Zbigniew Zegler, 28.05.2010 / foto: Artur Rawicz / mfk.com.pl
AC/DC - Lotnisko Bemowo - Warszawa - 27/05/10 (foto: Artur Rawicz / mfk.com.pl)
"Za długo nas tu nie było"
Takimi słowami Brian Johnson przywitał publiczność zgromadzoną w Warszawie. Chciałem napisać "warszawską", ale skłamałbym, bo po drodze na bemowskie lotnisko mijałem mnóstwo autobusów na litewskich tablicach rejestracyjnych i samochodów na wszystkich możliwych, z Polski i krajów ościennych. Zanim najstarszy członek AC/DC wycharczał słowa powitania, usłyszeliśmy pierwszy singlowy przebój z ostatniego albumu, z którego tytułem – "Rock n’ Roll Train" – korespondowała imponująca dekoracja. Po animowanym filmie, skutecznie podnoszącym tętno nawet anemikom, wielki parowóz "wyjechał z kadru" i zawisł nad zestawem perkusyjnym Pila Rudda. Być może obecność scenografii, imitującej wielotonową lokomotywę, stresowała jedynego rodowitego Australijczyka w AC/DC, bo przez dwie godziny koncertu wypalił chyba z piętnaście papierosów. Grając.
Lokomotywka też dymiła, monstrualne czapki z różkami i literkami "A", na szczycie konstrukcji osłaniającej scenę rozbłyskiwały czerwienią, a w dole, na deskach o powierzchni zbliżonej do pokładu lotniskowca klasy Nimitz, trwało hard rockowe święto. Po sześćdziesięciometrowym wybiegu dziarsko biegali Brian i Angus. Oczywiście nie zaniedbując swoich głównych obowiązków. Brian czujnie przypominał o najnowszej płycie, "Black Ice", z której zagrali "Big Jacka". A którą wciąż promują trwającą trasą koncertową. Angus, Malcolm, Cliff Williams i Phil Rudd grali po raz ileś-tam-tysięczny te same utwory, co kilka dni wcześniej w Bułgarii, za dwa dni w Norwegii, czy dziewiętnaście lat temu w Polsce. Jednak robią to z takim zaangażowaniem, jakby napisali je dopiero co i podekscytowani nie mogli się powstrzymać od zagrania ich kumplom. Raz po raz nasz zażywny 62-latek przebiegał prawie do końca wybiegu, na przykład, żeby obwieścić, że mają dla nas coś specjalnego! I rzeczywiście, znany od mezozoiku "Dirty Deeds Done Dirt Cheap" rozpalił nieprzebrany tłum, jak najnowszy singiel Cristiny Aguilery podnieca śliniących się erotomanów.
Na telebimach widzieliśmy na zmianę, przygarbionego firmowo Malcolma i Angusa, który też wbiegał na cypel, wdzierający się w morze fanów, ale to Brian kolejny raz doszedł do jego końca i podskakiwał radośnie. Przed opus magnum albumu "Razor’s Edge" mikry gitarzysta z gigantycznym talentem, zrzucił większość odzienia wierzchniego, z czapeczką włącznie. A kiedy "Thunderstruck" wyłonił się z zupełnej ciszy (jeśli można mówić o ciszy, przy 55 tysiącach podekscytowanych ludzi), na telebimach zobaczyliśmy generatory z przeskakującymi iskrami i piorunki, podkreślające energetyczność tego klasyka. Po tytułowym boogie z 'Black Ice' pojawił się stary bluesior z prądem w postaci "The Jack". Brian uzupełniał śpiew pantomimą. Bo bluesior był o seksie z fajną laską, a prąd – w lędźwiach, - jak się okazało, że dama zostawiła po sobie nie tylko zmiętą pościel. Ale i ślad, z którym podmiot liryczny musiał udać się do lekarza. Podczas wesołego skandowania "She's got The Jack" Angus odstawił gitarę, żeby dopełnić wszystkich koncertowych rytuałów. Strip-tease tylko na podkładzie z basu i bębnów niby jest wyreżyserowany, aż do prezentacji slipów z czerwonym AC i DC przedzielonych żółtym piorunkiem. Trudno sobie jednak wyobrazić, że tylko ze względu na to, że tyłek Angusa widziało już kilka milionów ludzi, miałby już więcej tego nie robić. Swoją drogą, ciekawe, czy kiedykolwiek zapomniał TYCH konkretnych gaci… Już bez koszulki młodszy z braci Young zagrał znakomite solo i dokończył "The Jack". Po czym Brian wziął rozbieg z końca wybiegu, żeby zahuśtać się na szubieniczce podpiętej do serca ogromnego dzwonu. Piekielnego dzwonu… "You Shook Me All Night Long" grzmiało w Warszawie z mocą wielu tysięcy watów, z kolejnymi wybiegami muzyków po rampie, z parą z lokomotywy i ze światłami oślepiającymi żółcią i różem. Oraz czernią stanika, wyjątkowo czujnej fanki, która zauważyła się na telebimie i zdążyła podciągnąć bluzkę, zanim realizator zbłądził gdzieś dalej.
Angus, kompletnie mokry, mimo jakichś 12 stopni ciepła, mógł się ogrzać przy "T.N.T." koło lokomotywy, przy której pojawiły się nieśmiało jęzory ognia. "Whole Lotta Rosie" ewoluuje. Od naszego ostatniego razu się rozwinęła, bo już tupie nóżką, której do niedawna jeszcze nie miała, bo występowała jako popiersie. Mowa oczywiście o dmuchanej Rosie, z niezaprzeczalnymi walorami, która wyrasta w całej swej kilkunastometrowej okazałości z prawej strony sceny i gibie koło lokomotywy. "Let There Be Rock" z oświetlaniem całego lotnìska i wyświetlaną na telebimach historią świata wg AC/DC (w okładkach ich płyt i z pięknym logo na czarnym tle) przypomina też w migawce zdjęcia Bona Scotta. W trakcie tego sztandarowego utworu z pierwszej fazy istnienia AC/DC Angus doszedł do końca wybiegu, który okazał się ruchomą platformą, i grał zagłówkowo-nagłówkowe solo. Dostał od fanów białą czapeczkę, którą odrzucił z powrotem w tłum. Nie wiemy, czy dlatego, że za duża, czy ma takich więcej. Solo było tak długie, że pozwoliłoby Brianowì na spacer po Bemowie, podczas gdy Angus wjechał na wysięgnìku w górę i turlał się w czasie grania, w konfetti, które wystrzeliło z kilku dział okalających platformę z Angusem. Solówka miała kolejne części i nic by się nie stało, gdyby Angus grał ja w każdym miejscu sceny. Nie tylko nad Philem i na końcu wybiegu. Kiedy już skończył, po wielokrotnym "What?!" z dłonią przytkniętą do ucha, dostał zasłużone owacje - wariacje i udał się na chwilkę odpoczynku ze swoim wiernym, czarnym Gibsonem SG..:) Po dłuższej chwili wrócili z "Highway To Hell".
A Angus z różkami. Gryf w kroczu Briana to przedostatni trik z programu obowiązkowego. A na telebimach płomienie. Po tym już tylko można było spodziewać się pojawienia armat i wielkiego finału. "For Those About The Rock". 12 armat, 6 masztów z głośnikami. Do tego, po zejściu zespołu jako bonus zaserwowano nam pokaz sztucznych ogni. Jak na prawdziwe święto przystało.
Przed gwiazdą wieczoru zaprezentował się zespół Dżem. Uważam, że trochę lepiej można było trafić z supportem, ale zasyłam wyrazy szacunku panu Jerzemu Styczyńskiemu i braciom Otrębom, bo cieszy ich aktywność i niezmienna biegłość warsztatowa.
W wykonaniu AC/DC usłyszeliśmy: Rock N' Roll Train/ Hell Ain't a Bad Place to Be/ Back in Black/ Big Jack/ Dirty Deeds Done Dirt Cheap/ Shot Down in Flames/ Thunderstruck/ Black Ice/ The Jack/ Hell’s Bells/ Shoot to Thrill/ War Machine/ High Voltage/ You Shook Me All Night Long/ T.N.T./ Whole Lotta Rosie/ Let There Be Rock/ bisy: Highway to Hell/ For Those About to Rock (We Salute You).
Takimi słowami Brian Johnson przywitał publiczność zgromadzoną w Warszawie. Chciałem napisać "warszawską", ale skłamałbym, bo po drodze na bemowskie lotnisko mijałem mnóstwo autobusów na litewskich tablicach rejestracyjnych i samochodów na wszystkich możliwych, z Polski i krajów ościennych. Zanim najstarszy członek AC/DC wycharczał słowa powitania, usłyszeliśmy pierwszy singlowy przebój z ostatniego albumu, z którego tytułem – "Rock n’ Roll Train" – korespondowała imponująca dekoracja. Po animowanym filmie, skutecznie podnoszącym tętno nawet anemikom, wielki parowóz "wyjechał z kadru" i zawisł nad zestawem perkusyjnym Pila Rudda. Być może obecność scenografii, imitującej wielotonową lokomotywę, stresowała jedynego rodowitego Australijczyka w AC/DC, bo przez dwie godziny koncertu wypalił chyba z piętnaście papierosów. Grając.
Lokomotywka też dymiła, monstrualne czapki z różkami i literkami "A", na szczycie konstrukcji osłaniającej scenę rozbłyskiwały czerwienią, a w dole, na deskach o powierzchni zbliżonej do pokładu lotniskowca klasy Nimitz, trwało hard rockowe święto. Po sześćdziesięciometrowym wybiegu dziarsko biegali Brian i Angus. Oczywiście nie zaniedbując swoich głównych obowiązków. Brian czujnie przypominał o najnowszej płycie, "Black Ice", z której zagrali "Big Jacka". A którą wciąż promują trwającą trasą koncertową. Angus, Malcolm, Cliff Williams i Phil Rudd grali po raz ileś-tam-tysięczny te same utwory, co kilka dni wcześniej w Bułgarii, za dwa dni w Norwegii, czy dziewiętnaście lat temu w Polsce. Jednak robią to z takim zaangażowaniem, jakby napisali je dopiero co i podekscytowani nie mogli się powstrzymać od zagrania ich kumplom. Raz po raz nasz zażywny 62-latek przebiegał prawie do końca wybiegu, na przykład, żeby obwieścić, że mają dla nas coś specjalnego! I rzeczywiście, znany od mezozoiku "Dirty Deeds Done Dirt Cheap" rozpalił nieprzebrany tłum, jak najnowszy singiel Cristiny Aguilery podnieca śliniących się erotomanów.
Na telebimach widzieliśmy na zmianę, przygarbionego firmowo Malcolma i Angusa, który też wbiegał na cypel, wdzierający się w morze fanów, ale to Brian kolejny raz doszedł do jego końca i podskakiwał radośnie. Przed opus magnum albumu "Razor’s Edge" mikry gitarzysta z gigantycznym talentem, zrzucił większość odzienia wierzchniego, z czapeczką włącznie. A kiedy "Thunderstruck" wyłonił się z zupełnej ciszy (jeśli można mówić o ciszy, przy 55 tysiącach podekscytowanych ludzi), na telebimach zobaczyliśmy generatory z przeskakującymi iskrami i piorunki, podkreślające energetyczność tego klasyka. Po tytułowym boogie z 'Black Ice' pojawił się stary bluesior z prądem w postaci "The Jack". Brian uzupełniał śpiew pantomimą. Bo bluesior był o seksie z fajną laską, a prąd – w lędźwiach, - jak się okazało, że dama zostawiła po sobie nie tylko zmiętą pościel. Ale i ślad, z którym podmiot liryczny musiał udać się do lekarza. Podczas wesołego skandowania "She's got The Jack" Angus odstawił gitarę, żeby dopełnić wszystkich koncertowych rytuałów. Strip-tease tylko na podkładzie z basu i bębnów niby jest wyreżyserowany, aż do prezentacji slipów z czerwonym AC i DC przedzielonych żółtym piorunkiem. Trudno sobie jednak wyobrazić, że tylko ze względu na to, że tyłek Angusa widziało już kilka milionów ludzi, miałby już więcej tego nie robić. Swoją drogą, ciekawe, czy kiedykolwiek zapomniał TYCH konkretnych gaci… Już bez koszulki młodszy z braci Young zagrał znakomite solo i dokończył "The Jack". Po czym Brian wziął rozbieg z końca wybiegu, żeby zahuśtać się na szubieniczce podpiętej do serca ogromnego dzwonu. Piekielnego dzwonu… "You Shook Me All Night Long" grzmiało w Warszawie z mocą wielu tysięcy watów, z kolejnymi wybiegami muzyków po rampie, z parą z lokomotywy i ze światłami oślepiającymi żółcią i różem. Oraz czernią stanika, wyjątkowo czujnej fanki, która zauważyła się na telebimie i zdążyła podciągnąć bluzkę, zanim realizator zbłądził gdzieś dalej.
Angus, kompletnie mokry, mimo jakichś 12 stopni ciepła, mógł się ogrzać przy "T.N.T." koło lokomotywy, przy której pojawiły się nieśmiało jęzory ognia. "Whole Lotta Rosie" ewoluuje. Od naszego ostatniego razu się rozwinęła, bo już tupie nóżką, której do niedawna jeszcze nie miała, bo występowała jako popiersie. Mowa oczywiście o dmuchanej Rosie, z niezaprzeczalnymi walorami, która wyrasta w całej swej kilkunastometrowej okazałości z prawej strony sceny i gibie koło lokomotywy. "Let There Be Rock" z oświetlaniem całego lotnìska i wyświetlaną na telebimach historią świata wg AC/DC (w okładkach ich płyt i z pięknym logo na czarnym tle) przypomina też w migawce zdjęcia Bona Scotta. W trakcie tego sztandarowego utworu z pierwszej fazy istnienia AC/DC Angus doszedł do końca wybiegu, który okazał się ruchomą platformą, i grał zagłówkowo-nagłówkowe solo. Dostał od fanów białą czapeczkę, którą odrzucił z powrotem w tłum. Nie wiemy, czy dlatego, że za duża, czy ma takich więcej. Solo było tak długie, że pozwoliłoby Brianowì na spacer po Bemowie, podczas gdy Angus wjechał na wysięgnìku w górę i turlał się w czasie grania, w konfetti, które wystrzeliło z kilku dział okalających platformę z Angusem. Solówka miała kolejne części i nic by się nie stało, gdyby Angus grał ja w każdym miejscu sceny. Nie tylko nad Philem i na końcu wybiegu. Kiedy już skończył, po wielokrotnym "What?!" z dłonią przytkniętą do ucha, dostał zasłużone owacje - wariacje i udał się na chwilkę odpoczynku ze swoim wiernym, czarnym Gibsonem SG..:) Po dłuższej chwili wrócili z "Highway To Hell".
A Angus z różkami. Gryf w kroczu Briana to przedostatni trik z programu obowiązkowego. A na telebimach płomienie. Po tym już tylko można było spodziewać się pojawienia armat i wielkiego finału. "For Those About The Rock". 12 armat, 6 masztów z głośnikami. Do tego, po zejściu zespołu jako bonus zaserwowano nam pokaz sztucznych ogni. Jak na prawdziwe święto przystało.
Przed gwiazdą wieczoru zaprezentował się zespół Dżem. Uważam, że trochę lepiej można było trafić z supportem, ale zasyłam wyrazy szacunku panu Jerzemu Styczyńskiemu i braciom Otrębom, bo cieszy ich aktywność i niezmienna biegłość warsztatowa.
W wykonaniu AC/DC usłyszeliśmy: Rock N' Roll Train/ Hell Ain't a Bad Place to Be/ Back in Black/ Big Jack/ Dirty Deeds Done Dirt Cheap/ Shot Down in Flames/ Thunderstruck/ Black Ice/ The Jack/ Hell’s Bells/ Shoot to Thrill/ War Machine/ High Voltage/ You Shook Me All Night Long/ T.N.T./ Whole Lotta Rosie/ Let There Be Rock/ bisy: Highway to Hell/ For Those About to Rock (We Salute You).
cgm on
Facebook
- DODAJ SWÓJ KOMENTARZ
News
- Ac Dc Iron Man 2
- AC/DC w hołdzie byłemu wokaliście
- Muse jak AC/DC
- AC/DC w 12 minut
- AC/DC albo ptaki
- AC/DC z Buenos Aires
- AC/DC dalej odwołuje
- AC/DC odwołuje
- Perfumy Iron Mana
- AC/DC będą mieli swoje wino
- AC/DC bez deadline'ów
- The Darkness nie zmieniają inspiracji
- Będzie film o byłym wokaliście AC/DC
- AC/DC: Album i trasa na 40-lecie
- AC/DC: Nie dla muzyki z sieci
- AC/DC już myślą o nowej płycie
- AC/DC: Przeżyliśmy niejedną muzyczną modę
- Lady GaGa współpracuje z producentem AC/DC
- DVD AC/DC w maju
- Koncertówka AC/DC latem
Foto
- DŻEM Akustycznie - Stodoła - Warszawa - 12/4/12 (foto: Rafał Kudyba / mfk.com.pl)
- DŻEM - Stodoła - Warszawa - 10/12/11 (foto: Rawfał Kudyba / mfk.com.pl)
- JAROCIN FESTIVAL 2011: Star Guard Muffin, Luxtorpeda, Anti-Flag, Moskwa i Dżem 17/7/11 (foto: Artur Rawicz / mfk.com.pl)
- AC/DC - Lotnisko Bemowo - Warszawa - 27/05/10 (foto: Artur Rawicz / mfk.com.pl)


































































































