tło klikalne

Ty Dolla $ign – "Campaign"

Karol Stefańczyk, 01.11.2016 / foto: mat. pras.

nasza ocena:  

Podejrzany pomysł na siebie.

Syndrom drugiego albumu to pojęcie dobrze znane fanom muzyki. Na ogół to właśnie pozycja numer dwa jest prawdziwym sprawdzianem czyjegoś talentu i możliwości. W końcu debiut można pieścić przez lata i nie przejmować się za bardzo presją rynku. Co innego drugi krążek. Nad nim często wisi widmo doskonałego poprzednika i olbrzymie oczekiwania środowiska muzycznego.

Gdy mowa o "Campaign" Ty Dolla $igna, trzeba w pierwszej kolejności odpowiedzieć na pytanie: czy to w ogóle album? Internet klasyfikuje tę płytę jako mixtape, choć w zasadzie, gdy wejdzie się w jego zawartość, całość sprawia wrażenie regularnego, długogrającego wydawnictwa. Pozwólcie więc, że na potrzeby niniejszego tekstu tak będę traktował ten krążek – jako album właśnie.

Druga wątpliwość leży w innym pytaniu: czy ubiegłoroczny debiut TD$’a to rzecz wybitna? W żadnym wypadku. "Free TC" zostało wprawdzie dobrze przyjęte przez środowisko muzyczne, ale nikt nie rozpowiadał o rewolucji czy dziele kompletnym. Trudno więc ulec syndromowi drugiego albumu, jeśli pierwszy nie był niczym doskonałym. Ty Dolla, pracując nad "Campaign", nie musiał więc mierzyć się z własnym cieniem. Pracom nad krążkiem nie towarzyszyła więc zbyt silna presja.



Słychać jednak, że $ign postanowił to i owo zmienić we własnej muzyce. Na "Free TC" liczba gości przytłaczała. Spośród szesnastu nagrań utwory, w których gospodarz występował samodzielnie, można było policzyć na palcach jednej ręki. Oczywiście wyszło to na dobre całości, bo gościnne występy E-40’ego, Jagged Edge, Wiza Khalify czy R. Kelly’ego ubarwiły cały materiał. Trudno było jednak ocenić, co naprawdę reprezentuje sobą gospodarz. W tym sensie kolejne w dyskografii "Campaign" jest rzeczywiście jakimś sprawdzianem. Zwłaszcza że gości tu mniej, a okazji do własnych popisów więcej.

Czy TD$ wychodzi z tego pojedynku zwycięsko? Trudno udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Z jednej strony słychać, że gospodarz znalazł pomysł na swoją twórczość – a przynajmniej na ten album. Nie jest on może jakoś szczególnie oryginalny, ale Ty Dolla przy odrobinie konsekwencji jest w stanie zająć pewną przestrzeń w muzyce. Powiedziałbym, że "Campaign" wskazuje drogę pomiędzy Chance’em The Rapperem a Travisem Scottem, czyli dwoma wykonawcami, na których silny wpływ miał Kanye West. Z Chance’em łączy Ty Dollę słabość do soulu. Na "Campaign" nie ma wprawdzie gospelowych chórków i podniosłej atmosfery, ale kilkukrotnie wkrada się ciepła melodia, a gospodarz ląduje na miękkim, przyjemnym podkładzie. To subtelnie zaznaczone momenty, gdy Ty Dolla ledwie muska soulu, ale warto je mieć w pamięci. O wiele bardziej narzucająca się jest ta druga inspiracja, czyli narkotykowy trap połączony ze zmodulowanym śpiewem. To rzecz, którą TD$ eksploatuje na całej długości albumu, a gościnne występy Future’a i Travisa Scotta tylko potwierdzają kierunek, w którym zmierza gospodarz.

Na "Free TC" Ty Dolla $ign obierał różne kierunki. Muzyczne poszukiwania zapędzały go nawet do pościelowego r&b lat 90. – do tego stopnia, że wtedy to właśnie ta droga wydaje mu się najbliższą. Na "Campaign" jest spójniejszy, a jego stylistykę łatwiej jest zamknąć we współczesnych ramach. Oczywiście zdarzają się elementy wprowadzające zróżnicowanie (gitarowe "Stealing"), ale to wszystko w granicach normy, szczególnie gdy porównać z "Free TC" ("Horses In The Stable"). Pytanie tylko, czy taka spójność jest w tym momencie czymś pożądanym. Wykonawców, którzy trochę rapują, ale w sumie to wolą, by mówić o nich wokaliści śpiewający zmodulowanym głosem na trapowych podkładach – takich ludzi jest coraz więcej. Wszyscy korzystają z podobnych studyjnych efektów, co właściwie działa na ich niekorzyść, bo vocoder, jakiego używają, pozwala generować bardzo ograniczony klimat w piosenkach, nie mówiąc o tym, że za jego sprawą wszyscy brzmią bardzo podobnie. Czy Ty Dolla $ign zdaje sobie z tego sprawę? Wierzę, że tak. Oby miał pomysł na siebie.