Mikołaj Kuchomik / kuchomik.eu, 28.01.2010 / foto: Mikołaj Kuchowicz / kuchomik.eu
TAGI: The Australian Pink Floyd Show
THE AUSTRALIAN PINK FLOYD SHOW - Hala Ludowa - Wrocław (foto: Mikołaj Kuchowicz / kuchomik.eu)
"W pogodni za The Australian Pink Floyd Show"
Wczoraj wieczorem we wrocławskiej Hali Ludowej odbył się pierwszy z czterech polskich koncertów The Australia Pink Floyd Show. Formacja wystąpi jeszcze kolejno: w Bydgoszczy, Warszawie i w Katowicach. Kilka dni temu zapowiadaliśmy niespodziankę dla fanów Floydów i… dotrzymujemy słowa.
Jako jedyni będziemy dla was relacjonować całą polską trasę widowiskowego tribute bandu. W ślad za TAPFS z aparatem i notatnikiem udał się Mikołaj Kuchowicz. Oto pierwsza część subiektywnej relacji wymagającego fana Pink Floyd.
"dzień pierwszy pogoni za the australian pink floyd show, pierwszy koncert, pierwsze przejechane kilometry... a to wszystko niemal w rocznicę zeszłorocznej trasy - mojego pierwszego kontaktu z australijskimi floydami. na dodatek - wszystko to w dniu urodzin nicka masona.
historia lubi się powtarzać - rok temu, w czasie bydgoskiego koncertu postanowiłem, mimo koszmarnych warunków pogodowych i braku biletu, wybrać się do wrocławia - na drugi i ostatni koncert tapfs w polsce w ramach zeszłorocznej trasy. koncertowali akurat z the wall. naprawdę zawładnęli moim sercem, bo zrealizowali moje marzenie - usłyszeć muzykę floydów na żywo. no i stało się... droga nie była lekka - 300km w śniegu, po śliskiej nawierzchni nie jest przyjemnością. jednak sztuka, którą było mi dane zobaczyć we wrocławiu wszystko zrekompensowała. nawet trudy drogi powrotnej do warszawy. a były to kolejne kilometry w śniegu i po lodzie. z utęsknieniem czekałem na trasę w 2010 roku - którą zapowiedziała polska wokalistka grająca z aussie floyd. obietnica została zrealizowana, wrócili do polski - z czterema koncertami, które z nieukrywaną przyjemnością postaram się zrelacjonować.
wrocławski koncert, pierwszy na trasie, odbył się w hali ludowej. w miejscu stworzonym do perfekcyjnego propagowania dźwięków i tworzenia niesamowitej przestrzeni. chyba w żadnej z polskich hal koncertowych muzyka nie brzmi tak dobrze... ale wracając do sztuki. zespół zaczął od utworów pochodzących z albumu należącego do mojej świętej trójcy pink floyd, z dark side of the moon. dźwięki przeszywały wypełnioną po brzegi halę. z minuty na minutę było coraz lepiej, coraz bardziej perfekcyjnie. piątym utworem z setlisty był the great gig in the sky, z brawurową wokalizą aleksandry bieńkowskiej, to były pierwsze ciary tego koncertu. gromkie brawa, wielka owacja publiczności na finał. kolejne dwa utwory pochodziły z kolejnego albumu z świętej trójcy - shine on oraz psychodeliczne, rozbrajające moją psychikę welcome to the machine. kolejne ciarki na ciele i piękne doznania soniczne. pierwszą część sztuki zwieńczyły pigs i sheeps.
i czas na pierwsze narzekania - nie lubię przerw w koncertach. burzą nastrój, burzą wszystko to, co zostało zbudowane od początku. jestem na nie! ludzie rozpierzchli się po korytarzach hali ludowej, kupili hod-dogi, popcorn, pizze... jak na festynie. i z całym tym prowiantem wrócili pod scenę, zajęli swoje miejsca, delektując się fast-foodami słuchać dźwięków drugiej części koncertu. bardzo mnie zdegustowało to, bądź co bądź, festyniarstwo...
kiedy czas przerwy upłynął i na scenie ponownie pojawił się zespół, nerwy mi minęły... chociaż tłumy z popcornem w rękach nadal napływały.
w drugiej części koncertu pojawił się materiał z pozostałych albumów zespołu. nie zabrakło oczywiście pewniaków - wish you were here, another brick in the wall, czy comfortably numb. i znów będę się zachwycał perfecją wykonania, genialną oprawą świetlną... pewnie jestem nieobiektywny, ale jest po mojemu. największe wrażenie na mnie wywarło wykonanie us & them, przeszywające i paraliżujące. jedynym momentem, który moim zdaniem, nie pasował do tego wieczora był eugene, wyraźnie oderwany od greatest-hitowego profilu koncertu. na deser, pojawił się jeden z moich utworów życia - run like hell. to był piękny koniec koncertu, piorunujący i bardzo sentymentalny.
kiedy po koncercie wyszedłem z hali i zobaczyłem obficie padający i zacinający śnieg, przypomniały mi się zeszłoroczne przygody. historia zatacza kółko... jutro kolejne kilometry przede mną - cel bydgoszcz.
setlista:
speak to me
breathe
on the run
time
the great gig in the sky
shine on you crazy diamond 1-5
welcome to the machine
pigs
sheep
----
astronomy domine
learning to fly
high hopes
us & them
eugene
take it back
the gunner's dream
another brick in the wall 2
wish you were here
one of these days
comfortably numb
----
run like hell"
Jako jedyni będziemy dla was relacjonować całą polską trasę widowiskowego tribute bandu. W ślad za TAPFS z aparatem i notatnikiem udał się Mikołaj Kuchowicz. Oto pierwsza część subiektywnej relacji wymagającego fana Pink Floyd.
"dzień pierwszy pogoni za the australian pink floyd show, pierwszy koncert, pierwsze przejechane kilometry... a to wszystko niemal w rocznicę zeszłorocznej trasy - mojego pierwszego kontaktu z australijskimi floydami. na dodatek - wszystko to w dniu urodzin nicka masona.
historia lubi się powtarzać - rok temu, w czasie bydgoskiego koncertu postanowiłem, mimo koszmarnych warunków pogodowych i braku biletu, wybrać się do wrocławia - na drugi i ostatni koncert tapfs w polsce w ramach zeszłorocznej trasy. koncertowali akurat z the wall. naprawdę zawładnęli moim sercem, bo zrealizowali moje marzenie - usłyszeć muzykę floydów na żywo. no i stało się... droga nie była lekka - 300km w śniegu, po śliskiej nawierzchni nie jest przyjemnością. jednak sztuka, którą było mi dane zobaczyć we wrocławiu wszystko zrekompensowała. nawet trudy drogi powrotnej do warszawy. a były to kolejne kilometry w śniegu i po lodzie. z utęsknieniem czekałem na trasę w 2010 roku - którą zapowiedziała polska wokalistka grająca z aussie floyd. obietnica została zrealizowana, wrócili do polski - z czterema koncertami, które z nieukrywaną przyjemnością postaram się zrelacjonować.
wrocławski koncert, pierwszy na trasie, odbył się w hali ludowej. w miejscu stworzonym do perfekcyjnego propagowania dźwięków i tworzenia niesamowitej przestrzeni. chyba w żadnej z polskich hal koncertowych muzyka nie brzmi tak dobrze... ale wracając do sztuki. zespół zaczął od utworów pochodzących z albumu należącego do mojej świętej trójcy pink floyd, z dark side of the moon. dźwięki przeszywały wypełnioną po brzegi halę. z minuty na minutę było coraz lepiej, coraz bardziej perfekcyjnie. piątym utworem z setlisty był the great gig in the sky, z brawurową wokalizą aleksandry bieńkowskiej, to były pierwsze ciary tego koncertu. gromkie brawa, wielka owacja publiczności na finał. kolejne dwa utwory pochodziły z kolejnego albumu z świętej trójcy - shine on oraz psychodeliczne, rozbrajające moją psychikę welcome to the machine. kolejne ciarki na ciele i piękne doznania soniczne. pierwszą część sztuki zwieńczyły pigs i sheeps.
i czas na pierwsze narzekania - nie lubię przerw w koncertach. burzą nastrój, burzą wszystko to, co zostało zbudowane od początku. jestem na nie! ludzie rozpierzchli się po korytarzach hali ludowej, kupili hod-dogi, popcorn, pizze... jak na festynie. i z całym tym prowiantem wrócili pod scenę, zajęli swoje miejsca, delektując się fast-foodami słuchać dźwięków drugiej części koncertu. bardzo mnie zdegustowało to, bądź co bądź, festyniarstwo...
kiedy czas przerwy upłynął i na scenie ponownie pojawił się zespół, nerwy mi minęły... chociaż tłumy z popcornem w rękach nadal napływały.
w drugiej części koncertu pojawił się materiał z pozostałych albumów zespołu. nie zabrakło oczywiście pewniaków - wish you were here, another brick in the wall, czy comfortably numb. i znów będę się zachwycał perfecją wykonania, genialną oprawą świetlną... pewnie jestem nieobiektywny, ale jest po mojemu. największe wrażenie na mnie wywarło wykonanie us & them, przeszywające i paraliżujące. jedynym momentem, który moim zdaniem, nie pasował do tego wieczora był eugene, wyraźnie oderwany od greatest-hitowego profilu koncertu. na deser, pojawił się jeden z moich utworów życia - run like hell. to był piękny koniec koncertu, piorunujący i bardzo sentymentalny.
kiedy po koncercie wyszedłem z hali i zobaczyłem obficie padający i zacinający śnieg, przypomniały mi się zeszłoroczne przygody. historia zatacza kółko... jutro kolejne kilometry przede mną - cel bydgoszcz.
setlista:
speak to me
breathe
on the run
time
the great gig in the sky
shine on you crazy diamond 1-5
welcome to the machine
pigs
sheep
----
astronomy domine
learning to fly
high hopes
us & them
eugene
take it back
the gunner's dream
another brick in the wall 2
wish you were here
one of these days
comfortably numb
----
run like hell"
- DODAJ SWÓJ KOMENTARZ
Video
- THE AUSTRALIAN PINK FLOYD SHOW - "Shine on you crazy diamond" - część 3
- THE AUSTRALIAN PINK FLOYD SHOW na żywo w Warszawie - część 2
- THE AUSTRALIAN PINK FLOYD SHOW - "The Great Gig In The Sky" - część 1
Foto
- THE AUSTRALIAN PINK FLOYD SHOW - Torwar - Warszawa - 21/1/12 (foto: P. Tarasewicz)
- THE AUSTRALIAN PINK FLOYD SHOW - Torwar - Warszawa 27/1/11 (foto: Artur Rawicz / mfk.com.pl)
- THE AUSTRALIAN PINK FLOYD SHOW - Spodek - Katowice - 30/01/10 (foto: Mikołaj Kuchowicz / kuchomik.eu)
- THE AUSTRALIAN PINK FLOYD SHOW - Torwar - Warszawa - 29/01/10 (foto: Mikołaj Kuchowicz / kuchomik.eu)



































