Artur Rawicz: Promuję gówno (felieton)

Kompletnie nie mam wyczucia.

2016.03.22

opublikował:


Kompletnie nie mam wyczucia. Wczoraj wieczorem pod wpływem impulsu wrzuciłem na prywatnego Fejsa post, którym prawdopodobnie jakoś podświadomie chciałem wyładować trochę swoją frustrację, trochę się dowartościować, pewnie nawet trochę poczuć się lepszym. Było, nie było, po to jest Facebook. Sytuacja, którą opisałem, dotknęła mnie tyleż gwałtownie, co niespodziewanie. Nie doceniłem jej atrakcyjności jako tematu na felieton. Stąd post dla znajomych. Wstałem, zobaczyłem ich reakcję, zrozumiałem że postać Sławomira gwarantuje w miarę przyzwoitą poczytność, klikalność, oglądalność. Daje też – co chyba ważniejsze – możliwość odreagowania, wyprowadzenia kilku nawet niezgrabnych ciosów w łatwy cel. Przy okazji można się nieco posnobować na jazz i inne szlachetniejsze gatunki muzyczne i generalnie poczuć się lepszym.

Temat trzeba koniecznie uratować. Dopisać jakieś wprowadzenie, wstęp czy coś w tym stylu, a potem albo zgrabnie poprowadzić do pointy, albo gwałtownie i efektownie zakończyć. Dadzą mi w redakcji na chwilę spokój z pisaniem felietonów na zamówienie. Wystawię się jedynie na kilka zarzutów o świadome promowanie gówna, jednak te można zawsze odeprzeć twierdząc, że to żadna promocja gówna, a pisanie o zjawisku, refleksja, konstatacja. To wstęp mamy z głowy. Teraz treść postu sprzed 12 godzin.

Nie pytajcie mnie, jak do tego doszło, ale spędziłem dziś wieczorem jakiś kwadrans z małym okładem na koncercie niejakiego Sławomira. Nie mam pewności jeszcze, czy to przypadkiem nie nazwa całego zespołu. Nieistotne. Tenże Sławomir twierdzi, że uprawia rocko-polo. Jak nie śpiewa barwą głosu znaną pierwszego z brzegu remizowego wesela, to tańczy jak na weselu. Jak nie śpiewa o dziewczynie, co zarosła lub o Golfie III, to prowadzi konferansjerkę rodem z najgorszego uzdrowiskowego dancingu z dowcipami o gorzałce, cyckach, majtkach i prutaniu.

Generalnie to Sławomir jako przedstawiciel disco-polo na gitarach uświadomił mi, że są jeszcze na świecie ludzie, którzy jak śpiewają to nawet nie to, że nie chcą zmieniać świata, im w zasadzie nie chodzi o nic. Taka formuła na zarobkowanie. Nawet jak się źle czują, to zawodowo udają, że bawią się świetnie. Straszne.

Jeszcze bardziej przeraził mnie entuzjastyczny odbiór Sławomira przez pracowników różnego szczebla i profesji zjednoczonych we wspólnym celebrowaniu piątku i mających te same problemy: kamerować komórką pląsając z uśmiechem i dostojnie obracając się wokół własnej osi (długie ujęcia, 4 do 7 obrotów na jedną piosenkę), czy też może zrobić sobie selfie. Dramatyzmu sytuacji dodaje fakt, że obie te czynności przeszkadzają w chóralnym śpiewaniu ze Sławomirem „mała, już wiosna, znów zarosłaś”. Czy te gusta to też wina zaniedbań poprzednich ekip?

Jestem tak rozbity i zdruzgotany, że palę papierosy w ciszy i nie wiem co myśleć. Czy śmiać się, czy płakać? Kurwa mać. Po co były te wszystkie Hendiksy, Coltrane`y, Zeppeliny, Wysockie, Świetlickie, Komedy, Curtisy, Popy, Davisy, Nalepy i cholera wie jakie jeszcze obłąkane i nadąsane obdartusy… Po co to wszystko?

Koniec.

Jak to napisałem i nadusiłem „enter”, to zrobiło mi się lżej, weselej. Poczułem się lepiej. Potem przeczytałem jeszcze raz, poprawiłem literówki, dostawiłem przecinek i ze zdumieniem zorientowałem się, że… praktycznie kompletnie nie słucham piosenek o niczym, w ogóle nie potrafię obcować w twórczością, w której nie chodzi o nic. Która kompletnie wyjałowiona jest z jakiejkolwiek myśli. Która w całej swej rozciągłości podporządkowana jest jedynie funkcji rozrywkowej. Może nawet nie to, że nie potrafię, co szczęśliwym zbiegiem okoliczności nie miewam ku temu okazji. Ostatnie kilkadziesiąt płyt, których słuchałem, coś ze sobą niosły, były o czymś. Wszystkie koncerty które widziałem, w najgorszym wypadku były jedynie popisami kunsztu muzyków, ale zazwyczaj jednak o coś im chodziło. Coś mieli do powiedzenia. Wciąż za małą wiktorię poczytuję sobie, że odmówiłem kiedyś przygotowania relacji fotograficznej z festiwalu disco-polo w Ostródzie. Na szczęście nie potrzebowałem w tamtym momencie aż tak bardzo szmalu. Bo inaczej pewnie bym pojechał.

Ale nie pojechałem, i teraz mogę sobie wypisywać, że kompletnie zapomniałem o tym, że muzyka ma dawać przyjemność, rozrywkę, że można kiwać główką, tupać nóżką, nucić o majteczkach w kropeczki czy jakieś inne bragga. Nie musi być o czymś, nie musi być na serio. Jeśli nie ma większych potrzeb estetycznych, jeśli nie oczekuje się od twórców zaangażowania, wciągnięcia i podjęcia z odbiorcą jakiejś popkulturowej gry na kilku poziomach, to wtedy przychodzi Sławomir i wygrywa. I takie Sławomiry zawsze były, są i będą.

Wracam do „Post Pop Deproession” Iggy’ego Popa i Josha Homme`a… 😉

P.S.: Sławomirze, it`s nothing personal… Wykonuję tylko swoją pracę i szanuję Twoją. Wiesz, jak jest.

Polecane