Marcin Kupisz / Karol Stefańczyk , 20.12.2010 / foto: Artur Rawicz / mfk.com.pl

TAGI: Stratovarius, HELLOWEEN

HELLOWEEN / STRATOVARIUS - Stodoła - Warszawa - 17/12/10 (foto: Artur Rawicz / mfk.com.pl)

Pomimo siarczystego mrozu, już w okolicach godziny 18 pod warszawską Stodołą można było dostrzec sporą grupę oczekujących na wejście – zarówno starych, jak i młodych fanów grających tego wieczoru kapel lub też w ogóle ciężkich brzmień. Z upływem kolejnych minut kolejka wydłużała się, aż w końcu ochrona „postanowiła” się ulitować i wpuściła wszystkich do ciepłego pomieszczenia.

Gwiazda wieczoru pojawiła się na scenie niedługo przed 22. Helloween zaczął zdecydowanie mocnym uderzeniem – potężnym "Are You Metal?", czyli singlem promującym najnowszy album, "7 Sinners". Rzecz idealnie sprawdzająca się w roli otwieracza koncertów, na żywo rozbudowana o dodatkowy fragment poświęcony publiczności. Dalej było już klasycznie – standardowe "Eagle Fly Free" i "March Of Time" z drugiego "Keepera" zna chyba każdy miłośnik power metalu. W ogóle tego wieczoru panowie dość często sięgali do repertuaru z lat ’80. Zdaniem wielu jednak – za często. No właśnie, właściwie od początku trasy Niemców fani wypowiadali się na temat tegorocznej setlisty niezbyt pochlebnie. Zespół nadal po macoszemu traktuje materiał z albumów, na których śpiewa Andi Deris. Tym bardziej cieszyło więc wykonanie "Steel Tormentor", akustycznej wersji ballady "Forever And One (Neverland)" i przede wszystkim "A Handful Of Pain", utworu z nieco zapomnianej już płyty "Better Than Raw" z końca lat ’90. Ostatni wspomniany jest w pewnym sensie perełką obecnej trasy, a już na pewno nie lada niespodzianką i mocnym punktem koncertów. Podobnie jak całe wieki niegrany "I’m Alive".

Nie zabrakło też solowych popisów muzyków, w tym perkusisty Daniego Loble, który przez kilka minut zalewał Stodołę lawiną dźwięków. Po prezentacji umiejętności gitarzysty, Saschy Gerstnera, promocja nowego krążka trwała – powolny i ciężki "Where The Sinners Go" idealnie wkomponował się w repertuar. W tym miejscu warto jeszcze trochę ponarzekać, bo to kolejny zgrzyt tej trasy – ze swojego premierowego albumu Helloween zaprezentował jedynie trzy kompozycje! Poza wspomnianymi był jeszcze drapieżny, oparty na poszarpanych riffach, "You Stupid Mankind". Śmiało można jednak powiedzieć, że obowiązkowe, klasyczne utwory zespołu, takie jak "I Want Out" czy "Future World", choćby i ograne do bólu, z pewnością nie mogły nudzić zgromadzonych – muzycy wykonywali je z taką werwą i radością, jakby prezentowali coś zupełnie nowego. Pokusili się także o ich odpowiednie urozmaicenie – podczas pierwszego Andi Deris urządził mały konkurs śpiewania i wychwalał zgromadzone na koncercie panie, w drugim – usiłował przekonać perkusistę do zdzierającej gardła publiczności.

Wokalista w pewnym momencie stwierdził, że zagranie w całości 3 najdłuższych utworów zespołu zabrałoby za dużo czasu i miejsca w secie, Niemcy wykonali więc ich kluczowe fragmenty, tworząc w ten sposób swego rodzaju streszczenie historii "Strażnika Siedmiu Kluczy": pocięte kolejno "Keeper Of The Seven Keys", "The King For A 1000 Years" oraz "Halloween" złożyły się na jedną, rozbudowaną kompozycję, która na pewno ucieszyła starszych fanów, a tym młodszym dała okazję do obcowania z historią zespołu.

A na koniec, jakżeby inaczej, rozbrzmiał żartobliwy "Dr. Stein", podczas którego na scenie obok zespołu szalała grupka przebranych fanów wyłonionych w specjalnym konkursie. Podczas tegorocznej trasy wystarczy bowiem przyjść na koncert w odpowiedniej charakteryzacji i kostiumie legendarnego doktora, by mieć szansę na wystąpienie wraz ze swoimi idolami i rzucanie w publiczność piłkami w kształcie dyni...

Stodoła tego wieczoru może nie pękała w szwach, ale za to nie zabrakło bardzo dobrej atmosfery. Forma zespołu także stała na wysokim poziomie. Głos Derisa nadal wytrzymuje próbę czasu, a Sascha Gerstner i Michael Weikath co i rusz wymieniali się solówkami, tocząc nieustający, gitarowy pojedynek. Postawa tego drugiego mogła wydawać się nieco olewacka, ale było w tym coś magicznego – taki już w końcu urok Weikatha. Wiecznie uśmiechnięty basista Markus Grosskopf dotrzymywał kroku towarzystwu, Dani Loble był bezbłędny. Scena z obracającymi się ostrzami znanymi z okładki nowego albumu także robiła wrażenie. Może jedynie w niektórych miejscach sali nagłośnienie nie było zbyt selektywne, a głos wokalisty czasami ledwo wybijał się ponad instrumenty kolegów...

Helloween po długiej przerwie (ostatnia trasa nie obejmowała Polski) wreszcie powrócił do naszego kraju i pomimo wszelkich braków dał naprawdę solidny występ – narzekać mogli jedynie Ci, którzy bywają na jego koncertach kilka razy w ciągu roku i są znudzeni powielaniem klasycznych utworów lub też zwyczajnie nie cenią sobie owoców współpracy zespołu z Michaelem Kiske. Supporty? Szwedzi z Avatar zaczęli przy niewielkiej grupie przybyłych i dyskotekowych dźwiękach. W pamięci szczególnie zapadł wokalista popijający z kanistra. Dali radę, podobnie jak fiński Stratovarius, wykonujący swoje największe przeboje.