Korn - "The Serenity Of Suffering"

Maciek Kancerek, 29.10.2016 / foto: mat. pras.

nasza ocena:  

Potwierdzenie formy.

Przed premierą "The Serenity of Suffering" Jonathan Davis mówił, że ludzie zatęsknili za melodiami. Na dwunastym krążku w karierze Korn faktycznie dostarcza ich sporo. A przy tym brzmi niewiarygodnie ciężko.

Już poprzedni, wydany przed trzema laty krążek "The Paradigm Shift" jednoznacznie dawał do zrozumienia, że Korn odcina się od eksperymentalnej płyty "The Path of Totality", na której zamiast współpracować z producentami pokroju Skrillexa czy holenderskiego tercetu Noisia, dał się niemal całkowicie zdominować zapominając, że sygnuje album własną nazwą. Na "The Serenity of Suffering" Korn nadal wspiera się elektroniką, tyle że tym razem korzysta z jej dobrodziejstw znacznie rozważniej, ograniczając się do introdukcji ("Rotting In Vain"), budowania tła ("When You're Not Here") lub dyskretnych dodatków w refrenie ("Insane"). Na pierwszy plan wracają gitary Munky'ego i Heada, którzy wygrywając kolejne wydłużone dźwięki przenoszą nas w czasie do epoki "Follow the Leader" czy "Issues". Do pełnego deja vu – będącego w tym przypadku dla wielu fanów równoznacznego z poczuciem spełnienia – brakuje tylko wszędobylskiego klangu Fieldy'ego. Basista dostarcza na nowej płycie swoich charakterystycznych zagrywek, jednak nie w aż takim stopniu jak w złotej erze Korna.



"The Serenity of Suffering" jest najcięższą płytą Korna od lat, ale jednocześnie najbardziej chwytliwą i piosenkową. Davisowi zdarza się ryknąć, sięgnąć po growl  ("Everything Falls Apart", "Black Is The Soul"), niemniej najczęściej używa czystego głosu, dzięki któremu mógłby podbić wszystkie radiostacje świata. Refreny w "Take Me", "Next in Line" czy "A Different World", w którym Jonathan zalicza porywający duet z Coreyem Taylorem, mają w sobie większy ładunek przebojowości niż większość współczesnych kawałków pop. Na nowej płycie Davis śpiewa jak natchniony, bywa dekadencki, agresywny, a przy tym kiedy otworzy gardło, będzie w stanie porwać tłumy.




Mimo oczywistych, będących częścią stylu Korna, nawiązań do wspomnianych płyt z drugiej połowy lat 90., nowy album nie jest tak bliski "Follow The Leader" czy "Issues" jak sugerowałaby to okładka wykonana przez Rona Englisha (swoją drogą obrzydliwa, dla Slasha, Chrisa Browna i The Dandy Warhols artysta przygotowywał znacznie lepsze ilustracje). To raczej swobodne lawirowanie między całym dorobkiem pokazujące, że nawet z płyt-niewypałów można zaczerpnąć elementy ubogacające styl.

Czerwcowy koncert Korna w Atlas Arenie pozwolił czekać na nową płytę z nadzieją. Amerykanie zabrzmieli wówczas potężnie i energetycznie. Mimo, iż po każdej piosence sięgali po maski tlenowe, udowodnili, że są w formie, o którą wielu już by ich nie podejrzewało. "The Serenity of Suffering"potwierdza dobrą dyspozycję nie tylko deklasując ostatnie wydawnictwa zespołu. ale też śmiało stając do walki o miejsce w płytowym TOP5 kapeli z Bakersfield.