tło klikalne

Gucci Mane - „Woptober”

Karol Stefańczyk, 31.10.2016 / foto: mat. pras.

nasza ocena:  

TAGI: Gucci Mane

Ilość, która nie przekłada się na jakość.

Nie ma obecnie chyba drugiej tak zapracowanej osoby w rapowej branży jak Gucci Mane. Związany z Atlantą raper, gdy tylko opuścił więzienie w maju tego roku, momentalnie rzucił się w wir pracy. Efekty przyszły momentalnie: luźne utwory, gościnne występy, wydana w lipcu płyta „Everybody’s Looking”, a teraz, trzy miesiące po premierze tamtego krążka, kolejne pełnoprawne dzieło, czyli „Woptober”.

Słychać, że w tym natłoku obowiązków Mane próbuje wypracować nową formułę dla własnej twórczości. Taką, która powiąże jego dawny, hedonistyczno-gangsterski wizerunek z obecnym stylem życia, bardzo zdrowym i zrównoważonym. „Woptober” przyświecała następująca idea: sięgnąć po mroczne, ciężkie podkłady i opowiedzieć na nich o kilku błędach popełnionych w przeszłości, zachowując dystans między „kiedyś” a „dziś”. „Cześć, nazywam się Gucci Mane, jestem uzależniony od wszystkiego/ Złych suk, szybkich fur, trawy i prometazyny”, rymuje w refrenie „Addicted”. Ten sam numer przynosi jeszcze inne wyznania: „Nie możesz winić nikogo, tylko siebie, od ciebie się zaczyna/ Rap daje pieniądze, ale te pieniądze mogą zniszczyć ci życie/ Trzeba spojrzeć w lustro, wziąć głęboki oddech/ I powiedzieć sobie w twarz: Gucci, jesteś uzależniony/ Oto pierwszy krok”.



Szanuję te słowa. Ich bezpośredniość, szczerą prostotę, wiarę, że odtąd będzie lepiej. Tak samo szanuję inne utwory – na przykład „Dirty Lil Nigga”, gdzie Gucci rapuje w trzeciej osobie, zwierzając się z błędów popełnionych za dzieciaka, a jednocześnie czyniąc przestrogi dla młodszych pokoleń. Tyle że to raczej szacunek na poziomie ludzkim. Ot, Warszawa przybija piątkę Atlancie i cieszy się, że ktoś postanowił podjąć walkę z nałogami. Nie powiem jednak, bym docenił kunszt tekściarski czy warsztat raperski autora „Woptober”. Na szczerości można wiele wygrać, ale trzeba w przekonujący, mocny sposób opowiedzieć swoją historię. W Polsce mamy przykład KęKę. Gucci jako raper jest jednak na dłuższą metę nużący. W jego barwie głosu jest coś mdłego i anemicznego, w intonacji – monotonnego. Z tekstów przebija nieporadność, pośpiech. Na „Woptober” częściej słyszę zmęczenie niż wolę życia. Może to skutki oboczne nawału pracy?

Niewiele pomagają bity. Jasne, ich dobór jest konsekwentny i Mane, pragnąc najwyraźniej stworzyć coś na kształt trapowego „The Infamous”, osiągnął swój cel. Ponure partie klawiszowe, gotyckie dzwony, wgniatające w ziemię basy i nisko zawieszone perkusje – to wszystko tu jest. Tyle że na dłuższą metę wyłazi ograniczony repertuar środków. Wtedy cieszą najmniejsze choćby momenty urozmaicenia: jak orientalny dźwięk na trzecim planie w „The Left”, jak błyskające syntezatory w „Out The Zoo”.

„Woptober” imponuje bardziej jako zapis prywatnej walki Gucciego Mane’a niż muzyka jako taka. Szkoda.