Łukasz Dolata, 08.07.2009 / Foto: A. Rawicz / mfk.com.pl

TAGI: Morrissey, Doll % The Kicks

MORRISSEY / DOLL & THE KICKS - Stodoła - Warszawa - 7.07.09 (Foto) Artur Rawicz / mfk.com.pl)

Zauroczył, ale nie oczarował

Była czterokrotna zmiana koszul. Pod sceną tysiąc z hakiem osób. Klasyczne numery jeszcze z repertuaru The Smiths mieszały się z jego solową twórczością. Publiczność była zadowolona, choć artysta mógł się bardziej postarać.

Wejście miał świetne. Była to wielka fala euforii - nareszcie my, polska publiczność dostaliśmy go zupełnie dla siebie. Rozpoczął w fioletowej koszuli, a gdy ta zrobiła się zupełnie mokra zmienił ją na białą, następnie na zieloną i w końcu na czarną. Z solowej twórczości zaprezentował w większości przebojowe numery, takie jak singlowy z nowej płyty "I'm Throwing My Arms Around Paris", czy z wcześniejszej "Irish Blood, English Heart". Jeśli chodzi zaś o repertuar The Smiths, to wiele zabrakło (np. na pewno przez wszystkich oczekiwany "There Is A Light That Never Goes Out" - o który to zresztą numer, publiczność prosiła, gdy Morrissey udzielił jej mikrofonu), było za to "The Charming Man", a także "How Soon Is Now".

Do samego show nie można mieć zarzutów. Morrissey ze swoim nadmuchanym ego na scenie czuje się jak ryba w wodzie. Jest do bólu teatralny, przechadza się po scenie, a w dramatycznych momentach rzuca gdzie popadnie kablem od mikrofonu, albo zdejmuje koszulę i tak samo rzuca ją - tylko, że w tłum. Sam zespół także świetnie się spisał. Nie tylko jeśli chodzi o samą technikę i wykonanie.. Oni doskonale dotrzymują kroku swojemu wodzowi, w aktorstwie i w wystudiowanych pozach. To były najlepsze momenty, gdy Morrissey znikał ze sceny, albo przesuwał się do tyłu, a front przejmowali gitarzyści, prowokacyjnie spoglądający na publiczność. Pod tą niewątpliwą zjawiskowością podpisuje się także perkusista, który pod koniec jednego z numerów, wstał i zaczął walić w pionowo ustawiony wielki - oświetlony reflektorem bęben.

Nawalił troszkę repertuar. Pierwsze 30 minut było świetne (sam skakałem pod sceną). Z biegiem czasu jednak napięcie opadło i już, przez następną godzinę się nie podniosło. Pojawiły się przeciągane w nieskończoność, mało atrakcyjne koncertowo numery, jak na przykład "Life Is A Pigsty". Świadczy to oczywiście także o braku kompromisów ze strony tego artysty - bo mógł przecież zaprezentować się od tej bardziej popularnej strony, którą wszyscy z biegu by kupili. Było fanie, choć mogło być znacznie lepiej. Zauroczył - to na pewno, ale nie oczarował, choć mógł, ponieważ wielkim magiem niewątpliwie jest.