KęKę, czyli social media ninja

Nindża mediów społecznościowych nie ma łatwego życia. Musi być cały

2016.08.09

opublikował:


Nindża mediów społecznościowych nie ma łatwego życia. Musi być cały czas w ruchu, aktualizować swoje profile i dbać o to, by nie były one jedynie ulotką reklamową. W internecie krąży wiele poradników, które uczą strategii „social media ninja”, zwracają uwagę na najważniejsze elementy w zarządzaniu internetową aktywnością i podsuwają różne przydatne narzędzia.

Jeżeli jednak koronujemy w tym miejscu KęKę na króla hip-hopowego Facebooka (oraz Instagrama), to nie dlatego, że radomianin tak dobrze opanował wszystkie społecznościowe triki, niezbędne do tego, by odnieść sukces w sieci. W jego słodko-gorzkiej, internetowej twórczości nie ma nic z wyrachowania. Przeciwnie, można wręcz powiedzieć, że Kę jest w takim samym stopniu „social media ninja”, w jakim jest nindżą przemysłu muzycznego. I jedno, i drugie podbił swoją naturalnością, charyzmą i szczerością.

Chciałoby się powiedzieć, że internetowa aktywność szefa Takie Rzeczy Label to kwestia ostatnich kilku, może kilkunastu miesięcy. Tak, choć nie do końca. Gdy wrócić pamięcią do czasów jeszcze sprzed debiutu w Prosto Label, przypominają się wszystkie te spontaniczne numery, które raper znienacka wrzucał do sieci. Tak było na przykład w listopadzie 2012 roku, gdy ukazywał się „Jeden kraj”. „Jednak dziś. Głosu nie mam nic. Po koncercie zdarty. Ale widocznie tak to musi być. Z bitem nie trza dużo robić. Pewnie dziś to puszczę”, pisał Kę chwilę przed zarejestrowaniem numeru. Chwilę później kawałek był już w sieci.

Jeszcze po wydaniu debiutanckich „Takich rzeczy” – albumu, który w pewnym stopniu składał się właśnie z takich porozrzucanych po internecie kawałków – niektórzy fani namawiali rapera, by puszczał do internetu nowe nagrania. On sam wówczas pisał, że często korci go, by od czasu do czasu tak właśnie zrobić (proszę wybaczyć braku cytatu, powołuję się wyłącznie na własną pamięć). Bodaj ostatnim takim numerem było „Co życie da” z 2013 roku (EDIT: ostatnim numerem było „Nie mamy nic” z czerwca ubiegłego roku, dziękujemy czytelnikowi za czujność). Dziś sytuacja, gdy Kę rzuca do sieci luźny numer, jest jednak nie do wyobrażenia. Choćby dlatego, że radomianin to w 2016 roku raper-przedsiębiorca, artysta, który dorobił się marki i który tworząc muzykę, najzwyczajniej w świecie zarabia na niej pieniądze. Zrozumiała sprawa.

Dbając o interes swój i swojej firmy, były reprezentant Prosto nie zrezygnował jednak zupełnie ze spontaniczności. Po prostu teraz daje jej ujście w inny sposób. Studio stało się przestrzenią profesjonalizmu, zaś media społecznościowe – miejscem nie tylko na reklamę, ale też wygłupy i emocjonalne, pisane pod wpływem chwili przemyślenia.

Obraz, jaki wyłania się z tych wpisów i wideo, nie odbiega od wizerunku budowanego przez Kę w nagraniach. Ba, powiedziałbym, że ten wizerunek wzmacnia. Jeśli śledziliście profile radomianina w ostatnim czasie, być może rzuciły się wam w oczy niezliczone zdjęcia bobu (“Nie za taki futbol bób jadłem, KęKi” – pisał po jednym ze spotkań Euro) – zdjęcia, których na innych fanpage’ach ze świecą szukać. Tego typu fotografiami raper wzmacniał wizerunek swojaka, poczciwego, zwykłego chłopaka z osiedla, któremu wyszło, ale któremu na szczęście nie przewróciło się w głowie.

W ślad za tym obrazem idą wszystkie te wpisy, w których Kę po prostu stroi sobie żarty. “Dziś wieczór lecę po bandzie!”, pisał na początku sierpnia. “KęKi nie umie zaszaleć? KęKi nie umie być Świrusem? KęKi nie umie „znaleźć się na wyżynie”?”, pytał. O co chodziło? Ot, o picie melisy. Za ten wpis zgarnął prawie tysiąc lajków. A to i tak mało jak na niego. Na ogół bez problemu przekracza tę liczbę, a bywa też – jak np. ostatnio, gdy swoją premierę miał klip “Miłość” – że w kilka godzin dobija do ośmiu tysięcy. Większość z tych, które nie są bezpośrednią reklamą nadchodzącej płyty, osiąga średnio 2-3 tysiące polubień.

Fani wiedzą, że na profil Kę opłaca się zaglądać. Nie tylko dlatego, że raper często udziela się w komentarzach pod swoimi wpisami i wdaje się ze swoimi słuchaczami w rozmowę. Także dlatego, że nigdy nie jest pewne, co tym razem wrzuci radomski MC. Żarty żartami, ale Facebook Kę pamięta też wiele mocnych wpisów. Były te mniejsze o tremie w związku z premierą singla “Smutek” oraz te większe, jak ostatnio, gdy doszło do nieprzyjemnej wymiany zdań wewnątrz radomskiej sceny. Są regularnie publikowane zdjęcia urodzonego w tym roku dziecka.

Gdzieś na przecięciu tych wszystkich wpisów wyłania się gość z krwi i kości. Raper obdarzony własnym, rozpoznawalnym z miejsca językiem oraz poczuciem humoru. Przedsiębiorca, który bardzo skutecznie wykorzystuje swoją charyzmę do promocji własnego biznesu (przypomnijcie sobie wpis z ręką). Przede wszystkim zaś dojrzały człowiek, który nawet jako “social media ninja” potrafił zachować takt i w godny podziwu sposób odnieść się do zarzutów stawianych mu przez (byłych?) kolegów z lokalnej sceny.

 

Polecane