Emeli Sande – "Long Live The Angels"

Karol Stefańczyk, 26.11.2016 / foto: mat. pras.

nasza ocena:  

Nie odcięła kuponów.

Pięć lat. Niemalże tyle czasu potrzebowała Emeli Sande, by stworzyć następcę debiutanckiego "Our Version Of Events". Trudno powiedzieć, co w pierwszej kolejności doprowadziło do takiej przerwy w nagrywaniu. Być może oszałamiający sukces pierwszej płyty był wyzwaniem, któremu trudno było sprostać. Być może promocja tamtego wydawnictwa – od występów na otwarciu i zamknięciu londyńskich Igrzysk Olimpijskich po koncerty w "X Factor" – była wyczerpująca. Możliwe jednak, że turbulencje w życiu prywatnym – ślub, trwające zaledwie rok małżeństwo, rozwód – okazały się kluczowe.

Słuchając "Long Live The Angels", wiem jednak, że taka przerwa dobrze zrobiła muzyce Sande. Trudne doświadczenia w życiu osobistym oraz ciężar popularności pozwoliły wprowadzić angielskiej artystce dodatkowe odcienie do jej twórczości. Zasadniczy kierunek, w którym podążają piosenki, jest czytelny: od ciemnych, pełnych goryczy utworów do światła nadziei, z każdą kolejną kompozycją rysującego się coraz wyraźniej. Od bolesnego "Hurts" do ciepłego, korzennego, inspirowanego muzyką świata "Tenderly". To droga, na którą Sande naprowadza nas już na samym początku. We wspaniałym, biograficznym "Breathing Underwater" słyszymy o "cudzie", jakim było przetrwanie trudnych chwil. Jednak "dzisiejszy dzień", ten, w którym można poczuć ulgę, "zazdrości jutrzejszemu", co wyraźnie sugeruje, że najlepsze momenty dopiero przed wokalistką.

Słuchacz jednak z trudnością podzieli te słowa. Filmowe, pełne chórków "Breathing Underwater" jest do tego stopnia porywające, że pewnie niejednemu przejdzie przez głowę myśl: "Lepszej piosenki na tej płycie już nie usłyszę". Cóż, mimo wszystko radziłbym przesłuchać materiał do końca, nie poprzestając tylko na utworze numer dwa. Warto bowiem docenić całkiem sporą różnorodność pozostałych nagrań. Poza fortepianowymi balladami w rodzaju "Shakes" czy "Sweet Architect" zdarzają się też piosenki mniej orkiestralne, a bardziej surowe i nakierowane na groove. Dotyczy to szczególnie "Give Me Something", "Babe" oraz wspomnianego "Tenderly".



Bodaj najbardziej zaskakującą kompozycją na płycie jest "Garden". Warto się na chwilę pochylić nad tym utworem. Po pierwsze, "Garden" jest radykalną realizacją pomysłu Sande, by od strony muzycznej nowa płyta była możliwie naga i minimalistyczna, a od strony wokalnej – jak najbardziej angażująca. W tym wypadku tłem dla głosu są właściwie perkusja i bas, wzbogacone jedynie o skromne wokalizy. Taka konstrukcja tworzy ciężki, trip-hopowy klimat. Po drugie, w charakterze gościa występuje Jay Electronica, raper, który nigdy nie był specjalnie znany, a dziś, po wielu latach milczenia, dla większości słuchaczy może być zupełnie anonimowy. Taki wybór dowodzi jednak niezależności Sande. Pokazuje też, że artystka kierowała się raczej końcowym efektem – tym, jak niski, refleksyjny wokal gościa odnajdzie się na podkładzie – aniżeli popularnością nazwiska.

Oczywiście założenia o skromnym muzycznym tle i rozemocjonowanym wokalu sprawdziły się nie tylko w przypadku "Garden". Płyta, choć kilkukrotnie uderza w silniejszy patos (np. chórki pod koniec "Sweet Architect"), ma raczej kameralny charakter. Potrafi zaskoczyć np. gitarą w "Happen", wokół której zbudowana jest cała dramaturgia, albo bajkową harfą (czy to aby na pewno harfa?) w "I’d Rather Not". Czy ta nastrojowość sprawi, że "Long Live The Angels" odniesie komercyjny sukces – trudno powiedzieć. Wiem jednak, że Sande całe szczęście nie odcięła kuponów od głośnego debiutu i na swoim drugim krążku udało jej się zaskoczyć słuchaczy.