CGM.pl / Piotr Zbroziński, 11.06.2011 / foto: Robert Grablewski / grablewski.com
TAGI: Iron Maiden, motorhead, Sonisphere Festival, Mastodon , killing joke
SONISPHERE FESTIVAL 2011 - Lotnisko Bemowo - Warszawa - 10/6/11 (foto: Robert Grablewski / grablewski.com)
Sonisphere świętem metalu? Zamierzałem to dopiero stwierdzić, natomiast już wiedziałem, że jest to święto kontrolerów ZTM. Panowie, żerując na niefrasobliwości metalowej braci, zaliczali swoje żniwa w tramwajach i autobusach podwożących do bemowskiego lotniska. Studiowanie druku mandatu za jazdę tramwajem bez biletu przerwał mi pierwszy utwór Motorhead - Iron Fist. Brutalnie punktualnie - nie powtórzył się przypadek ze Stodoły sprzed 11 lat, gdy trzygodzinne opóźnienie i zawartość klubowego baru pozwoliły niektórym fanom nie zapamiętać pierwszego występu brytyjskiej legendy rocka w Polsce. Na lotnisku Babice jednak rzecz nie mogła się powtórzyć. Punktualność to jedno, a kuriozalne i uwłaczające godności konsumenta reguły pozyskiwania napojów w piwnych gettach - to drugie. Ale polemika z ustawodawcą nie jest treścią niniejszej relacji...
Lemmy i koledzy urzekli słuchaczy tym, co potrafią najlepiej. Nikt się nie przebierał, nikt niczego nie nadmuchał, światło dzienne. Grano za to rockandrolla. W dodatku okraszonego bezpretensjonalną konferansjerką. „Ci z państwa, którzy uważają że powinniśmy grać głośniej, podnoszą obie ręce do góry, Teraz!”. „Gdy skończę liczyć, krzyczycie najgłośniej jak potraficie! Raz, dwa, trzy, kurwa, pięć!” Oto kilka przykładów - proste i skuteczne. Korepetycje z konferansjerki u Lemmiego i jego gitarzysty Phila Campbella powinien rozważyć prowadzący X-Factor... Koncert zakończyły Ace of Spades i Overkill. Pełna satysfakcja, choć pod koniec zgromadzonych lekko zmoczył przelotny opad. Niniejszym ogłaszam wyższość prognozy ICM nad innymi, które tej atrakcji nie przewidziały.
Występ gwiazdy wieczoru rozpoczęło długie intro, uzupełnione o stosowne wizualizacje na telebimach. Liczyłem trochę na to że będzie wielkie „bum” i panowie w dymach wybuchów w mgnieniu oka pojawią się na scenie i zaczną koncert, tak jak to było w 1986 roku na Torwarze (ktoś pamięta?). Przeliczyłem się - muzycy wypełzli na scenę i spokojnie przystąpili do realizacji pierwszego utworu pt. The Final Frontier. Niepotrzebnie zresztą się czepiam - w 1986 szalałem spocony pod sceną zaś obecnie stałem w bezpiecznej odległości otoczony wianuszkiem podstarzałych (podobnie jak ja) znajomych z malkontenckim grymasem kontemplując występ i sprawdzając co jakiś czas emalie w telefonie. Czas robi swoje, choć wokalista Dickinson zdaje się najskuteczniej opierać jego wpływom. Jest wciąż w znakomitej formie fizycznej - o wokalnej za chwilę. Bardzo dobre wrażenie robiła scenografia i oświetlenie sceny. Nieco gorsze - dobór repertuaru. Żelazna dziewica postawiła sobie za cel wychowanie nowego pokolenia fanów na nowych utworach, które - co tu dużo kryć - nie są tak dobre jak te stare. Większość koncertu upłynęła zatem przy kompozycjach będących w dużej mierze odbijaniem ze sztancy wzorca standardowej piosenki Iron Maiden, wzbogaconego o zróżnicowane wstawki do wspólnego śpiewania z publicznością. Niektóre dzieła te podlano dodatkowo ckliwym sosem, co było już trudne do wytrzymania. Żeby nie było, że tylko ja narzekam, podczas gdy reszta publiki się świetnie bawiła - tuż obok grupka sporo młodszych fanów miast bić brawo skandowała „Maiden grać - wiadome przekleństwo!”.
Wcześniej sprawdziłem listę utworów z poprzedniego koncertu w Australii i wiedząc, że Maideni raczej nie robią odstępstw od ustalonego programu, powiedziałem sobie: - Ok, wystarczy wytrwać jeszcze ze dwa gnioty i będzie końcówka, a wtedy będą grać stare kawałki, to sobie odbiję. I w trakcie tej końcówki (przy Hallowed Be Thy Name) Bruce Dickinson stracił głos. Święć się Imię Twoje, Żelazna Dziewico - ja tam już chyba wolę Gabę Kulkę...
Lemmy i koledzy urzekli słuchaczy tym, co potrafią najlepiej. Nikt się nie przebierał, nikt niczego nie nadmuchał, światło dzienne. Grano za to rockandrolla. W dodatku okraszonego bezpretensjonalną konferansjerką. „Ci z państwa, którzy uważają że powinniśmy grać głośniej, podnoszą obie ręce do góry, Teraz!”. „Gdy skończę liczyć, krzyczycie najgłośniej jak potraficie! Raz, dwa, trzy, kurwa, pięć!” Oto kilka przykładów - proste i skuteczne. Korepetycje z konferansjerki u Lemmiego i jego gitarzysty Phila Campbella powinien rozważyć prowadzący X-Factor... Koncert zakończyły Ace of Spades i Overkill. Pełna satysfakcja, choć pod koniec zgromadzonych lekko zmoczył przelotny opad. Niniejszym ogłaszam wyższość prognozy ICM nad innymi, które tej atrakcji nie przewidziały.
Występ gwiazdy wieczoru rozpoczęło długie intro, uzupełnione o stosowne wizualizacje na telebimach. Liczyłem trochę na to że będzie wielkie „bum” i panowie w dymach wybuchów w mgnieniu oka pojawią się na scenie i zaczną koncert, tak jak to było w 1986 roku na Torwarze (ktoś pamięta?). Przeliczyłem się - muzycy wypełzli na scenę i spokojnie przystąpili do realizacji pierwszego utworu pt. The Final Frontier. Niepotrzebnie zresztą się czepiam - w 1986 szalałem spocony pod sceną zaś obecnie stałem w bezpiecznej odległości otoczony wianuszkiem podstarzałych (podobnie jak ja) znajomych z malkontenckim grymasem kontemplując występ i sprawdzając co jakiś czas emalie w telefonie. Czas robi swoje, choć wokalista Dickinson zdaje się najskuteczniej opierać jego wpływom. Jest wciąż w znakomitej formie fizycznej - o wokalnej za chwilę. Bardzo dobre wrażenie robiła scenografia i oświetlenie sceny. Nieco gorsze - dobór repertuaru. Żelazna dziewica postawiła sobie za cel wychowanie nowego pokolenia fanów na nowych utworach, które - co tu dużo kryć - nie są tak dobre jak te stare. Większość koncertu upłynęła zatem przy kompozycjach będących w dużej mierze odbijaniem ze sztancy wzorca standardowej piosenki Iron Maiden, wzbogaconego o zróżnicowane wstawki do wspólnego śpiewania z publicznością. Niektóre dzieła te podlano dodatkowo ckliwym sosem, co było już trudne do wytrzymania. Żeby nie było, że tylko ja narzekam, podczas gdy reszta publiki się świetnie bawiła - tuż obok grupka sporo młodszych fanów miast bić brawo skandowała „Maiden grać - wiadome przekleństwo!”.
Wcześniej sprawdziłem listę utworów z poprzedniego koncertu w Australii i wiedząc, że Maideni raczej nie robią odstępstw od ustalonego programu, powiedziałem sobie: - Ok, wystarczy wytrwać jeszcze ze dwa gnioty i będzie końcówka, a wtedy będą grać stare kawałki, to sobie odbiję. I w trakcie tej końcówki (przy Hallowed Be Thy Name) Bruce Dickinson stracił głos. Święć się Imię Twoje, Żelazna Dziewico - ja tam już chyba wolę Gabę Kulkę...
- DODAJ SWÓJ KOMENTARZ
News
- Backstreet Boys na festiwalu rockowym
- Nowe Iron Maiden
- Nowy krążek Blaze'a Bayleya [posłuchaj]
- Lemmy mówi nie staremu Motorhead
- Iron Maiden się inspirują
- Motörhead w studiu
- Lemmy z Motorhead o ojcostwie
- Killing Joke przesuwa premierę albumu
- Iron Maiden ma już tytuł
- Killing Joke na Asymetry Festival 4.0
- Killing Joke zapowiadają koncertówkę
- Metallica, Slash i Ozzy Osbourne zaśpiewają Judas Priest
- Wokalista Iron Maiden pomoże ofiarom huraganu
- Wyclef Jean, Nickelback i inni w hołdzie ZZ Top
- Lemmy złoży hołd Metallice
- Album Mastodon coraz bliżej
- Iron Maiden jeszcze wydadzą
- Jest nowy utwór Mastodon
- Bruce Dickinson został doktorem
- Zapowiedź nowego albumu Mastodon
Foto
- SONISHERE FESTIVAL: Metallica - Warszawa - 10.05.2012 (Foto: P. Tarasewicz)
- SONISPHERE 2012: Machine Head / Black Label Society / Gojira / Acid Drinkers / Luxtorpeda - Warszawa - Bemowo - 10/5/12 (foto: CGM.pl)
- POLSKIE FESTIVALE AD 2011 - mega galeria CGM.pl
- SONISPHERE FESTIVAL 2011 - Lotnisko Bemowo - Warszawa - 10/6/11 (foto: Robert Grablewski / grablewski.com)




































































































































































































































