T.I. – "Us Or Else"

Karol Stefańczyk, 18.11.2016 / foto: mat. pras.

nasza ocena:  

Więcej niż polityka.

Polscy słuchacze, obserwując wydarzenia w USA z dystansu, mogą się często zastanawiać, czy wzrost zaangażowania społecznego tamtejszych artystów to autentyczna potrzeba serca, czy może raczej moda. Tę samą kwestię rozważał niedawno Macklemore w "White Privilege II", pytając: "Możesz iść na marsz, protest, krzyczeć i skandować/ Pisać na Twitterze, rzucać hasztagi i przekonywać, że jesteś w tym/ Ale ludzie cię prześwietlą/ I czy wtedy uwierzą?". ‘More jako jeden z niewielu zdobył się na spojrzenie z boku i dozę wątpliwości. W większości środowisko muzyczne w USA traktuje polityczne utwory afroamerykańskich wykonawców raczej entuzjastycznie: jako dowód ich przebudzenia i świadomości historycznej.

Podczas gdy hip-hopowcy i wokaliści r&b dotychczas poświęcali nierównościom społecznym ledwie wyimek swojej bieżącej twórczości – rzucając nawiązaniem w kawałku lub prezentując pojedynczy utwór – T.I. idzie o krok dalej, wydając całą EP-kę dotyczącą tego zagadnienia. Ilość nie jest rzecz jasna żadnym dowodem na zaangażowanie, ale akurat w przypadku rapera z Atlanty taki krok jest zupełnie zrozumiały. Od momentu, gdy ruch Black Lives Matter nabrał rozpędu, a każde społeczne nadużycie względem Afroamerykanów odbija się szerokim echem w całych Stanach, T.I. raczej unikał studia. Zamiast nagrań wybierał działalność społecznikowską: pojawiał się na marszach i protestach, udzielał się w mediach i wszędzie, gdzie mógł, wstawiał się za piętnowaną społecznością czarnoskórych. Gdy więc w końcu zabrał się za rejestrowanie piosenek, czy mogły one dotyczyć czegoś innego niż tego, czym żył na co dzień przez ostatnie miesiące?



Zmierzam do tego, że na "Us or Else" T.I. jest piekielnie wiarygodny. I konsekwentny. Nawet gdy chwilowo nie odnosi się do konkretnych wydarzeń z nagłówków amerykańskich gazet, potrafi w serii przechwałek zaznaczyć podstawowy dla całego krążka rys afroamerykańskiej dumy. Tak jest na przykład w "Switchin’ Lanes": gdy Tip przekonuje, że nie uczono go, by nadstawiać drugi policzek, ale by się zbroić i bronić – z miejsca wiadomo, o co mu chodzi. Ba, w tej samej zwrotce pada nawiązanie do Bobby’ego Seale’a i Hueya Newtona, założycieli Czarnych Panter. "Trzeba działać solidarnie, jeśli się chce realizować cele", powiada (w parafrazie) T.I. Jakie cele? W tym wypadku chodzi akurat o robienie hajsu.

Ktoś może powiedzieć, że takie szafowanie historycznymi postaciami, wyrywanie ich z kontekstu i uzasadnianie za ich pomocą własnych hedonistycznych pobudek – że to nic fajnego. Ba, że to wręcz oznaka pustej mody na afroamerykańskie legendy. Prawdę mówiąc, zbyt wiele jest sygnałów na "Us or Else", które wskazują na co innego: że oto T.I. próbuje budować całą swoją tożsamość (a raper-hustler też jest jej składową) na zupełnie nowych, czarnych fundamentach. W tym sensie zaskakujące porównania do Czarnych Panter świadczą raczej o spójności światopoglądowej stojącej za tym krążkiem.

Nawet jeśli te rozważania – i w ogóle cała tematyka, której poświęcony jest ten krążek – wydają się nieco odległe polskiemu słuchaczowi, zapewniam, że ten krótki, bo ledwie 22-minutowy materiał oferuje porcję zwyczajnie dobrego hip-hopu. Jak na EP-kę dzieje się tu zaskakująco sporo. T.I. leci melodyjnym flow, podśpiewuje na autotunie, by w innym miejscu sięgnąć po agresywny, surowy rap. Gości jest sporo, niektórzy notują wręcz fenomenalne występy (Killer Mike!). Podkłady łączą trapowy mrok z bardziej undegroundowym, samplowanym brzmieniem ("Warzone", "I Swear"). W sumie: bardzo dobra rzecz, którą – szczególnie tu, w Polsce – łatwo uznać za ulotną, społeczno-polityczną broszurę.