Anna Głowcka, 18.10.2009 / foto: Paweł Kwiatkowski / fotomusic.pl

TAGI: Free Form Festival

FREE FORM FEST - Little Dragon / Girl in Hawaii / Karl Bartos - Koneser - Warszawa - 17.10.09 (foto: Paweł Kwiatkowski / fotomusic.pl)

Drugi dzień festiwalu przywitał nas niezmiennie zimną aurą. Jednak nauczona doświadczeniem przygotowałam się na wszystkie ewentualności. Wieczór zaczęłam od spóźnienia się na Little Dragon, czego jako fanka głosu ex wokalistki Koop, odżałować nie mogę. Na pierwszy ogień poszedł więc Karl Bartos. Znany jest przede wszystkim z tego, że stał się współautorem sukcesu legendarnej grupy Krafwerk. Stworzył ich największe przeboje i koncertował razem ze składem do 1981 roku. Obecnie skupił się na solowych projektach, ale charakterystyczne wpływy z dawnych lat są nadal silną nutą w jego kompozycjach. Mnie osobiście koncert nie powalił na kolana, choć wizuale robiły naprawdę duże wrażenie. Jak się później dowiedziałam, muzyk jest też profesorem sztuk audiowizualnych.

Z ciekawością natomiast wyczekiwałam koncertu autorów najdłuższego kawałka na świecie, The Orb. Zdecydowanie wolę czyste elektro, ale dziś tanecznym krokiem weszłam w proponowany przez chłopaków ambient house. Koncert był naprawdę przyjemny. Relaksacyjne nuty przeplatały się wibrującym rytmem prosto z lat ’70. Występ był niewątpliwie ucztą dla uszu i oczu. Piękna oprawa wizualna i spokojne rytmy płynnie przeprowadziły mnie do sali klubowej, gdzie grał już DJ FOOD & DK.

Ku mojemu zdziwieniu tłumów nie było, za to przestrzeń do tańczenia znakomita. Kolejny podopieczny Ninja Tune jak można się było spodziewać dał doskonały występ. Pozytywnie zaskoczył mnie repertuar, który nie był tylko zbiorem nu jazzowych produkcji nawiązujących do Cinematic Orchestra czy Herbaliser. W muzyce FOOD’a tego wieczoru doszukałam się nawet drumowych akcentów i bardzo tanecznych rytmów.

Największy aplauz drugiego dnia FFF zdobyła grupa Birdy Nam Nam. Kultowy francuski skład za pomocą 4 gramofonów, 4 mikserów i 4 par rąk wyczarował niezwykły spektakl, który po prostu ścinał z nóg. Momentami piski zgromadzonego tłumu były tak głośne, że stawały się niemalże częścią całego show. Przez większość czasu czułam się jak na koncercie Justice, co tylko potwierdzało jak energetycznie grają Francuzi. Występ świetny. Kto nie był niech żałuje, bo nie często zdarza się zobaczyć tak sprawny kwartet za gramofonami.