Duit – "Now I’m Here"

Karol Stefańczyk, 03.11.2016 / foto: mat. pras.

nasza ocena:  

Emocje ukryte w elektronice.

Debiutancki album Duita reklamowany jest jako "najbardziej emocjonalna polska płyta dekady". Odważne słowa, szczególnie że rodzima muzyka przyniosła nam w ostatnich latach kilka porywających, wciągających krążków: od Bisza do Korteza. Czy "Now I’m Here" jest mniej, czy bardziej emocjonalne od tamtych albumów – to sprawa drugorzędna. Ważne, że w ogóle jest emocjonalne.

Ten krążek angażuje. Jest to o tyle ważne, że mówimy o elektronice z domieszką alternatywnego r&b, a więc muzyce zbudowanej na bardzo specyficznej aurze. Specyficznej do tego stopnia, że bardzo łatwo ją zbanalizować, spłycić i wydrążyć z jakichkolwiek uczuć. Mówiąc dobitniej, piosenki z gatunku, w którym obraca się Duit, bardzo łatwo jest powielać, bo i równanie na nie jest stosunkowo proste. Wystarczy tylko (albo aż) opanować warsztat.

Gdy więc piszę, że "Now I’m Here" angażuje, momentalnie oddzielam ten krążek od wielu innych, które nie niosą ze sobą żadnego rysu własnego, żadnej osobistej emocji. To jest klucz do albumu Duita. Można by się zachwycać kwestiami aranżacyjnymi, umiejętnym czerpaniem ze wzorców zachodnich (Bonobo, James Blake), szerokością i głębią tych podkładów oraz ukrytymi tu i ówdzie smaczkami – ale dopóki miłości w tym nie ma, albo szerzej: jakichkolwiek uczuć, ta muzyka pozostaje niczym.



To właśnie mnie najbardziej cieszy w "Now I’m Here": że ten album, mimo wielu przesłanek, by potraktować go jako romantyczne tło do jesiennych wieczorów spędzonych w ciepłym zaciszu, koniec końców wytrąca mnie z równowagi. Zmusza, bym co rusz zwracał na niego uwagę. Dobrym przykładem jest "Himm", nagranie, które bardzo powoli zyskuje właściwy kształt. Na początku brzmi jak tło bez pierwszego planu: słyszymy szumy, zapętlone strzępki wokalne, pourywane dźwięki, czekając jednocześnie na coś, co nada tej przestrzeni ostateczne znaczenie. Dopiero koło trzeciej minuty słyszymy pełzające syntezatory, a potem – długo oczekiwaną kaskadę bębnów. Coś podobnego dzieje się także w "The Miracle".

Wspomniana emocjonalność jeszcze inaczej rozegrana zostaje w "With U" i "Free". Tu pomocne okazują się wokale: aksamitny Pastsa oraz bardziej house’owy PRUS. Mimo że dobrze oddają one dramaturgię podkładów, nie mogłem się pozbyć wrażenia, że koniec końców głosy na "Now I’m Here" są mało wyraziste. A może inaczej: spełniają swoją rolę jedynie w minimalnym stopniu. Nawet Dawid Podsiadło nie zostawia po sobie takiego śladu, jak można by się spodziewać. Trudno ustalić, z czego to wynika. Może z produkcji, która pełni rolę wiodącą na tym krążku i niespecjalnie pozwala zaistnieć wokalistom? Może to kwestia języka angielskiego, który – będę się przy tym upierał – odbiera tekstom (zaśpiewanym zresztą na ogół rozmytymi, pełnymi pogłosów głosami) pewną wyrazistość? Nie wiem. Mam jednak wrażenie, że gdyby wokale nie były tylko poprawne, "Now I’m Here" byłoby jeszcze bardziej emocjonujące i wciągające.