Robbie Williams - "The Heavy Entertainment Show"

Karol Stefańczyk, 04.11.2016 / foto: mat. pras.

nasza ocena:  

Przekonująca kontynuacja brytyjskiego pop-rocka.

"The Heavy Entertainment Show" jest jednocześnie i nowym początkiem, i powrotem na stare śmieci. Z jednej strony wokalista inicjuje kontrakt z Sony Music, z drugiej wznawia współpracę z producentem swoich największych przebojów, Guyem Chambersem. No, wprawdzie do reaktywacji z Chambersem doszło już kilka lat temu, na swingowym krążku "Swing Both Ways", ale dopiero "The Heavy..." przynosi oryginalne kompozycje od początku do końca. Na "Swing..." trafiały się jeszcze covery, a poza tym płyta była wciśnięta w szczelny gorset retro-gatunku.

Co innego nowe wydawnictwo. Tu gospodarza ponosi wyobraźnia, razem z Chambersem atakują na kilku frontach, choć słychać, że pracom studyjnym towarzyszyła pewna myśl przewodnia. Jaka? Czuć, że krążek miał brzmieć tak brytyjsko, jak to tylko możliwe. Williams wyznaczył sobie kilka punktów orientacyjnych, z których najlepiej widać specyfikę wyspiarskiego pop-rocka, i co chwila do nich wraca, ogląda się na swoich poprzedników, czerpie inspiracje, ba, całe motywy.

Na "The Heavy..." pada w pierwszej kolejności długi cień The Beatles. W różnych wariantach. O ile "Bruce Lee" kojarzy się z pierwszymi, bardziej rock’n’rollowymi płytami The Fab Four, o tyle miękkie "Hotel Crazy" przywodzi już na myśl późniejszy dorobek grupy, gdy repertuar środków i pomysłów znacząco się powiększył, doszły dęciaki, smyczki i tym podobne. Trzeba jednak zaznaczyć, że Williams czerpie z dorobku The Beatles nie wprost. Jako pośrednicy robią brit-popowcy z Oasis, czyli ci, którzy właściwie do samego rozpadu tworzyli w przekonaniu, że są logicznymi następcami Czwórki z Liverpoolu.



Nie wiem, czy Williams świadomie chce się uplasować w tej historycznej linii, ale na nowym albumie tak właśnie brzmi. Wielokrotnie jego piosenkom udziela się stadionowy entuzjazm: epickie gitary sięgają nieba swoimi dźwiękami, a rozemocjonowany Williams śpiewa, niemalże już skandując, frazy w rodzaju "I love you so much". W takich momentach melodie do złudzenia przypominają wczesny dorobek braci Gallagherów. "Sensational" ma w sobie coś z "Champagne Supernova", słynnego utworu wieńczącego "(What’s The Story) Morning Glory?". Podobnie "Motherfucker", "Best Intentions" czy fortepianowo-gitarowe, wykorzystujące chórki "Marry Me" (te dwa ostatnie dostępne na edycji deluxe).

Taki jest główny rys "The Heavy...". Początek albumu zupełnie jednak na to nie wskazuje. Tytułowe nagranie i singlowe "Party Like A Russian" są przerysowane i groteskowe w swoim cyrkowym klimacie (z drugiej strony to przecież typowo Beatlesowski chwyt...). Później też zdarza się kilka zaskakujących momentów. Jak choćby wysoko zaśpiewane, klubowe, ale jednak wygrane na klangującym basie "Sensitive". Albo bliskie ostatnim płytom Coldplay "Time On Earth". Mimo wszystko – to konsekwentnie poprowadzony, bardzo wyspiarski album prezentujący takie brzmienie, w którym gospodarz czuje się jak ryba w wodzie.