MUSE - "The Resistance"
nasza ocena:
TAGI: muse
Rockowe Borodino Napoleona z Devon
Matthew Bellamy, jak Napoleon, prowadzący swoje wojska od triumfu do triumfu, stacza kolejną bitwę i zwycięża. Acz nie jest to łatwa wygrana.
Pod Borodino Napeolon wygrał, ale ogromnym kosztem i trochę bez sensu. Lider Muse, podobnych rozmiarów co cesarz Francji, stworzył album, którym z pewnością też wygra niejeden plebiscyt na podsumowanie roku, ale nasłucha się i naczyta gorzkich słów nie tylko od niedzielnych fanów…
Będą mu wytykać, że fragment wstępu w otwierającym album "Uprising" może kojarzyć się z wiodącym motywem gitarowym z "White Weddnig" Billy’ego Idol’a. Już wypominają mu gigantomanię i nazbyt oczywiste nawiązywanie do Queen w co drugim utworze. W "Undisclosed Desires" dopatrują się wpływów new romantic, a w "Guiding Light" podobieństw do U2.
Szef Muse jednak mimo tych wszystkich zarzutów może sobie spokojnie opracowywać strategię na kolejne ruchy swojej trzyosobowej mikro-armii, bo z pewnością nikt, kto już usłyszał "The Resistance", przez powyższe nie uzna jej za słabą. Bo te piosenki po prostu są dobre. Może nie najłatwiejsze w odbiorze, ale naprawdę udane. Już widzę, jak tłumy na Wembley (jak na "H.A.A.R.P.") falują w rytm tytułowego, ewidentnie muse’owego solidnego, gitarowego grania. Albo, jak pary tulą się zasłuchane w lżejszy i bardzo melodyjny "Undisclosed Desires".
Z kolei inspirowane książką naszego rodaka, Zbigniewa Brzezińskiego, "United States Of Eurasia ( Collateral Damage)" jawi się po kilku przesłuchaniach jak muzyczny monument, a nie fortepianowy smęt, ciągnący się, nie wiadomo po co, przez całe sześć minut. Do tego bliskowschodnie motywy, grane przez fortepian i smyczki, na początku zachęcały raczej do zbombardowania Iraku, ale słyszane za którymś razem bardziej zachęcają do pójścia na kebab… Zaś zamykające całość cytaty z Chopina uradują patriotów znad Wisły tak, że wyryczą "Poooolskaaa, Białoooo Czerwoooooniiiii!!!!!" jeśli tylko Muse przyjedzie do nas na koncerty.
Wykorzystując funkcję "program" w odtwarzaczu CD (jeśli ktoś jeszcze tak słucha muzyki…) fani orkiestrowych brzmień i pieśni ojczyźnianych mogą sobie zaplanować po "United States Of Euroasia…" wszystkie trzy części "Exogenesis". Pozostałe utwory sprawią więcej radości tym, którzy dotychczas słuchali Muse dla konkretnej pracy sekcji rytmicznej i mniej lub bardziej drastycznych gitar. Na początku wyśmiejecie płaczliwe wokale i organy jak z kościoła, ale po kilku odsłuchaniach polubicie "The Resistance", a może nawet zapragniecie jej w wersji "de luxe", która oprócz normalnej płyty zawiera też single, album w wersji winylowej i pendrive z nadrukowanym logo zespołu, do łatwego transportowania muzyki wszędzie tam, gdzie będziecie chcieli aby wam towarzyszyła. A prędzej, czy później będziecie chcieli wszędzie…
Pod Borodino Napeolon wygrał, ale ogromnym kosztem i trochę bez sensu. Lider Muse, podobnych rozmiarów co cesarz Francji, stworzył album, którym z pewnością też wygra niejeden plebiscyt na podsumowanie roku, ale nasłucha się i naczyta gorzkich słów nie tylko od niedzielnych fanów…
Będą mu wytykać, że fragment wstępu w otwierającym album "Uprising" może kojarzyć się z wiodącym motywem gitarowym z "White Weddnig" Billy’ego Idol’a. Już wypominają mu gigantomanię i nazbyt oczywiste nawiązywanie do Queen w co drugim utworze. W "Undisclosed Desires" dopatrują się wpływów new romantic, a w "Guiding Light" podobieństw do U2.
Szef Muse jednak mimo tych wszystkich zarzutów może sobie spokojnie opracowywać strategię na kolejne ruchy swojej trzyosobowej mikro-armii, bo z pewnością nikt, kto już usłyszał "The Resistance", przez powyższe nie uzna jej za słabą. Bo te piosenki po prostu są dobre. Może nie najłatwiejsze w odbiorze, ale naprawdę udane. Już widzę, jak tłumy na Wembley (jak na "H.A.A.R.P.") falują w rytm tytułowego, ewidentnie muse’owego solidnego, gitarowego grania. Albo, jak pary tulą się zasłuchane w lżejszy i bardzo melodyjny "Undisclosed Desires".
Z kolei inspirowane książką naszego rodaka, Zbigniewa Brzezińskiego, "United States Of Eurasia ( Collateral Damage)" jawi się po kilku przesłuchaniach jak muzyczny monument, a nie fortepianowy smęt, ciągnący się, nie wiadomo po co, przez całe sześć minut. Do tego bliskowschodnie motywy, grane przez fortepian i smyczki, na początku zachęcały raczej do zbombardowania Iraku, ale słyszane za którymś razem bardziej zachęcają do pójścia na kebab… Zaś zamykające całość cytaty z Chopina uradują patriotów znad Wisły tak, że wyryczą "Poooolskaaa, Białoooo Czerwoooooniiiii!!!!!" jeśli tylko Muse przyjedzie do nas na koncerty.
Wykorzystując funkcję "program" w odtwarzaczu CD (jeśli ktoś jeszcze tak słucha muzyki…) fani orkiestrowych brzmień i pieśni ojczyźnianych mogą sobie zaplanować po "United States Of Euroasia…" wszystkie trzy części "Exogenesis". Pozostałe utwory sprawią więcej radości tym, którzy dotychczas słuchali Muse dla konkretnej pracy sekcji rytmicznej i mniej lub bardziej drastycznych gitar. Na początku wyśmiejecie płaczliwe wokale i organy jak z kościoła, ale po kilku odsłuchaniach polubicie "The Resistance", a może nawet zapragniecie jej w wersji "de luxe", która oprócz normalnej płyty zawiera też single, album w wersji winylowej i pendrive z nadrukowanym logo zespołu, do łatwego transportowania muzyki wszędzie tam, gdzie będziecie chcieli aby wam towarzyszyła. A prędzej, czy później będziecie chcieli wszędzie…
- DODAJ SWÓJ KOMENTARZ
News
- Muse zawdzięcza sławę filmowi "Zmierzch"
- Stevie Wonder na Glastonbury?
- Muse jak Nirvana
- Muse jak AC/DC
- Coachella 2010 - Lineup!
- Klip na dzień: Muse - "Resistance"
- Najlepsze okładki 2009
- Q Awards rozdane
- Muse jak Queen
- Teledysk: Muse - "Neutron Star Collision (Love Is Forever)"
- Muse jednak w nowym "Zmierzchu"
- Tracklista soundtracku "Zaćmienia"
- Koncert Muse w internecie [video]
- Muzyka z filmu Twilight najchętniej ściąganym soundtrackiem
- Muse z najlepszą linią basową
- Coś nowego od Muse
- Muse za rok
- Lou Reed najbardziej przereklamowany
- Muse wejdą jesienią do studia
- Muse zaczną w komplecie



















