Sobotnie korepetycje: 1992

Od protestów w Los Angeles do wyboru najlepszego producenta.

2016.09.24

opublikował:


W 2012 roku Banksy, grafficiarz znany ze swoich zaangażowanych społecznie prac i tajemniczej tożsamości, przygotował pracę zatytułowaną „Grand Terrace”. Grafika, stylizowana na kiepskiej jakości kadr z taśmy wideo, przedstawia kilku policjantów otaczających piniatę, czyli kukłę, którą strąca się kijem przy okazji różnych świąt w krajach latynoskich.

Obraz powstał z okazji 20-lecia zamieszek w Los Angeles, znanych także jako „powstanie Rodneya Kinga”. Wydarzenia spowodowane były pobiciem rok wcześniej czarnoskórego taksówkarza Rodneya Kinga przez czterech białych policjantów. Mimo że scena została zarejestrowana przez przypadkowego świadka – to właśnie ten materiał posłużył za inspirację dla Banksy’ego – mężczyźni zostali uniewinnieni. Dopiero trwające kilka dni rozróby, w wyniku których zginęło ponad pięćdziesiąt osób, skłoniły władze do zweryfikowania wyroku i skazania dwóch funkcjonariuszy.

{reklama-eventim}

Zamieszki momentalnie stały się punktem odniesienia dla wielu wykonawców. Redman na swoim debiutanckim „Whut? Thee Album” zamieścił fragment z wiadomości telewizyjnych, gdzie prezenter informuje o liczbie zabitych i rannych w Los Angeles. David Bowie przypadkiem wylądował w Los Angeles w dniu, gdy protesty się rozpoczęły. „Było coś niezwykłego, a zarazem porażającego w całej tej sytuacji, w tym najbardziej apokaliptycznym wydarzeniu, jakiego kiedykolwiek doświadczyłem. Miałem poczucie, że na wierzch wychodzą tu różnice, które są nie do pogodzenia. Różnice, które wbudowane są w USA i które ciężko będzie wyleczyć”, tłumaczył okoliczności powstania swojego ówczesnego utworu „Black Tie White Noise”. Z kolei Zack De La Rocha oraz Rage Against The Machine ze swoim anarchistycznym zacięciem nawoływali do wielkiej rewolucji: „Wolność to dziś podstawa/ W Johannesburgu czy South Central [dzielnica Los Angeles, gdzie rozpoczęły się protesty – red.]/ Ktoś powinien zabrać głos/ I rozpętać bunt w każdym miasteczku”.

Rzecz jasna wydarzenia w Los Angeles dotknęły najbardziej tych wykonawców, którzy tam mieszkali. „Myśleli, że moja grupa wywołała te zamieszki”, rapował The Game w 2008 roku, wcielając się w Eazy’ego-E, członka grupy NWA – pionierów gangsterskiego, nienawistnego hip-hopu z Kalifornii. Game dobrze oddał tamte nastroje. W 1992 roku, gdy Zachodnie Wybrzeże z każdym kolejnym krążkiem rosło w siłę, kalifornijski rap musiał mierzyć się z coraz większą odpowiedzialnością. Nic więc dziwnego, że w kolejnych miesiącach wszyscy najważniejsi przedstawiciele tamtej sceny odnosili się do zamieszek. Ice Cube poświęcił tym wydarzeniom niemalże swój cały album „The Predator”. Bodaj najwyraźniej echa zamieszek słychać w „We Had To Tear This Muthafucka Up”, nagraniu napisanym najprawdopodobniej tuż po usłyszeniu wyroku. „Czy ktoś zna adres tych sędziów?”, pytał Cube. I groził: „Zrobię im małą wizytę: – Kto tam? (A to Ice Cube!)/ – Czy mogę rozmawiać z wielkim magiem? Wtedy bum, wbijam/ Niech łyka lufę, tak wygląda dziś polowanie”.

O zamieszkach mówiło się też na najgłośniejszym albumie 1992 roku, czyli „The Chronic”. Wprawdzie solowy debiut Dr. Dre jest dziś klasykiem z innych względów aniżeli społeczno-polityczny kontekst, ale kto wie, może pionierski charakter tego wydawnictwa wziął się właśnie z mrocznego okresu, w którym był pisany i nagrywany. W końcu „The Chronic”, mimo że inicjuje słoneczny, leniwy nurt w hip-hopie, który dziś nazywamy g-funkiem, samo w sobie takie radosne na dobrą sprawę nie jest. Płytę na ogół się kojarzy z wyluzowanymi, wakacyjnymi singlami „Nuthin But A G Thang” czy „Let Me Ride”, ale gdy się w nią wsłuchać, więcej tam cięższych podkładów i mroczniejszych momentów. „Ludzie się zastanawiają, skąd u mnie taka agresja/ Nie rozumieją, czemu biorę sprawy w swoje ręce/ Bo nie jestem za pokojem jak Rodney King [King nie był zwolennikiem protestów, które wybuchły po uniewinnieniu jego oprawców – red.]”, rymował Daz w „The Day That Niggaz Took Over”, nagraniu numer cztery z „The Chronic”.

Wydarzenia z przełomu kwietnia i maja ustawiły właściwie całą drugą połowę roku na Zachodnim Wybrzeżu. Lista krążków, na których znajdziecie odniesienia, jest znacznie dłuższa – można by przecież wymienić i „Guerillas in tha Mist”, debiutancki krążek związanej z Ice Cube’em ekipy Da Lynch Mob, i „Music To Driveby”, esencjonalny, gangsterki krążek Compton’s Most Wanted (być może słyszeliście fragment z tej płyty, bujając się do kawałka „Hood Took Me Under”, gdy graliście w „GTA San Andreas”).

No, w porządku, nie wszyscy postanowili od razu odnieść się do zamieszek w swoich nagraniach. Na przykład The Pharcyde poszli zupełnie w poprzek nastrojom i stworzyli ekscentryczną, zabawną płytę, która dopiero za którymś odsłuchem odkrywała przed słuchaczem swoje drugie, ciemniejsze dno (wciąż jednak nie chodziło o bieżące sprawy społeczne, a raczej kwestie egzystencjalne, związane z dorastaniem i wykluczeniem). „Bizzare Ride II Pharcyde” miało więc w sobie coś z „Alicji w krainie czarów”: dało się odbierać tę płytę i w duchu entuzjastycznej, radosnej opowiastki, jak i ciężkiego, narkotykowego tripu.

Tak wyglądał pejzaż na Zachodnim Wybrzeżu. Można by go jeszcze nieco zniuansować, wspomnieć chociażby o jednym z największych przebojów w historii hip-hopu, czyli „Jump Around” House Of Pain. Rzućmy jednak okiem, choć na chwilę, na Wschód. Tam w siłę rośnie kolektyw Diggin In The Crates. Ci superbohaterowie hip-hopu właśnie przejmują nowojorską scenę. Zaczęli już w 1990 roku od płyty „Funky Technician” Lorda Finesse i DJ’a Mike’a Smootha.  Dopiero jednak w 1992 roku przeprowadzili pierwszą ofensywę wydawniczą, publikując dwie ważne płyty – „Runaway Slave” Showbiza i A.G. oraz „Stunts, Blunts & Hip-Hop” Diamonda D. Że niby to wciąż początki? Chwila, chwila. O ile jeszcze w przypadku Diamonda D można się zgodzić – w końcu za jego najlepszą płytę uchodzi „Hatred, Passion And Infidelity” wydane pięć lat później (słuchacze polskiego hip-hopu mogą kojarzyć utwór „The Hiatus” w skicie z albumu „27” Eldoki) – o tyle co do Showbiza i AG panują podzielone opinie, który krążek jest najwybitniejszym w dorobku duetu: mroczne, przebasowane „Goodfellas” (1995) czy „Runaway…” właśnie.

Równie podzielone opinie panują co do tego, kto był najlepszym producentem 1992 roku. Kandydatów jest przynajmniej kilku. Wspomniany Dr Dre to chyba pierwszy wybór, który przychodzi do głowy – najbardziej intuicyjny i bodaj najlepiej uzasadniony. Pamiętajmy jednak, że na Wschodnim Wybrzeżu konkurencja była ogromna. Dwie ważne płyty w swoim dorobku wydali DJ Premier („Daily Operation” Gang Starr) i Pete Rock („Mecca & The Soul Brother” z CL Smoothem) – i obaj zanotowali tam kilka niewyobrażalnych sampli, od „Ex Girl To Next Girl” począwszy, a na „T.R.O.Y.” skończywszy. Ba, kto wie, czy swoich najlepszych dwunastu miesięcy nie zanotował Eric Sermon, który nie dość, że wydał kapitalny album z EPMD, to na dodatek wyprodukował dużą część debiutu Redmana.

Oj, a te dylematy to dopiero początek. W kolejnych latach ostatniej dekady XX wieku podobnych zawrotów głowy będzie jeszcze więcej…

5 albumów z 1992 roku, które warto znać:

Beastie Boys — „Check Your Head”

Pete Rock & CL Smooth — „Mecca And The Soul Brother”

Redman — „Whut? Thee Album”

Dr. Dre — „The Chronic”

The Pharcyde — „Bizarre Ride II The Pharcyde”

Polecane