Andrzej Cała, 08.11.2009 / Foto: P. Tarasewicz
TAGI: Sa-Ra, Sa-Ra Creative Partners, Sa Ra Creative Partners
SA-RA CREATIVE PARTNERS - Powiększenie - Warszawa - 06.11.09 (Foto: A. Rożej / P. Tarasewicz)
Pierwszy koncert szalonej producencko-rapującej formacji Sa-Ra Creative Partners w naszym kraju wywołał bardzo duże zainteresowanie fanów. Trudno się jednak temu dziwić. Dla osób spragnionych świeżych czarnych brzmień, które sami muzycy nazywają afromagnetyzmem, było to jedno z najważniejszych wydarzeń roku.
Wbrew oczekiwaniom w klubie Powiększenie nie było jednak kompletu. Pojawiło się za ta wielu rodzimych muzyków, a dwóch z nich - basista Bartozzi oraz klawiszowiec Marek Piotrowski z Planu B, wspomagali nawet na scenie Sa-Ra.
Marek Piotrowski: - Granie "na plecach" Sa-Ra to była świetna sprawa, cieszę się, że mogłem uczestniczyć w takiej imprezie, dołożyć coś od siebie. Nie da się tego porównać w żaden sposób do koncertów u boku polskich wykonawców, bo wtedy już zawczasu wszystko mamy rozplanowane i przygotowane. Tutaj była krótka próba i żywioł na scenie.
Od razu należy wyjaśnić, że z przyczyn niezależnych od organizatorów, zespół wystąpił w dwuosobowym składzie - Om'mas Keith Taz Arnold. Shafiq Hussein musiał w trakcie europejskiej trasy wrócić do USA. Oficjalna wersja głosi, że ze względu na problemy z paszportem i tej właśnie się trzymajmy...
Sam występ z pewnością mógł się podobać, przede wszystkim ze względu na charyzmę Taza i Om'masa, którzy po prostu szaleli na scenie błyskawicznie łapiąc świetny kontakt z publiką. Fantazyjnie przebrani, uśmiechnięci, wyglądali jak bardziej funkowo-soulowa wersja OutKastu. I podobnie jak ta o wiele bardziej znana grupa za nic mieli sobie gatunkowe szufladki, wirtuozersko łącząc hip hop, jazz, elektronikę i kosmiczny funk. Rapowali, podśpiewywali, raczyli się tłustym bluntem, nie szczędzili ciepłych (jak również sprośnych) słów licznie zgromadzonym damom. Szkoda tylko, że większość kawałków odgrywali bardziej jako performerzy, a mniej jako muzycy. O to żal miał m.in. Praktik.
- Oni sami w sobie świetni - dwóch freaków, którzy mają jaja i wiedzą, co chcą robić na scenie. Więcej jednak spodziewałem się po samej muzyce, bo oni postawili bardziej na show, mniej na tworzenie.
Fani byli jednak w większości zachwyceni. Grupa zagrała wszystkie swoje najbardziej znane kawałki, a po koncercie przez kilkadziesiąt minut Om'mas i Taz rozdawali autografy, rozmawiali z chętnymi i ustawiali się do fotek. Bardzo dobre przyjęcie przez polską publikę nie przeszło zresztą bez echa.
Taz Arnold: W Polsce była zdecydowanie najgorętsza atmosfera spośród wszystkich naszych koncertów w Europie. No może jeszcze Londyn może się z tym równać. Nie mówię Ci tego dlatego, żeby zrobić przyjemność, tylko stwierdzam fakt. Mały klub, gorąca atmosfera, bliskość z ludźmi - tego nam brakowało!
Nieoczekiwanie Om'mas Keith zdecydował się zostaĆ w Warszawie o dzień dłużej i w sobotni wieczór urozmaicił didżejski set Maceo Wyro w klubie Szlafrok. Można powiedzieć, że było to takie zupełnie nieplanowane afterparty, które przejdzie chyba do historii tej kameralnej knajpki w samym centrum stolicy. Om'mas tańczył, spotanicznie rozgrzewał imprezę stojąc za mikrofonem, a nawet korzystając z płyt wybranych wcześniej z bogatej kolekcji Maceo sam zagrał. Było po prostu wspaniale!
- DODAJ SWÓJ KOMENTARZ


















































