tło klikalne

Bruno Mars – „24K Magic”

Karol Stefańczyk, 19.11.2016 / foto: mat. pras.

nasza ocena:  

Retro w najlepszym wydaniu.

W recenzji wydanego niedawno albumu Metalliki Maciek Kancerek zwracał uwagę na komunikat, z jakim legendy thrash metalu przyszli do swoich fanów: „kazaliśmy długo czekać, ale za to dostajecie dużo muzyki”. W przypadku Bruno Marsa, który wydał swoją trzecią płytę tego samego dnia, co Hetfield i spółka, sygnał jest raczej odwrotny: „czekaliście długo, więc dostajecie ode mnie maksymalnie dopracowany materiał. Co nie znaczy, że będzie on długi”. Ktoś może powiedzieć, że porównanie tych dwóch wykonawców nie ma sensu, bo Metallica milczała przez osiem lat, Mars zaś tylko przez cztery. Tyle że czas w muzyce popowej płynie zupełnie inaczej – szczególnie gdy jesteś dostępny na rynku od raptem sześciu lat – i łatwo, by rwący nurt biznesu wyrzucił cię gdzieś na mieliznę.

Marsowi takie niebezpieczeństwo jednak nie grozi. Ba, powiedziałbym wręcz, że długość „24K Magic”, na pierwszy rzut oka rozczarowująca – to w końcu raptem 33 minuty – może się okazać ostatecznie kluczem do sukcesu wokalisty. Raz, że Mars ma z miejsca poparcie takich osób jak ja – przywiązanych do krótkich, ale intensywnych wydawnictw i alergicznie reagujących na każdą dłużyznę. Dwa, że ta ostra selekcja, której poddany został materiał z sesji nagraniowej, popłaciła. To prawdopodobnie najfajniejsze pół godziny, jakie spędzicie z muzyką popową w tym roku.



Właściwie do ostatnich chwil nie było wiadomo, jaki będzie ten album. Do mediów przeciekały informacje o współpracy z Babyface’em, patronem romantycznego r&b lat 90. Dużo się też mówiło o inspirującej atmosferze podczas sesji nagraniowej z gigantem elektroniki, Skrilleksem. Jednym z producentów miał być też mistrz rekonstrukcji dawnych brzmień, czyli Mark Ronson. Padały też zapewnienia, że nacisk został położony na sekcję rytmiczną i groove.

Teraz, mając już „24K Magic” w rękach, możemy śmiało powiedzieć, że Mars kierował się całkiem spójną wizją, zbierając materiał na krążek. Wokalista, podbudowany sukcesem swoich poprzednich solowych singli („Locked Out In Heaven”, „Treasure”) oraz ogromną popularnością „Uptown Funk”, słusznie obrał ścieżkę retro. Jego punkty odniesienia są bardzo wyraźne i łatwo identyfikowalne. W pierwszej kolejności jest to syntetyczny funk lat 80., którym zdążył już podbić serca wielu w tytułowym, cholernie przebojowym singlu. Kolejne nagranie na płycie, „Chunky”, jest jeszcze lżejsze i łagodniejsze, ale nadal pozostajemy w epoce Michaela Jacksona i Prince’a. Obecność kobiecych partii w chórkach sygnalizuje już jednak kolejną inspirację: r&b lat 90. To konwencja, którą Mars sobie szczególnie upodobał. Sprawia ona, że brzmienie krążka jest miękkie, niewinne, pościelowe. Nieprzypadkowo cały album zmierza w stronę stylowej, napisanej do spółki ze wspomnianym Babyface’em ballady „Too Good to Say Goodbye”.




Ballady, a przynajmniej utwory utrzymane w średnim lub nawet wolnym tempie, są w minimalnej przewadze. Mało kto jednak powinien to odczuć. Ponieważ mamy do czynienia z zaledwie dziewięcioma piosenkami, trzy bomby w postaci „24K Magic”, „Perm” i „Finesse” w zupełności wystarczają. Szczególnie, że kapitalnie wypełniają przy tym luki w retro-układance Marsa. O „24K Magic” była już mowa. „Perm” jest brudniejsze, bardziej w duchu lat 70. i funku spod znaku Jamesa Browna. Z kolei „Finesse” to piękny hołd złożony mainstreamowym hip-hopowcom lat 90. – tym, którzy nie wstydzili się współpracy ze śpiewającymi kolegami i nie brzydzili się  podkładami The Trackmasters.

Napisałem wyżej, że to jedna z najsympatyczniejszych popowych płyt tego roku. Na zachętę i na zakończenie dorzucę jeszcze jeden komplement: to idealny produkt mody na retro funk/r&b. Lepszego krążka w tej kategorii prawdopodobnie nie znajdziecie.