Hip-hop w 2006 roku: jaki był? Czego wtedy słuchaliśmy?

CGM.pl i TIDAL grają na czarno.

2016.08.29

opublikował:


Foto: P. Tarasewicz

Dobrze pamiętam: już w 2006 roku wieszczono upadek hip-hopu. Winnych było wielu. Po pierwsze Scott Storch – ten białas od plastikowego brzmienia, Żyd, który nie znał umiaru w generowaniu kolejnych zepsutych przebojów. Przed dziesięcioma laty, może nawet ciut wcześniej, przeżywał swój złoty okres. Doczekał się rozpoznawalnego, klawiszowego stylu, który wtedy zdążył już dotrzeć nad Wisłę – w końcu od inspiracji Storchem zaczynał swoją przygodę Matheo.

Po drugie 50 Cent i jego świta. Tu nawet nie chodziło o nagrania, bardziej o etykę zawodową, atmosferę blichtru, nieznośny hałas, który ta ekipa robiła wokół siebie. W 2006 roku Fifty wprawdzie nie wydał albumu – zbierał jeszcze owoce zaprezentowanego rok wcześniej „The Massacre” – ale na przykład Lloyd Banks, jego kolega z G-Unit, już tak.

Po trzecie wszyscy ci, którzy garnęli się do rapu, bo wyczuli koniunkturę, a dziś mało kto o nich pamięta. Wszechobecny wówczas Akon (możecie go posłuchać poniżej w singlu Obiego Trice’a). Chingy, nieznośna gwiazda jednego sezonu (rok później kimś takim był Soulja Boy). Symboliczne było też wejście na rynek Kevina Federline’a, tancerza i byłego męża Britney Spears, który postanowił zająć się rapem.

Tę listę można by jeszcze ciągnąć. Dokładniej przyjrzeć się bijącemu wówczas rekordy popularności hip-hopowi z południa USA. Przypomnieć krytykę, jaką zbierał Lil Jon i jego crunk. Tak, w 2006 roku szeroko dyskutowało się na temat śmierci hip-hopu. Ale to był dopiero początek. W grudniu na rynek trafił głośny album Nasa o znamiennym tytule „Hip-Hop Is Dead”. I zaczęło się. Fraza „hip-hop umarł” na dobre weszła do słownika hip-hopowca. Należało się do niej jakoś odnieść.

Pamiętam, że sam byłem wówczas po stronie Nasa. Utyskiwałem na kondycję amerykańskiej sceny. Przypomina mi się rozmowa z jednym z dziennikarzy, podczas której – będąc pryszczatym trueschoolem – próbowałem go nawrócić na prawdziwy rap, podsuwając wydany wówczas „Feedback” Jurassic 5, a odwodząc od „King” T.I. W końcu ta pierwsza płyta to czyste, analogowe brzmienie, zaś druga – wstrętne cykacze. Przecież wiadomo, co jest prawdą, a co marną kopią.

A jednak myliłem się. Nie tylko dlatego, że dziś z perspektywy czasu widać, który album wywarł większy wpływ na rozwój sceny. Przede wszystkim dlatego, że to „King”, a nie „Feedback” chce się słuchać po dekadzie. Płyta J5 była zmierzchem kariery ważnego na przełomie wieków zespołu, zaś krążek T.I.’a – mocnym sygnałem, że oto na Południu USA koronowano nowego władcę.

T.I.’a zrehabilitowałem we własnych oczach już wiele lat temu. Teraz, przygotowując poniższą playlistę, dotarł do mnie ogólniejszy wniosek – to, jak ciekawym rokiem dla hip-hopu był 2006. Może nie przyniósł zbyt wielu genialnych albumów, ale świetne single – już na pewno tak. Weźmy chociażby „It’s Okay (One Blood)” The Game’a, „Hip-Hop Is Dead” Nasa, „The Format” AZ i „Cali Iz Active” Tha Dogg Pound. Każdy z nich promował album w porywach niezły, ale zasadniczo nierówny. Jednak te pojedyncze utwory to majstersztyki, każdy na swój sposób.

Wspominałem wyżej o Akonie. A przecież 2006 rok to także kilka pamiętnych występów nieco przykurzonej dziś, a obdarzonej bardzo charakterystycznym głosem Chrisette Michele, na albumach Nasa i Jaya Z przede wszystkim. To chwytliwy refren znienawidzonego przez wielu R. Kelly’ego w singlu Snoop Dogga. To bardzo przyjemny, pełen soulu album „Timeless” Sergio Mendessa, nadzorowany przez równie hejtowanego will.i.ama, a przynoszący zaskakujące kooperacje w rodzaju tej z Justinem Timberlakiem i Pharoahe Monchem. To wreszcie kilka wartościowych śladów, które hip-hop zostawił w muzyce popowej („Loose” Nelly Furtado z bitami Timbalanda, Gnarls Barkley z głosem byłego członka Goodie Mob, Cee-Lo).

A co z pełnymi albumami? W porządku, było kilka rozczarowań. Jak wspominałem, „Doctor’s Advocate” Game’a, „Kingdom Come” Jaya Z, „Hip-Hop Is Dead” Nasa i „The Blue Carpet Treatment” Snoopa – najgłośniejsze premiery jesieni 2006 – to krążki nierówne, pełne niepotrzebnych dłużyzn i kilku nazbyt oczywistych patentów. Z drugiej strony są jednak premiery z pierwszej połowy roku: gwiazdorskie „King” T.I.’a i „The Big Bang” Busty Rhymesa, przekonujące od początku do końca „Fishscale” Ghostface’a.

Debiuty? Też na miarę oczekiwań. Wypełnione bangerami „Port Of Miami” Ricka Rossa. „Food & Liquor” Lupe Fiasco – mimo że nagrywane niemalże od nowa (z powodu wycieku) przez raptem 24-letniego chłopaka – imponowało dojrzałością, której brakowało wielu weteranom (dowodem tego znakomite „Hurt Me Soul” poniżej).

Tak, to prawda. Trafiły się rozczarowania. Dla wielu pod taką kategorię podpadnie powrót Jaya Z z emerytury (całe szczęście zrehabilitował się już po roku doskonałym „American Gangster”) albo „Idlewild”, ostatni krążek Outkast. Pokładanych oczekiwań nie spełnił też solowy debiut Pharrella Williamsa.

I rzeczywiście, zabrakło genialnych płyt. Poza jedną – „Hell Hath No Fury” Clipse. Gdy słucham tego albumu, zapominam właściwie o pracy, którą Pharrell wykonał na swoim solo. Brzmienie, które razem z Chadem Hugo zafundował na płycie Pushy T i Malice’a, to dla mnie jedna z wizytówek rapu w XXI wieku.

Polecane