"Justin Timberlake and the Tennessee Kids"

Maciek Kancerek, 20.10.2016 / foto: mat. pras.

nasza ocena:  

Perfekcja.

Wydany w 2013 roku dwuczęściowy album "The 20/20 Experience" pomógł Justinowi Timberlake'owi awansować na szczyt muzycznej ekstraklasy. Ale dopiero towarzysząca płytom kilkunastomiesięczna - obejmująca 131 występów - trasa koncertowa uczyniła z niego giganta i sprawiła, że porównywanie Timberlake'a z Michaelem Jacksonem wreszcie stało się uzasadnione. Dzięki koncertowemu filmowi "Justin Timberlake and the Tennessee Kids" dostępnemu na platformie Netflix mogą przekonać się o tym także ci, którzy nie mieli przyjemności zobaczyć Justina na żywo.

Na wyreżyserowane przez Jonathana Demme'a widowisko składają się fragmenty dwóch koncertów z hali MGM Grand Garden Arena w Las Vegas. Muzycy wystąpili tam 1 i 2 stycznia 2015 kończąc tym samym spektakularne tournee. Na ogół do rejestracji wybiera się występy ze środka trasy, kiedy zespół zdąży się już na dobre dotrzeć i rozkręcić lecz jeszcze się nie nudzi. Decyzja o nagraniu ostatnich koncertów "The 20/20 Experience World Tour" mogła więc wydawać się ryzykowna, ale w ostateczności pozwoliła uwiecznić muzyków będących w szczytowej dyspozycji. 90-minutowe wideo z jednej strony przedstawia perfekcyjnie zrealizowany, dopracowany w najdrobniejszych szczegółach show, z drugiej pokazuje też ogrom pozytywnych emocji towarzyszących Justinowi, jego muzykom, wokalistom i tancerzom. Na każdym kroku widać frajdę ze wspólnego przebywania i spontaniczną interakcję, żaden uśmiech nie jest wytrenowany, żaden gest nie wygląda sztucznie. Jednocześnie rozentuzjazmowany Timberlake bez względu na to, czy tańczy, czy biega, a może dostojnie przechadza się po scenie, przez cały koncert zachowuje bliską perfekcji formę, tylko w kilku miejscach – choćby w "My Love" - zaliczając delikatne fałsze.



Repertuar występów w Las Vegas odbiegał od tego, który Justin i Tennessee Kids przywieźli w sierpniu 2014 roku do Gdańska. Oba koncerty były przede wszystkim znacznie dłuższe, oscylowały w okolicach trzech godzin. W zestawie oprócz obowiązkowych hitów znalazły się także przeróbki kawałków Kool & The Gang ("Jungle Boogie"), Elvisa ("Heartbreak Hotel") czy Michaela Jacksona (nastrojowe "Human Nature" przechodzące w timberlake'owy klasyk "What Goes Around… Comes Around"). Muzycy idealnie stopniują napięcie, pilnując, by widz nie nudził się nawet przez sekundę.

Można nie lubić Timberlake'a, ale nie sposób nie docenić jego muzykalności. Artysta równie dobrze odnajduje się siedząc przy fortepianie w balladowym "Until the End of Time", przerobionym na rockowy utwór "Holy Grail", w którym oryginalnie partnerował Jayowi Z, czy kiedy akompaniuje sobie na gitarze akustycznej wykonując "Drink You Away". Justin jest fantastycznym showmanem, co rusz podrywa publiczność, dziękuje jej, przechadza się wśród widzów (w pewnym momencie napotyka Timbalanda, od którego otrzymuje kieliszek wódki). Jest przy tym autentycznie wzruszony i może nie płacze jak Dave Grohl pod koniec uwiecznionego na płytach koncertu Foo Fighters na Wembley, ale również daje po sobie poznać, że będąc na scenie czuje się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Przez bite 90 minut pozostaje w centrum uwagi, niemniej doświadczenia wyniesione z boysbandu nauczyły go nie zagarniać dla siebie całej sceny. Timberlake daje pole do popisu także wspierającym go wokalnie Zenyi Bashford, Nicole Hurst, Jackowi E Kingowi i Aaronowi Camperowi nie ograniczając ich udziału jedynie do śpiewania chórków.

Muzycznemu bogactwu towarzyszy efektowna warstwa wizualna, nastawiona nie na przepych, a na dobry gust i elegancję. Za plecami artystów znajduje się ogromna biała ściana w kształcie plastra miodu, do tego mamy wybieg, zawieszoną nad publicznością platformę i nastrojowe światła. Pozytywnie zaskakuje montaż, dzięki któremu koncertowy film Demme'a odbiega od standardowych rejestracji występów. Zamiast sieczki i błyskawicznych przebitek reżyser stawia na długie ujęcia pozwalające uważnie przyjrzeć się popisom muzyków i tancerzy.

"Wielkie show w amerykańskim stylu" często ocieka tandetą i nieznośną ilością cukru. "Justin Timberlake and the Tennessee Kids" pokazuje, że można podejść do tego inaczej, zachować klasę i dobry smak.