tło klikalne

Łona i Webber – "Nawiasem mówiąc"

Karol Stefańczyk, 22.04.2016 / foto: mat. pras.

nasza ocena:  

Małe historie o dużych rzeczach.

Tak długo na album Łony i Webbera jeszcze nie przyszło nam czekać. W ciągu niespełna pięciu lat, które dzielą "Nawiasem mówiąc" od poprzedniego w studyjnej dyskografii "Cztery i pół" (po drodze był jeszcze koncertowy krążek z The Pimps), nie doszło jednak do rewolucji. Ta miała miejsce niespełna dekadę temu, gdy duet wydawał "Absurd i nonsens". Wówczas nie dość, że atmosfera zgęstniała, a teksty zrobiły się jakby nieco poważniejsze, to produkcja dokonała ogromnego kroku wprzód – podkłady nawiązujące bezpośrednio do nowojorskich brzmień lat 90. (przede wszystkim DJ Premier) ustąpiły miejsca muzyce zorientowanej na elektronikę i wzbogaconej o żywe instrumenty.

"Nawiasem mówiąc" nie przynosi pod tym względem większych zmian. Na pierwszy rzut oka brzmienie Webbera sprawia wrażenie oszczędnego i zachowawczego. Tak jakby producent wiedział, kto w tym duecie gra pierwsze skrzypce. Rzeczywiście, aranżacje utrzymane są tu w zdrowych ilościach. Kładę w tym miejscu nacisk na "zdrowe", bo w epoce muzycznej otyłości i przerostu ambicji dobrze słyszeć, że ktoś zna umiar i jest świadom faktu, że więcej nie zawsze znaczy lepiej. Tę uwagę o minimalizmie trzeba jednak uzupełnić jeszcze inną – wbrew pozorom w bitach Webbera dzieje się sporo. Jeśli ktoś jest przekonany, że ten producent uczynił ascetyzm podstawą swojej twórczości, niech odpali choćby "Sprawy wewnętrzne" lub, jeszcze lepiej, "Fśśśt".

Produkcje Webbera cenię zresztą nie tylko za umiar. Facet, mówiąc najprościej, ma pomysł na siebie. Te produkcje ostentacyjnie odcinają się od jakichkolwiek mód. Pozostają też poza kluczową dla rodzimej sceny opozycją: klasyka – nowa szkoła (do czego ironicznie nawiązuje "Hałas"). Kto wie, być może w tym tkwi powód, dlaczego praktycznie nikt poza Łoną na nich nie rapuje. Szkoda, bo za tym warsztatem stoją szlachetne inspiracje. Miękkie "Doklej plakat" kojarzy się z dokonaniami Outkastu i Organized Noize. "Zrozumiem człowieku" przypomina już późne A Tribe Called Quest z czasów, gdy o brzmieniu współdecydował Jay Dee. W zupełnie inną stronę podążają "Sprawy wewnętrzne". Tu za punkt wyjścia wzięto stare brzmienia z Memphis czy Miami. W sumie całkiem szerokie horyzonty, prawda? A na tle sceny – nieoczywiste. Co najciekawsze, udaje się po drodze Webberowi wykręcić kilka koncertowych wymiataczy. Już drugie na płycie "Gdzie tak pięknie?" buja jak cholera, choć rzecz rozpoczyna się niewinnie, od czegoś na kształt dźwięku kasy. A przecież później jest jeszcze "Woodstock ‘89" z naprawdę porywającym, ludowym (bałkańskim?) samplem jako motywem przewodnim.



Na tak bogatej, różnorodnej ścieżce dźwiękowej Łona ma pole do popisu. Ba, rzeczywistość wokół też mu sprzyja. Czasy są wystarczająco zwichrowane, by czerpać z nich pełnymi garściami. Bardzo się cieszę, że szczeciński raper nie redukuje świata wokół do partyjnych przepychanek i politycznych histerii. Oczywiście, kilkukrotnie słychać, kiedy "Nawiasem mówiąc" było pisane ("I nawet spoko było, tylko ci imigranci – ohyda/ Bo za głośno mówią i za bardzo ich widać"), ale nie posunąłbym się do stwierdzenia, że sprawy bieżące są motywem napędowym tego krążka. Tak jak "Nie mam pojęcia" nie jest utworem o demografii, a "Co tak wyje?" – o napływie uchodźców.

Co innego zostaje w pamięci po przesłuchaniu "Nawiasem mówiąc". Przede wszystkim kilka drobnych szczegółów, czyli coś, czego na ogół brakuje polskim raperom. Trzy papierosy spalane u podnóża gruzińskich gór. Witold Gombrowicz czule spoglądający z plakatu na Azealię Banks. Dwaj zrobieni woodstockowicze przypadkowo muskający tajemnicę istnienia. List od anonimowego pracownika z działu windykacji. Na tym polega technika Łony. Z jednej strony pozwolić, by w szczególe doszło do głosu coś ważniejszego. Z drugiej – dusić każdy patos w zarodku. To wszystko zgodnie z tytułową frazą, by każde wielkie słowo brać zawsze w nawias.

Chowa się więc Łona za parabolami, ale jak to bywa z tego typu opowieściami, koniec końców zawsze wiadomo, o co raperowi chodzi. Chyba najbardziej niejasne i podatne na interpretacje jest pod tym względem "Doklej plakat". Te alegorie, którymi wielokrotnie szczecinianin operuje, spełniają swoją rolę: bawią i uczą. Pozwalają Łonie odnaleźć się w dwóch rolach – dydaktyka i faceta, który musi też zadbać o rozrywkę i uśmiech na twarzy słuchacza. Ten system jednak kilkukrotnie szwankuje. "Zrozumiem człowieku" oraz "Znowu nic" to historie, które wychodząc od intrygujących motywów, prowadzą donikąd i wyczerpują się na pierwszych zwrotkach. We "Fśśśt" z kolei Łona odchodzi od założenia, by mówić nawiasem, i ląduje w przestrzeni zarezerwowanej dla treningu osobistego. Na zasadzie: "Przyznaj, że twoje życie ssie, a następnie zrób to, to i to, a będziesz szczęśliwy".

Skromna, pięciostopniowa skala stawia mnie w trudnej sytuacji. Z jednej strony "Nawiasem mówiąc" jest zbyt udane, by zrównać tę płytę z innymi, co najwyżej dobrymi krążkami, które co roku ukazują się na rynku. Z drugiej zaś mam poczucie, że niektóre piosenki można by napisać lepiej. Cóż, chyba jednak zachwyt nad pozostałymi utworami i ogólną wartością warstwy muzycznej przeważa – "Doklej plakat", "Błąd" czy "Woodstock ‘89" z miejsca trafiają do najlepszych nagrań w dyskografii duetu. To pięć gwiazdek, ale tak naprawdę cztery i pół.