tło klikalne

Eldo – "Psi"

Karol Stefańczyk, 28.12.2016 / foto: mat. pras.

nasza ocena:  

Taki sam i inny.

W wywiadzie dla CGM.pl przed kilkoma miesiącami Eldo zapewniał, że nowy album przyniesie sporo niespodzianek. Miały pojawić się podkłady utrzymane w tempie, do którego Kaźmierczak nas nie przyzwyczaił. „Psi” w wielu miejscach rzeczywiście brzmi eksperymentalnie i jak na dyskografię Eldoki niezwykle, ale też nie ma co przesadzać – nowym albumem warszawski weteran nie zeruje swojej dyskografii i nie zaczyna od początku.

Gwarantem ciągłości jest przede wszystkim sam gospodarz, który jako raper i tekściarz prezentuje to, do czego zdążył nas przyzwyczaić. Otwierające album „Gdy jestem sam” sygnalizuje co prawda większe niż zwykle otwarcie oraz bezpośredniość. Pojawiają się tam m.in. takie wersy: „Można zgubić sens, gdy odchodzi ktoś, kto był wszystkim/ Mam kota i depresję od sześciu lat – Kaczyński/ Nagrałem Chi, potem pochowałem matkę do ziemi/ Wylądowałem w rzeczywistości duchów i cieni”.

Jednak ten pełen rozterek i wątpliwości ton wkrótce znika, a Eldo wraca do obrazów i figur, którymi usłane były jego poprzednie krążki. Powraca wizerunek włóczykija-marzyciela, który wędruje po kosmosie, śpi pod gołym niebem i żywi się koniczyną. Eldo chodzi z głową w chmurach, ale zmysły trzymają go mocno w świecie. Szuka najsilniejszych doznań, najintensywniejszych kolorów, najbardziej ekstatycznych uniesień. To entuzjasta pełną gębą, gość, który nigdy nie wybiera półśrodków. Jeśli upaja się urokami miasta, to do nieprzytomności. Jeśli dopada go wkurwienie, to tak, że nie chciałbyś go spotkać na swojej drodze. Nadal jest estetą i rapowym pariasem, który wspina się na parnas.



To styl, który okrzepł już kilka lat temu. I niewiele wskazuje na to, aby nagle dokonała się tu jakaś rewolucja. Trudno sobie nawet wyobrazić, z której strony miałaby przyjść. Choć biblioteka Eldo rośnie, wciąż pozostaje on wierny dobrze znanym autorom. Ba, tym razem pole odniesień zawęził jeszcze bardziej, sprowadzając je do niemalże szkolnego kanonu: od romantyków do egzystencjalistów. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie trafiały się tak pretensjonalne, naciągane wersy jak „Świat nie zna granic – Nałkowska”.

Do przewidzenia był także warsztat. Eldo nie pierwszy raz próbuje przekazać szeroką skalę emocji za pomocą bardzo ograniczonych środków. Jego surowy, szorstki styl bywa nudny, ale przeważnie wtedy, gdy ląduje na typowych, bezbarwnych podkładach. Im więcej się w tle dzieje, tym ascetyczny Eldoka lepiej brzmi. O ile więc na rutyniarskich podkładach Fawoli na „Chi” gospodarz raczej zamulał, tu słucha się go z większą uwagą. Jazzujące, przestrzenne „Gdy jestem sam” sygnalizuje zwrot w stronę klasycznego „Człowieka, który chciał ukraść alfabet”. „Folklor w opuszczonym mieście” to już jednak zupełnie inna bajka: tu atakujące zewsząd bębny stawiają Eldokę w całkiem nowej sytuacji. Jeszcze ciekawiej robi się w cloudowych, wolno sunących „Złudzeniach” oraz „Chciałbym umieć”.

To bogactwo muzyczne „Psi” jest siłą napędową albumu. Decyzja, by sięgnąć po różnych producentów, okazała się strzałem w dziesiątkę. Raz, że Eldo mógł się dzięki temu sprawdzić w nieznanych dotąd konwencjach (wspomniany cloud), a jednocześnie wykorzystać kilka sprawdzonych pomysłów. Dwa, że udało mu się nawiązać do najlepszych momentów w karierze („Człowiek…”). Trzy, że – co może nie wybrzmiewa tak wyraźnie, ale warto na to zwrócić uwagę – za sprawą tego albumu zamknął kilka niedokończonych dotąd spraw. Pamiętam, jaki niedosyt pozostawał po eksperymentalnym, ambitnym, ale ostatecznie nie do końca udanym „Nie pytaj o nią” z 2008 roku. Tam Szczur i Zjawin kilkukrotnie próbowali rzucić Eldokę w świat industrialnych, elektronicznych dźwięków, postawić go przed niecodziennym tempem, zachęcić do przyspieszenia. Wyszło to różnie, ale fajnie, że tamte próby znalazły dziś, po ośmiu latach swoją (być może nieświadomą) kontynuację. Mam tu na myśli ejtisowe, mechaniczne „A to pech” i najlepszy na płycie ukryty utwór. Oby to nie były jednorazowe wyskoki.