Alicia Keys: nowy początek?

W swoim nowym singlu wokalistka odchodzi od dotychczasowej stylistyki.

2016.05.09

opublikował:


foto: mat. pras.

Dotychczas jej nieodłącznym atrybutem był fortepian. Grała na nim w swoim debiutanckim teledysku „Fallin” i od tamtego czasu właściwie każdy jej przebój oparty był na klawiszowych dźwiękach. Bez względu na to, czy Keys śpiewała bardziej zadziornie – jak w mocnej „Karmie” – czy zwracała się ku nastrojowym balladom, fortepian wydawał się w jej przypadku wyborem oczywistym i naturalnym. Jakby wpisany był w jej nazwisko. Trudno było sobie ją wyobrazić bez tego instrumentu.

Trudno, ale nie wiem jak Wy, ja po cichu liczyłem, że pewnego dnia ktoś wreszcie odciągnie Keys od klawiszy. Ostatnie albumy – mam tu na myśli wszystkie wydane po wspaniałym, klasycznym już chyba „The Diary of Alicia Keys” – prezentowały się porządnie, ale brakowało w nich pierwiastka szaleństwa. Tak jakby artystka zasklepiła się już w swoim rutyniarskim graniu, które przyniesie jej kilka przebojów i względną akceptację krytyków doceniających zgrabne balansowanie między nowoczesnością a klasyką.

Czyżby teraz nadciągało coś nowego? Najwyraźniej tak. Wprawdzie już poprzedni album, wydany pod koniec 2012 roku „Girl on Fire”, promowany był tytułowym utworem, który wymykał się opisanej wyżej charakterystyce, odchodząc od fortepianowej melodii na rzecz dominujących, masywnych bębnów. Tyle że w tamtym nagraniu syntezatory Jeffa Bhaskera właściwie imitowały podstawowy instrument Keys i nie bez powodu w creditsach zostały oznaczone jako „piano” oraz „organo”. Tymczasem wydany właśnie „In Common”, mimo że tu i ówdzie również uruchamia delikatne klawisze, prezentuje coś, czego ostatnimi czasy w nagraniach Keys brakowało. O ile o jej piosenkach mogliśmy często mówić, że są albo do głośnego śpiewania na stadionach, albo do wzruszania się w domowym zaciszu (swojego czasu wytykali jej to dziennikarze), nowy singiel wymyka się tej opozycji, kluczowej jak dotychczas dla nowojorskiej wokalistki. Jest klubowy, ale stonowany. Dyskretny, ale przyjemnie pulsujący.

„In Common” na pewno chwyci i podbije listy przebojów. Czyli osiągnie swój cel. W końcu, co dużo też mówi o rynkowym wyczuciu Keys, jest pod wieloma względami modny. Do współpracy wciągnęła m.in. Illangelo, producenta znanego m.in. z nagrań z Drake’em i The Weekndem. Przewodni motyw piosenki – nazywany w materiałach prasowych mianem „latynoskiego”, choć moim zdaniem odpowiedniejsze byłoby określenie „tropikalny” (choć latynoski jest już bez wątpienia rytm) – wpisuje się w szereg klubowych nagrań nawiązujących do muzyki klubowej lat 90., z „What Do You Mean” Justina Biebera na czele. Zresztą wspomniane klawisze, wycofane na daleki plan, dają znać o inspiracjach house’em ostatniej dekady XX wieku.

Kilkanaście lat temu taki podkład w utworze Keys byłby trudny do wyobrażenia. W końcu wokalistka rozpoczynała karierę jako nadzieja soulu/r&b XXI wieku, następczyni największych diw tego gatunku. Z czasem wpompowała w swoje nagrania stadionową energię, refreny o potencjale hymnów, a ogólny klimat jej nagrań skręcił w zdecydowanie popową stronę. Narzekałem, że idzie na łatwiznę i ulega trendom. Tym razem jest podobnie, a jednak mam wrażenie, że w „In Common” ta zwiewna muzyka jej służy. Przełamuje pewien impas w jej twórczości, pozwala odetchnąć i z większym zainteresowaniem oczekiwać nowego albumu.

Pytanie, do jakiego stopnia singiel będzie reprezentatywny dla całości. Zapowiadana na lato płyta ma być hołdem Keys dla jej nowojorskich, hip-hopowych korzeni, a jednocześnie dowodem na wszechstronną osobowość piosenkarki – „aktywistki, artystki i kobiety”. O ile ta druga informacja jest właściwie pusta i nie mówi niczego o nadchodzącym krążku – a przynajmniej mówi tyle, że pod jakimś względem będzie on podobny do ostatnich wydawnictw artystki, na których kreuje się ona na silną, niezależną kobietę – o tyle wątek rapowy jest już intrygujący.

Keys ma w swoim dorobku kilkanaście duetów z raperami. Od skromnego udziału w słynnym, gęstym od gwiazd „All of the Lights” Kanye Westa po tak kluczowe gościnne występy jak ten w „Empire State of Mind” Jaya Z. Pomiędzy tymi dwoma biegunami plasują się inne, niekiedy zapomniane nagrania. Jak choćby „Streets of New York” z brytyjskiej wersji „The Diary of Alicia Keys” – remix kultowego utworu Nasa „NY State of Mind”, do którego dograł się także Rakim. Albo „Warrior Song”, inny numer Nasa (tym razem z „God’s Son”), gdzie zaśpiewała w refrenie. Albo „Gangsta Login”, przebojowa kooperacja z Eve sprzed czternastu lat. Jeśli tak mają wyglądać nowojorskie, hip-hopowe wątki na nowym albumie Alicji Keys, nie mam nic przeciwko. Oby tylko mąż artystki, Swizz Beatz, trzymał się od tego projektu z dala.

{facebook}

 

Polecane