Meek Mill – „DC4”

Karol Stefańczyk, 11.11.2016 / foto: mat. pras.

nasza ocena:  

Tylko jeden numer.

Meek Mill wydał swój ostatni długogrający album „Dreams Worth More Than Money” w czerwcu ubiegłego roku. Od tamtego czasu sporo się w jego życiu zawodowym działo. Nie będzie chyba przesadą, jeśli napiszę, że ten pochodzący z Filadelfii raper stał się chłopcem do bicia dla części przemysłu muzycznego. Od wakacji 2015 roku Mill zdążył znaleźć się na celowniku przynajmniej czterech raperów: Drake’a, The Game’a, Joe Buddena i Beaniego Sigla. Pół biedy, gdyby wyszedł z tych konfliktów z tarczą. Niestety, w ogólnym rozrachunku Meek może mówić o porażce na większości, jeśli nie na wszystkich frontach (dyskusyjny może być beef z Drakiem).

Rzecz jasna sam Meek zrobił wiele, by zasłużyć na takie lanie. Rozpychał się łokciami po scenie, obrażał na lewo i prawo, rzucał różnymi prowokującymi insynuacjami. W jego atakach więcej było jednak awanturnictwa, niż jakości. Nic więc dziwnego, że „DC4”, czwarty z serii mixtape’ów „Dream Chasers”, jest w praktyce pełnoprawnym, odpłatnie dostępnym albumem. Mill po prostu nie mógł sobie pozwolić na zwykły mixtape. Mając tak nadwyrężoną reputację, zwyczajnie musiał wyciągnąć cięższe działa i bardziej się przyłożyć.

Sama tracklista jeszcze tego nie sygnalizuje. Ot, jeśli chodzi o tych największych, pojawiają się ksywki, których można było się spodziewać – są to wielokrotni współpracownicy, czyli French Montana i Nicki Minaj, a do tego Pusha T, który sam ma kosę z Drakiem. Poza tym jednak dominują ci, którzy dopiero stoją u progu wielkiej kariery. Ba, porównując „DC4” z tracklistami poprzednich części „Dreamchasers”, powiedziałbym, że dość biednie tu. Brakuje nawet Ricka Rossa, mentora Milla, co może wzmóc podejrzenia o rzekomym dystansie, jakiego Rozay nabrał do ostatnich awantur swojego podopiecznego.



Może jednak tak musiało być? W końcu sławni goście na ogół przyćmiewali Meeka. Tym razem raper sam sobie stworzył przestrzeń, by móc w bardziej przekonujący sposób dowieść swoich umiejętności. O tym, że mamy do czynienia z nie byle kim, przekonuje nas już początkowe „On The Regular”. Mill wierzga się tam z trapową manierą, wypluwając wyrazy, powtarzając frazy i skacząc z wątku na wątek. „Robię hajs i tak dalej/ Złe suki czekają na mnie w kalendarzu/ Przestępstwo, przestępstwo, przestępstwo/ Mam sprawę i to w sądzie federalnym”, rapuje na monumentalnym samplu znanym z „Hate Me Now” Nasa.

Cóż, przyznacie chyba, że nie jest to kandydat na następcę Boba Dylana. Nawet do wspomnianego Nasa brakuje tu naprawdę sporo. Mill jednak nie próbuje być ambitny. W jego wydaniu rap ma być brutalny, bezpośredni i chyba celowo trochę głupkowaty. Powyższy czterowers jest w zasadzie esencją warstwy tekstowej „DC4”. Ba, wszystko można by sprowadzić do nieświadomie komicznego „i tak dalej”, bo gospodarz rzeczywiście jest tu kopią kopii. Trudno jednak stwierdzić, ile w takich deklaracjach samego Milla, a ile kreacji z ulicznych początków kariery, której dziś się kurczowo trzyma. Sceniczny wizerunek jest do zaakceptowania pod warunkiem, że dostajemy sygnały, które każą nam wziąć wszystko w nawias. Jeśli natomiast, dla przykładu, Mill w zaangażowany, pełen pasji i bezpośredni sposób chwali się pannami, które na niego czekają, to albo przyznaje się do zdradzania Nicki Minaj, albo popada w hipokryzję. Z perspektywy słuchacza gorsze jest jednak to drugie.

To kurczowe czepianie się trapu, tak bardzo obecne na „DC4”, nie służy autorowi. Wprawdzie pozwala mu się utrzymać na branżowej powierzchni i pozostać na czasie względem mód, ale taka konwencja doprowadza rap Milla do granic słuchalności. Te skandowane, wypluwane z siebie linijki, połączone z treściowym rozkojarzeniem i pustosłowiem, brzmią naprawdę fatalnie. Trochę inne emocje się z nich wydobywają, gdy zmienia się muzyczne tło: najlepszym tego przykładem jest wyjątkowe w skali albumu „Blue Notes” z bluesową, melancholijną gitarą, organami Hammonda i ciężkimi, kaskadowymi bębnami. To jednak wyjątek. Resztą nie ma co zawracać sobie głowy.