tło klikalne

Taco Hemingway – "Marmur"

Karol Stefańczyk, 05.11.2016 / foto: mat. pras.

nasza ocena:  

Jesień nie dla każdego.

Taco Hemingway nieźle zaplanował wydanie "Marmuru". Mniejsza o zaskakującą premierę, która niejednemu wykonawcy pewne pokrzyżowała piątkowe szyki. Mniejsza o darmowe wrzucenie do sieci i niemal równoległy streaming w TIDALU, choć od strony marketingowej to też niekiepski ruch. Gdy jednak doceniam ten, a nie inny moment, w którym "Marmur" się ukazuje, chodzi mi przede wszystkim o pogodę. Mówiąc poetycko, te żółte, jesienne liście wylądowały w kałużach jakby specjalnie dla Taco.

Muszę przyznać, że trochę zazdroszczę mieszkańcom Trójmiasta. Podczas gdy ja ślęczę nad niniejszym tekstem w Warszawie – żarłocznym mieście-demonie, od którego bohater "Marmuru" za wszelką cenę próbuje uciec – oni mogą załadować płytę do telefonu, wyjść na spacer, nawdychać się jodu i poczuć ten melancholijny, nadmorski klimat na własnej skórze. Mogą spojrzeć na swoje miasto nieco innymi oczami. Wejść na dobrze znane Bohaterów Monte Cassino, dojść do mola, skręcić w lewo i po raz setny rzucić okiem na secesyjny Grand Sopot – tyle że zamiast dobrze znanej, secesyjnej budowli ujrzeć trochę hotel z filmu Wesa Andersona, a trochę zamek z powieści Kafki.

Bohaterowie "Marmuru" – szczególnie dwie główne postacie – są nieco przerysowani i groteskowi w swoim zachowaniu, swoich ambicjach i histeriach. Szcześniak, ten nadpobudliwy, targany wieloma sprzecznościami hipochondryk, śni o górnolotnych projektach, które wywindują go do artystycznej ekstraklasy. Co innego jego towarzysz, tajemniczy brodacz snujący fantazje o "dużym domie pełnym cudzych żon" i innych luksusach. Początkowy dystans Szcześniaka względem poznanego pasażera z czasem ustępuje miejsca fascynacji, by ostatecznie obaj panowie padli sobie w objęcia na jednym z bankietów. Bruderszaft? Ten zdążyli wypić już wiele, wiele lat wcześniej.



Jaskrawość bohaterów jest jednak nieustannie tonowana jesiennymi barwami: szarym, beznamiętnym głosem, który monotonną frazą prowadzi nas przez całą opowieść, oraz równie powściągliwą muzyką. Tę, gdyby chcieć ująć kolorami, można by opisać tak, jak opisuje się drzewa na przełomie października i listopada: pokryte żółtawymi, brązowiejącymi liśćmi, ale właściwie to już coraz bardziej nagie. Innymi słowy: te podkłady niosą ślady fantastycznych melodii, ale minimalizm producenta jest zbyt daleko posunięty, a w każdym razie nieadekwatny do jego możliwości. Jeśli chce się operować samymi bębnami, basem i strzępkami dźwięków, należy mieć brzmienie. Tego Rumakowi po raz kolejny zabrakło, choć rozumiem zamysł, doceniam konsekwencję, a nawet kilka realizacji: grobowe, bliskie starego Mobb Deep "Ślepe sumy", nerwowe "Tsunami blond", ospałą "Mgłę II (Mówisz, masz)".

Z jednej strony więc jestem w stanie bronić takich wyborów muzycznych, bo wydają mi się one odpowiednie do klimatu budowanego na "Marmurze"; z drugiej mowa tu o nastroju, który jak sądzę, może niejednego zwyczajnie znudzić. Szczególnie dotyczy to tych, którzy sympatyzują z Taco rozdzielającym swoje doświadczenia na innych bohaterów, a nie mówiącym wprost o sobie. Wprawdzie na "Marmurze"  wkłada wiele z siebie w postać intrygującego brodacza, ale koncept z nim związany jest na tyle prosty i zarysowany na tyle delikatnie, że momentalnie wiadomo, że chodzi tu o co innego – o autoterapię. Ta powraca kilkukrotnie, temu zresztą służy też podstawowy pomysł z oddalonym od Warszawy hotelem.

Mnie ta bezpośrednia, osobista narracja nie przeszkadza – może dlatego, że od zawsze interesowali mnie ludzie z krwi i kości wyłażący z nagrań. Potrafię sobie jednak wyobrazić, że dla kogoś, kto dotychczas widział w Taco przede wszystkim doskonałego portrecistę wielkomiejskiej młodzieży i pewien "głos pokolenia", ten album może być poza kilkoma momentami zwyczajnie nieciekawy. Bo monotonna forma. Bo podkłady, które raczej "są", niż "są jakieś". I choć sam jestem w stanie przejść do porządku dziennego nad tymi mankamentami, ulegając dodatkowo jesiennej aurze "Marmuru", nie potrafię bronić tego albumu za wszelką cenę i zbić każdego argumentu. A to sprawia, że z czystym sumieniem nie mogę mu wystawić maksymalnej oceny.