Korepetycje z historii: 1996

Umarł g-funk, niech żyje Południe.

2016.10.31

opublikował:


„G-funk nie żyje”, przekonywał w 1996 roku Dr Dre. Ten, dzięki któremu hip-hop z Los Angeles zaistniał w świecie, jako jeden z pierwszych ogłaszał jego śmierć. Tę wypowiedź, bardzo kategoryczną i odważną, trzeba jednak doprecyzować. W 1996 roku g-funk zbliżał się do końca, ale chodziło tu o g-funk w dość wąskim rozumieniu – jako brzmienie firmowane przez Death Row. Dre, ogłaszając śmierć rapu z tej wytwórni, otwierał pole dla własnego labelu, z którym wówczas ruszał. Pierwsze lata Aftermath Entertainment nie należały do najłatwiejszych. Inicjująca działalność wytwórni składanka nie okazała się takim hitem, na jaki się zapowiadała. Ba, na pierwszy większy sukces Dre musiał poczekać jeszcze kilka lat. Prawdziwą potęgę tej wytwórni datuje się dopiero od zakontraktowania Eminema.

Istotnie jednak, w 1996 roku g-funk nie żył. Dosłownie. Został zamordowany przez nieznanych sprawców. Wrzesień 1996 roku to symboliczny czas w historii hip-hopu. Moment przesilenia, gdy w konflikcie między Wschodnim a Zachodnim Wybrzeżem została pierwszy raz została przelana krew. Śmierć 2Paca była ostrzeżeniem. Niestety, zignorowanym przez wielu. Po raz drugi strzały padły pół roku później, gdy w marcu 1997 od kul ginął – tyle że nie w Las Vegas, a Los Angeles – Notorious B.I.G.

Dziś, gdy mowa o 2Pacu, wielu się zastanawia: „ciekawe, jak Shakur odnalazłby się w dzisiejszym hip-hopie? W tej komercji i modach…”. Cóż, chyba by się odnalazł. Pamiętajmy, że przed dwudziestoma laty ten biznes działał już na pełnych obrotach, a opowieści o złotej epoce lat 90., gdy wszyscy byli prawdziwi i oddani grze, średnio przekonuje, gdy skonfrontuje się ją chociażby z klipami z tamtych czasów. Innymi słowy, 2Pac funkcjonował na rozwiniętym, nastawionym na zysk rynku i jak się zdaje, doskonale znał jego reguły. Co nie znaczy, że nie był autentyczny czy zaangażowany.

Jaką pozycję miał hip-hop w latach 90., niech świadczą o tym kariery, jakie w innym przemyśle – filmowym – robili raperzy. 1995 rok to wielki sukces „Piątku”, filmu, do którego scenariusz napisał i w którym główną rolę zagrał Ice Cube. Tego samego roku ukazują się „Bad Boys” z Willem Smithem, obraz, któremu „box office” przyniósł wynik rzędu 140 milionów dolarów. Jeszcze większym sukcesem jest wypuszczony w 1996 roku „Dzień Niepodległości” (817 milionów w „box office”). Jak zauważa serwis Complex.com, dopiero po tym filmie można mówić o Smithie jako supergwieździe kina, która już za chwilę ogłosi spektakularny powrót do rapu. W 1996 roku jednak łączono go jeszcze przede wszystkim z aktorstwem.

W tym samym roku hip-hop odcisnął swoje piętno jeszcze w inny sposób – dostarczając motyw przewodni do innego kinowego przeboju, „Kosmicznego meczu”. Pamiętacie „Hit Em High”? Nie? To może warto sobie przypomnieć tę szaloną krzyżówkę osobowości na bicie Trackmasters:

Wspomniałem o znajomości rynkowych reguł. Doskonale je znał Jay Z, debiutując w wieku niespełna 27 lat albumem „Reasonable Doubt”. Na tym wielkim klasyku nowojorskiego rapu Jigga pokazał, że wie, jak trafić i do uliczników, i na listy przebojów. Jego mafijne, opowiedziane z wielkim znawstwem historie imponowały realizmem i dbałością o szczegóły, ale były też podane z pewną miękkością i lekkością. Ich hardcore’owość osłabiana była w kilku momentach lżejszymi melodiami, no i silnym hedonizmem obecnym w kawałkach. To rzecz jasna debiut na miarę chłopaka związanego z ulicami Brooklynu, ale już wtedy było widać – i stylówa na okładce o tym przekonuje – że Jayowi marzyły się drapacze chmur na Manhattanie.

Czy „Reasonable Doubt” było jednak przełomem? W żadnym wypadku. Po prostu błyskotliwym krążkiem sprawnie poruszającym się między oczekiwaniami różnych grup odbiorców. Co innego „ATLiens”, drugi album w dorobku Outkast. O pierwszej płycie ledwie wspomnieliśmy. Nie dlatego, że była zła. Po prostu w porównaniu z kolejnymi wypada bardzo poprawnie. „ATLiens” tymczasem, na co zwracał uwagę jeden z dziennikarzy, to rzecz „zupełnie nie z tego świata” – i to nie tylko ze względu na tytuł. Przekona się o tym ten, kto sięgnie po tę płytę. Bez względu na to, czy potem rozbierze ją na części pierwsze i zwróci uwagę na zaskakujący, szeroki dobór tematów (m.in. życie pozaziemskie, podróże po kosmosie), czy odda się w całości gęstemu, harmonijnemu klimatowi stworzonemu przez Organized Noize – efekt będzie ten sam. To album z gatunku tych, gdy nie wiesz, czy bardziej spadasz w dół w niekończące się głębiny basu, czy może jednak lecisz do góry, oddychasz pełniej i patrzysz szerzej. Ten album to fascynujące przeżycie. Płyta-podróż, na którą miały wpływ różne, całkiem prozaiczne – albo inaczej: antrytripowe – wydarzenia: narodziny córki (Big Boi) czy odstawienie narkotyków (Andre 3000).

Outkast wyznaczają standardy, jakie powinien spełniać każdy rapowy duet. Panowie uzupełniali się jak mało kto. Z jednej strony hustler, z drugiej poeta – można by w uproszczeniu napisać. Podobną kombinację tworzyli w Polsce kilka lat później Flexxip, tyle że brakowało im producenckiej wirtuozerii Organized Noize. W ogóle trzeba przyznać, że jeśli chodzi o duety, Południe dorobiło się kilku wzorców. O ile Nowy Jork pokazywał, jak powinna wyglądać współpraca na linii raper – producent, o tyle Dirty South uczyło kooperacji przed jednym mikrofonem. Outkast to jedno, ale nie można zapominać też o innym legendarnym duo, UGK. Pewien amerykański dziennikarz napisał: „Underground Kingz piją Południe, jedzą Południe i oddychają Południem”. Trudno cokolwiek dodać. To zdanie jest kwintesencją UGK, tak samo jak UGK jest kwintesencją hip-hopu z Teksasu. W 1996 roku panowie wydali jedną ze swoich najlepszych płyt (powiedziałbym wręcz, że obok „Underground Kingz” z 2007 roku – najlepszą), „Ridin Dirty”. Mocny, uliczny głos Buna B kapitalnie korespondował z bardziej wyluzowanym, obdarzonym niebywałym talentem do refrenów Pimpem C, a spalone innym słońcem brzmienie miało na naszą scenę wpływ porównywalny z dyskografią Devina Tha Dude’a. O ile jednak szanse na reaktywację Outkast jeszcze istnieją, o tyle powrót UGK jest już niemożliwy. Pimp C zmarł w grudniu 2007 roku.

Pięć płyt (poza wyżej wymienionymi), które warto znać:

DJ Shadow – „Endtroducing…”

Heltah Skeltah – „Nocturnal”

Fugees – „The Score”

Busta Rhymes – „The Coming”

Foesum – „Perfection”

Polecane