CGM.PL, 29.01.2010 / Foto: CGM.PL
TAGI: Living Colour
LIVING COLOUR - Stodoła - Warszawa - 28.01.10 (Foto: CGM.PL)
Błogosławieństwo Tolerancji
Przed rozpoczęciem tego koncertu z głośników sączyły się przeboje funkowe, rockowe, drum'n'bassowe, czy hip hopowe. Pełne spektrum Muzyki. A fanom Living Colour się podobało. Bo żeby kochać ten zespół trzeba być naprawdę tolerancyjnym.
Wokalista Corey Glover, basista Doug Wimbish, gitarzysta Vernon Reid i perkusista Will E. Calhoun zagrali jeden z najbardziej spektakularnych koncertów, jakie widziałem. Czyli zagrali na swoim normalnym poziomie. A po koncercie, jak gdyby nigdy nic, przyszli – zgodnie z obietnicą Coreya rzuconą ze sceny – pod schody przy toaletach Stodoły, spotkać się z fanami i podpisywać wszystko, co mieliśmy do podpisania. Nie wyłączając fioletowego stanika, z którym wokalista nie rozstawał się od chwili znalezienia go na scenie podczas "Glamour Boys". I który "tylko chciał grzecznie zwrócić" właścicielce.
Zaczęli od "Middle Man" sprzed dwudziestu dwóch lat. Mimo, że tą trasą promują ubiegłoroczną płytę "The Chair in the Doorway". W ciągu całego koncertu usłyszeliśmy z niej "Burned Bridges", "The Chair", "Decadance", "Behind The Sun" i "Bless Those". Ta solidna reprezentacja zaświadczyła wystarczająco mocno o wysokiej jakości tego albumu. A "żywe" wersje, uatrakcyjnione brzmieniowymi smaczkami potwierdziły, jak nietuzinkowym i oryginalnym zespołem jest Living Colour.
Vernon i Doug, do robienia kolosalnego wrażenia, poza swoimi instrumentami mieli pulpity z efektami i laptopami. Korzystali z nich często, acz z wyczuciem. O ile kilka razy w nowszych utworach dodali sporo elektronicznych bajerów, to parę dawno nie granych kawałków zaprezentowali w niemal nie zmienionej formie. Co ma znaczenie jeśli mowa o klasykach, takich jak "Glamour Boys", czy "Love Rears It’s Ugly Head".
W wyścigu zbrojeń gadżetowych kolegom nie ustępował też perkusista. Will Callhoun podczas swojej solówki efekciarstwem dorównywał MacGyverowi. Obok zestawu perkusyjnego korzystał też z samplera, połączenia sequencera i thereminu i – przede wszystkim, bo to najbardziej cekiniarskie:) – pałeczek oświetlanych różnokolorowymi diodami.
Z cyrkowymi popisami bębniarza skutecznie rywalizowali gitarzysta i basista. Pierwszy maił jeszcze więcej zabawek podłączonych do gitary i grał jak natchniony. A drugi nie dość, że grał jak natchniony, to jeszcze zszedł z instrumentem do ludu i solo zagrał na środku sali, otoczony swoimi wyznawcami.
Na tak wiele nie odważył się Corey, choć podczas ostatniego bisu, "Cult Of Personality", też zszedł do fosy, żeby przybić piątki ze szczęśliwcami z pierwszego rzędu. Swoja drogą, znamienne, że właśnie podczas "Kultu Jednostki" "udostępnił się" na chwilę swoim sympatykom.
Kiedy Living Colour są na scenie, widać u nich znów radość z grania. Widocznie dłuższa przerwa (ponad pięć lat od poprzedniej płyty) pozwoliła muzykom za sobą zatęsknić i – przede wszystkim – za muzyką, którą znów grają z pasją dwudziestolatków.
Koncert odbył się przy widowni wypełnionej w jakichś trzech czwartych, ale ilość fanów przeszła w jakość. Reakcje były tyleż spontaniczne, co świadczące o dojrzałości i koncertowym obyciu. Corey nie musiał dwa razy powtarzać, żeby w "Elvis Is Dead" rozpoczęło się donośne skandowanie tytułu. W tym utworze wokalista zaskoczył nas też talentem aktorskim i komediowym. W pewnym momencie wcielając się w Elvisa, śpiewającego "Hound Dog". I znowu wraca kwestia tolerancji – czarny Presley kołyszący miednicą, a za chwilę krzyczący "Elvis Is Dead!". W Alabamie by to nie przeszło.
To był show na najwyższym światowym poziomie, z perfekcyjnie dobranym repertuarem, obejmującym utwory z wszystkich płyt i z nieokiełznaną radością z dzielenia się Muzyką. Muzyką pisaną wielką literą, bo to coś znacznie więcej, niż po prostu piosenki.
Zespół wystąpi w Polsce jeszcze raz. 29 stycznia w Krakowie. I naprawdę poważnie zastanawiam się, czy nie zachować się jak szalone groupies i nie pojechać za "Kolorkami" i na ten drugi koncert. Jeśli macie podobne rozterki, pozbądźcie się ich – Living Colour są dziś w formie wartej dużego poświęcenia i każdych pieniędzy. I są na wyciągnięcie ręki.
Tekst: Zbigniew Zegler
PIERWSZA CZĘŚĆ REALCJI VIDEO Z TEGO KONCERTU TUTAJ
Przed rozpoczęciem tego koncertu z głośników sączyły się przeboje funkowe, rockowe, drum'n'bassowe, czy hip hopowe. Pełne spektrum Muzyki. A fanom Living Colour się podobało. Bo żeby kochać ten zespół trzeba być naprawdę tolerancyjnym.
Wokalista Corey Glover, basista Doug Wimbish, gitarzysta Vernon Reid i perkusista Will E. Calhoun zagrali jeden z najbardziej spektakularnych koncertów, jakie widziałem. Czyli zagrali na swoim normalnym poziomie. A po koncercie, jak gdyby nigdy nic, przyszli – zgodnie z obietnicą Coreya rzuconą ze sceny – pod schody przy toaletach Stodoły, spotkać się z fanami i podpisywać wszystko, co mieliśmy do podpisania. Nie wyłączając fioletowego stanika, z którym wokalista nie rozstawał się od chwili znalezienia go na scenie podczas "Glamour Boys". I który "tylko chciał grzecznie zwrócić" właścicielce.
Zaczęli od "Middle Man" sprzed dwudziestu dwóch lat. Mimo, że tą trasą promują ubiegłoroczną płytę "The Chair in the Doorway". W ciągu całego koncertu usłyszeliśmy z niej "Burned Bridges", "The Chair", "Decadance", "Behind The Sun" i "Bless Those". Ta solidna reprezentacja zaświadczyła wystarczająco mocno o wysokiej jakości tego albumu. A "żywe" wersje, uatrakcyjnione brzmieniowymi smaczkami potwierdziły, jak nietuzinkowym i oryginalnym zespołem jest Living Colour.
Vernon i Doug, do robienia kolosalnego wrażenia, poza swoimi instrumentami mieli pulpity z efektami i laptopami. Korzystali z nich często, acz z wyczuciem. O ile kilka razy w nowszych utworach dodali sporo elektronicznych bajerów, to parę dawno nie granych kawałków zaprezentowali w niemal nie zmienionej formie. Co ma znaczenie jeśli mowa o klasykach, takich jak "Glamour Boys", czy "Love Rears It’s Ugly Head".
W wyścigu zbrojeń gadżetowych kolegom nie ustępował też perkusista. Will Callhoun podczas swojej solówki efekciarstwem dorównywał MacGyverowi. Obok zestawu perkusyjnego korzystał też z samplera, połączenia sequencera i thereminu i – przede wszystkim, bo to najbardziej cekiniarskie:) – pałeczek oświetlanych różnokolorowymi diodami.
Z cyrkowymi popisami bębniarza skutecznie rywalizowali gitarzysta i basista. Pierwszy maił jeszcze więcej zabawek podłączonych do gitary i grał jak natchniony. A drugi nie dość, że grał jak natchniony, to jeszcze zszedł z instrumentem do ludu i solo zagrał na środku sali, otoczony swoimi wyznawcami.
Na tak wiele nie odważył się Corey, choć podczas ostatniego bisu, "Cult Of Personality", też zszedł do fosy, żeby przybić piątki ze szczęśliwcami z pierwszego rzędu. Swoja drogą, znamienne, że właśnie podczas "Kultu Jednostki" "udostępnił się" na chwilę swoim sympatykom.
Kiedy Living Colour są na scenie, widać u nich znów radość z grania. Widocznie dłuższa przerwa (ponad pięć lat od poprzedniej płyty) pozwoliła muzykom za sobą zatęsknić i – przede wszystkim – za muzyką, którą znów grają z pasją dwudziestolatków.
Koncert odbył się przy widowni wypełnionej w jakichś trzech czwartych, ale ilość fanów przeszła w jakość. Reakcje były tyleż spontaniczne, co świadczące o dojrzałości i koncertowym obyciu. Corey nie musiał dwa razy powtarzać, żeby w "Elvis Is Dead" rozpoczęło się donośne skandowanie tytułu. W tym utworze wokalista zaskoczył nas też talentem aktorskim i komediowym. W pewnym momencie wcielając się w Elvisa, śpiewającego "Hound Dog". I znowu wraca kwestia tolerancji – czarny Presley kołyszący miednicą, a za chwilę krzyczący "Elvis Is Dead!". W Alabamie by to nie przeszło.
To był show na najwyższym światowym poziomie, z perfekcyjnie dobranym repertuarem, obejmującym utwory z wszystkich płyt i z nieokiełznaną radością z dzielenia się Muzyką. Muzyką pisaną wielką literą, bo to coś znacznie więcej, niż po prostu piosenki.
Zespół wystąpi w Polsce jeszcze raz. 29 stycznia w Krakowie. I naprawdę poważnie zastanawiam się, czy nie zachować się jak szalone groupies i nie pojechać za "Kolorkami" i na ten drugi koncert. Jeśli macie podobne rozterki, pozbądźcie się ich – Living Colour są dziś w formie wartej dużego poświęcenia i każdych pieniędzy. I są na wyciągnięcie ręki.
Tekst: Zbigniew Zegler
PIERWSZA CZĘŚĆ REALCJI VIDEO Z TEGO KONCERTU TUTAJ
- DODAJ SWÓJ KOMENTARZ



















































