tło klikalne

Testament - "Brotherhood of the Snake"

Maciek Kancerek, 01.11.2016 / foto: mat. pras.

nasza ocena:  

TAGI: Testament, Death

Konkurencja daleko w tyle.

W udzielanych na przestrzeni ostatnich miesięcy wywiadach muzycy Testament – zwłaszcza Eric Peterson i Chuck Billy – narzekali na warunki, w jakich przyszło im pracować nad nowym albumem. Artyści podkreślali, że ciągle są w trasie, że nagrywają "Brotherhood of the Snake" z doskoku. Czytając ich wypowiedzi można było odnieść wrażenie, że na wszelki wypadek już przed premierą tłumaczą się z wątpliwej jakości materiału. Tymczasem jedenasty album thrashowej legendy okazuje się jednym z najmocniejszych krążków w jej przeszło 30-letniej karierze.

Podobnie jak na wydanej w 2012 roku, również bardzo dobrej płycie "Dark Roots of Evil", tak i tym razem Testament od pierwszych atakuje mięsistym riffem i zabójczym tempem. Nie ma podniosłych introdukcji, nie ma utrzymanego rozkręcającego się dopiero z czasem otwieracza. Alex Skolnick uprzedzał, że ci, którzy tęsknią za melodyjnym wcieleniem zespołu, będą musieli poczekać do następnej płyty. Tutaj ma być agresywnie i ciężko. Rozdzierający ryk Billy'ego nie pozostawia złudzeń, że na jedenastej płycie Amerykanie zwracają się w kierunku swojego brutalnego oblicza. Nie oznacza to, że na "Brotherhood of the Snake" zabraknie chwil wytchnienia. Zwolnienie pojawia się już w drugiej części pierwszego numeru, w połowie krążka znajdziemy utrzymane w średnim tempie "Born in a Rut", na ogół jednak muzycy pędzą na złamanie karku paląc wszystko, co napotkają na swojej drodze.



"Brotherhood of the Snake" jest pierwszą okazją do usłyszenia na płycie Testamentu prawdopodobnie najmocniejszej z możliwych metalowej sekcji.  Dzięki temu, że Gene Hoglan i Steve DiGiorgio ogrywają się nie tylko w Testamencie, ale i na trasach Death To All, dotarli się na tyle, że tworzą prawdziwą machinę zniszczenia. Wychodzące spod rąk Erica Petersona riffy imponują nie tylko mocą, ale i różnorodnością, Skolnick uzupełnia je wirtuozerskimi solówkami (partia, którą gra w "Stronghold" to mistrzostwo świata), do tego Chuck, który głównie krzyczy i ryczy, ale w "Seven Seals" przypomina, że potrafi zaśpiewać także melodyjny refren – wszystko to składa się album bliski ideału.




Część mediów na wyrost pisze o odrodzeniu thrashu, wskazując, że sporo gwiazd wydało w tym roku nowe płyty. Niektórzy szarżują nawet do tego stopnia, że zestawiają ikoniczny dla nurtu 1986 z 2016. Tymczasem o ile Destruction i Death Angel faktycznie mogą mieć powody do dumy, o tyle o płytach Megadeth, Anthraxu czy Sodom nie można powiedzieć zbyt wiele dobrego. Na ten moment Testament pozostawia konkurencję daleko w tyle. Czy dowiezie pozycję lidera do końca roku? Zobaczymy, na horyzoncie jest przecież jeszcze "Hardwired... To Self-Destruct" Metalliki.