! Rejestrujecie, co nie?! – NIE, kurwa, przecież sami zakazaliście…

Byłem na scenie. Nie wiem, czy legalnie, czy nie, ale korzystając z „przywilejów” orkiestrowego fotografa robiłem zdjęcia (do momentu w którym nie zostały poproszony o zejście). Widziałem z bliska, jakie wrażenie zrobił na muzykach widok ze sceny. I później widziałem z bliska jak Keith i Maxim z przerażeniem obserwowali to, co działo się „na barierkach”. Jak bliscy byli przerwania koncertu, jak „interweniowali” u obsługi sceny. To, jak co chwila wołali to setek tysięcy ludzi „one fucking step back!” słyszeli wszyscy. Menadżer pewnie też. Nie dziwi mnie to, że natychmiast po koncercie wskoczyli do limuzyny i uciekli. Żałuję, że nie widzieli euforii ludzi przy demontowaniu barierek i że nie usłyszeli, że „zagrali jako support przed Łąki Łan”. Dla mnie ten dzień to 700 000 ludzi i jeden idiota.

Nie wiem, co stanie się ze zdjęciami z The Prodigy. Mogę je skasować, nie ma sprawy. Mam to w dupie. Ale zespół powinien się zastanowić, po co mu management, który robi więcej złego niż dobrego dla wizerunku zespołu. Fundacja zaś wprowadzić do umów z artystami zapisy uniemożliwiające im burzenia atmosfery wolności i święta na Przystanku.

Tymczasem zapraszam na zdjęcia spoza sceny. Tak wyglądał Woodstock. Tak wyglądaliście Wy – Woodstockowicze. Jak zwykle – do zobaczenia za rok. Może być i bez „mega gwiazd”. Do-zo-za-rok. Dziękuję.

 

Polecane