Jan Bo - "Kawa i dym"

Maciek Kancerek, 21.10.2016 / foto: mat. pras.

nasza ocena:  

Niebezpiecznie blisko.

Przed laty Jan Borysewicz deklarował, że kiedy był młody, obiecał sobie, że jako 40 latek będzie grał heavy metal. Na poprzednich płytach projektu Jan Bo udawało mu się czasami o ten nurt zahaczać, tym razem porzucił go jednak całkowicie kładąc nacisk na stylistykę, którą znamy przede wszystkim z płyt Lady Pank.

Patrząc na liczbę wydawnictw, w których powstanie zaangażowany jest lider jednej z najważniejszych polskich grup, wychodzi na to, że ostatnie lata są najpłodniejszym okresem w jego karierze. W 2014 Borysewicz wspólnie z Rozbójnikiem Alibabą wydali "Bal maturalny", w 2015 światło dzienne ujrzała płyta gitarzysty duetu Borysewicz / Brzozowski, wreszcie w tym roku w ręce fanów trafiła 20. płyta Lady Pank "Miłość i władza". "Kawa i dym" jest więc czwartym krążkiem na przestrzeni dwóch lat, a to nie koniec – na premierę czeka płyta Izabeli Trojanowskiej, na której usłyszymy kompozycje Jana Borysewicza, poza tym gitarzysta zdążył podobno nagrać płytę z Pawłem Kukizem zanim ten na dobre wkroczył w świat polityki. Takie tempo pracy odbija się na jakości. Żadna z dostępnych już na rynku wymienionych wyżej płyt nie porywa, a "Kawa i dym" niestety wpasowuje się w ten trend. Na żadnej spośród wcześniejszych płyt Jana Bo muzyka nie była tak bliska twórczości Lady Pank. Gdyby "Znów od początku", "Kawę i dym" czy "Odczep się Kostucho" zaśpiewał Janusz Panasewicz, każda z tych piosenek bez problemu mogłaby znaleźć miejsce na jednej z płyt LP. Na wydanych w latach 90. płytach "Wojna w mieście" i "Moja wolność" gitarzysta chętnie zwracał się w stronę amerykańskiej mieszanki rocka, bluesa i country i na nowej płycie próbuje wracać w te rejony, choć brakuje mu pazura pozwalającego odróżnić repertuar Jana Bo od choćby "Międzyzdrojów" Lady Pank. Na "Kawie i dymie" niewiele pozostało z ognia, którym skrzyła się energetyczna "Miya" sprzed sześciu lat.



Zamiast muzycznymi pomysłami, Borysewicz próbuje przykuć uwagę ilością gości. Na piątej płycie Jana Bo usłyszymy Piotra Roguckiego, Igora Herbuta, Piotra Cugowskiego, Damiana Ukeje oraz Joannę Lazer znaną bardziej jako "Ruda z Red Lips". Piotr Cugowski rozumie się z liderem Lady Pank doskonale, co obaj panowie udowadniali już w przeszłości, stąd ich wspólny utwór "Zawsze można dalej" wyróżnia się na płycie. Majestatyczny riff zderza się z mocnym głosem Piotra i choć refren jest już lżejszy, to odpowiednią dawkę mocy gwarantuje solówka, w której Jan korzysta z efektu "wah wah". W proponowanej przez Borysewicza stylistyce świetnie odnalazł się również Igor Herbut z zespołu LemON. Dzięki kapitalnie pomyślanej linii wokalu prosta i z pozoru niczym niewyróżniająca się piosenka "Jeśli tam nie ma nic" staje się jednym z najbardziej charakterystycznych momentów krążka. Na przeciwnym biegunie znajdziemy za to zaśpiewane przez Rudą "Zostanę z tobą na zawsze". Wokalistka Red Lips śpiewa niezwykle siłowo, ale na jedno kopyto, zostawiając po sobie znacznie gorsze wrażenie niż Ula Rembalska, którą słyszeliśmy w "Pajacyku" z poprzedniej płyty. Sam gospodarz śpiewa tym razem ze zmiennym szczęściem. W tytułowej piosence niefortunnie dzieli sylaby przez co w dwóch miejscach nie mieści się w melodii, w "Trzech wiadomościach" do każdego wersu podchodzi w identyczny sposób, przez co brzmi jak syntezator mowy. Szkoda tych wpadek, bo dla odmiany linie wokalne w otwierającym płytę "Na drugi raz"czy balladowym "Znów od początku" są poprowadzone niezwykle różnorodnie.

"Kawa i dym" sprawia wrażenie płyty przygotowanej naprędce. Część piosenek wydaje się niedopracowana, zaaranżowana na szybko. Nie do końca przekonuje mnie także estetyka całości. Mimo iż na "Kawie i dymie" znajdziemy kilka hardrockowych kawałków, to płyta niebezpiecznie zbliża się do brzmienia Lady Pank brzmienia Lady Pank czy płyt z Pawłem Kukizem czy Rafałem Brzozowskim. A w takiej sytuacji istnienie tego projektu przestaje mieć sens.