Fisz Emade Tworzywo - „Drony”

Karol Stefańczyk, 21.10.2016 / foto: mat. pras.

nasza ocena:  

TAGI: Fisz, Emade, tworzywo

Zwyczajna apokalipsa.

Gdy zza rogu wygląda apokalipsa, niektórzy zacierają ręce. Na przykład artyści. Nie muszą już za daleko się rozglądać w poszukiwaniu inspiracji. Wystarczy uważnie śledzić medialne doniesienia, łączyć fakty i wyciągać wnioski. No, a potem przepisywać je na obrazy. Album „Drony” wypływa właśnie z takich doświadczeń Polaka zagubionego w 2016 roku. Z jednej strony Elon Musk chce podbijać kosmos. Z drugiej do Europy garną się masy obce nam kulturowo, ale głodne pomocy. Z trzeciej mocarze tego świata puszczają w powietrze tysiące dronów, by utrzymać kontrolę nad każdym skrawkiem ziemi. Jak w tym wszystkim się odnaleźć?

Fisz nie ma łatwiej odpowiedzi. Póki co się przygląda. Trochę zafascynowany, może nawet lekko urzeczony, na pewno zaś zaniepokojony. Te obawy mniej lub bardziej dochodzą do głosu. Raz w delikatnych, ale sugestywnych obrazach – jak choćby w „Sarnach”, gdzie nad rozpaloną polaną i dwojgiem leżących na niej ludzi pojawia się dron. W innym miejscu wprost, dobitnie, jak choćby w refrenie „Fanatyków”: „To fanatycy chcą lać benzynę na ogień”.

W pewnym momencie Fisz nawiązuje do „Śmierci pięknych saren”, wzruszającego zbioru opowiadań Oty Pavla. To aluzja bardzo na miejscu. Wokaliście towarzyszy to samo poczucie, które napędzało prozę (tyle że wspomnieniową, a nie pisaną „tu i teraz”) czeskiego pisarza: że oto słodka epoka dzieciństwa dobiega końca, kontakt z naturą zostaje zerwany, a w zamian pojawia się broń obosieczna, czyli nowa technologia, która wycina w pień drzewa, lasy, nawet ludzi.



Fisz jako tekściarz kroczy jednak po cienkiej linie. Doceniam zaangażowanie i konsekwencję, ale o ile wyjście saren z lasu, o świcie – zupełnie jak hołubieni przez niektóre środowiska żołnierze wyklęci – z klasą i zabawnie rozgrywa nasze polskie dyskusje o historii czy Puszczy Białowieskiej, o tyle w niektórych miejscach te polityczne wtręty są aż nazbyt oczywiste. A może to kwestia mojej prywatnej niechęci do jakichkolwiek utworów pisanych w trybie rozkazującym? Może. „Biegnij dalej sam” wydaje mi się jednak zbyt banalne – choć kto wie, może taki mocny przekaz jest potrzebny. Jeszcze bardziej razi natrętna metafora zarabiania jako bzykania w „Bzyku”.

Teksty budzą jednak jakieś emocje. Czasem entuzjazm, innym razem opór, ale już sam fakt, że stawiają wyzwanie, jest czymś godnym podkreślenia. Trochę inaczej ma się sprawa z muzyką. Emade ma wystarczająco pojemny warsztat, by puszczać oko do wielu środowisk równocześnie – i wszędzie spotykać się z zachwytem. Zwrócili już na to uwagę inni krytycy, mnie więc pozostaje powtórzyć: na „Dronach” robi wrażenie zderzenie bluesowej, analogowej tradycji z elektronicznymi elementami – zarówno tymi, które pamiętają jeszcze lata 90., jak i nowszymi, spod znaku dzisiejszego electro i r&b. Tyle że to coś, co znamy już z poprzedniego „Mamuta”. Ba, na nowym krążku zdarza się, że bracia Waglewscy zbliżają się do autoplagiatu: „Biegnij dalej sam” zaśpiewane jest w niemalże taki sam sposób, jak „Ślady” sprzed dwóch lat. Może to kwestia bluesowej rytmiki?

Odnoszę jednak wrażenie, że tym razem panowie pozostali w strefie komfortu, ewentualnie poszli na zagłaskanie. Do „Dronów”, rzecz jasna, trudno się przyczepić. Można ponarzekać na nudniejsze fragmenty (środek płyty z „Krętymi drogami” i „Duchami”). Można zapytać, czy modulacje wokalne – zupełnie niepotrzebne, jeśli wziąć pod uwagę możliwości głosowe Fisza – miały jakiekolwiek uzasadnienie poza imitowaniem nieludzkich dźwięków, czyli w jakimś stopniu pasowały do tematu płyty. Mnie natomiast zabrakło w tym bezpiecznym, muzycznie zachowawczym krążku wstrząsu – choćby takiego na miarę „Heavi Metalu” z 2008 roku.