Roger Waters - "Is This The Life We Really Want?"

Konrad Sebastian Morawski, 22.06.2017 / foto: mat. pras.

nasza ocena:  

TAGI:

Słowa w muzyce znowu coś znaczą.

Wróciliśmy do czasów, w których słowa w muzyce rockowej znowu coś znaczą. To czasy niepewne i burzliwe. Dlatego Roger Waters na swoim nowym albumie zadaje pytanie: czy to jest życie, jakiego naprawdę chcemy?

On może takie pytania zadawać i oczekiwać reakcji, bo jest legendą. Jego muzyka była też najczęściej wyrazem buntu i ważnym głosem w sprawach dotyczących kondycji moralnej świata, dlatego istnieje więcej, niż tylko prawdopodobieństwo, że Roger Waters zostanie przez świat wysłuchany na płycie pt. "Is This The Life We Really Want?". To ważne, ponieważ obecne czasy stoją pod znakiem ostrych podziałów społecznych i nieumiejętności radzenia sobie z problemami, takimi jak masowe migracje do otwartych granic, zderzenie cywilizacji chrześcijańskiej i muzułmańskiej, a także idące za tym skrajne doktryny polityczne, które zdawać by się mogło zostały bezpowrotnie zakopane na niemym polu trupów i gwałtów. Hieny nasyconej niewinną krwią przeszłości jednak odżyły, a przeciwko nim protestuje dziś Roger Waters.
 
Jednym z symboli albumu "Is This The Life We Really Want?" są dzieci oraz ich niewinność często tak po prostu zatopiona na dnie jakiegoś morza, albo rozszarpana na drutach kolczastych. Dzieci umierają, bo rządzący tego świata nie mają koncepcji w jaki sposób je ratować. Mówiąc o tym Roger Waters zajmuje krytyczne stanowisko szczególnie wobec obecnego prezydenta USA, nie przebierając zresztą w słowach, oskarża też współczesne społeczeństwa o obojętność i nieczułość, w konsekwencji o zgniliznę moralną, główną chorobę XXI wieku. Mieszkańcy tej planety, szczególnie europejskiego i północnoamerykańskiego kontynentu, zatracili wartości w wyniku politycznej indoktrynacji. Ludzie trzymani są na smyczy, rządzi nimi strach, a sens człowieczeństwa rozpadł się na kawałki. To nie amerykańskie myśliwce przelatujące nad Statuą Wolności są podsumowaniem albumu "Is This The Life We Really Want?", ale wizerunki umierających, gasnących dzieci.



Doniosłemu przesłaniu, tak bardzo aktualnemu i celnie punktującemu naszą pogrążoną w zgubnych doktrynach moralność, towarzyszy piękna muzyka. Roger Waters zarejestrował dwanaście utworów, przy których udział wzięła nieograna jeszcze z nim w studio ekipa. Dość powiedzieć, że "Is This The Life We Really Want?" wyprodukował Nigel Godrich, znany przecież w środowisku głównie z pracy przy krążkach Radiohead, czyli kapeli biegunowo odległej od dotychczasowych dokonań Rogera Watersa i Pink Floyd. Paradoksalnie album "Is This The Life We Really Want?" brzmi bardzo floydowo, wzbudzając nieco skojarzenia z krążkiem "The Final Cut" z 1983 roku. To są dobre skojarzenia. Nowy album Rogera Watersa jest bowiem zestawem utworów wybitnie eksponujących warsztat i doświadczenie wokalno-instrumentalne legendarnego twórcy, a także jego specyficzną wrażliwość i, co ważne, moment życia, w którym się znajduje.
 
Tak oto otrzymaliśmy tu utwory refleksyjne, niemalże balladowe, jednak wciąż wzniosłe i przestrzenne ("When We Were Young" połączone z "Deja Vu", "Broken Bones", "Part Of Me Died", czy podszyta smyczkami kompozycja tytułowa), ściśle nawiązujące też do patentów wypracowanych przez Pink Floyd na swoich najważniejszych albumach ("The Last Refugee"), a niekiedy prawie poetyckie ze względu na duchową zwiewność pojawiających się tam instrumentów klawiszowych ("The Most Beautiful Girl", "Wait For Her"). Ponadto Roger Waters nie rezygnując ze swojej tożsamości, zarazem odkrywając w sobie przykryty życiem bunt, pokusił się o drapieżny rockowy manifest z floydowym tłem ("Picture That"), będący jednym z najmocniejszych punktów albumu. Bardzo rockowo brzmi także pierwszy przedpremierowy singiel ("Smell The Roses"), który przypomina o korzeniach tego przeszło siedemdziesięcioletniego muzyka. Niektóre utwory na krążku ewidentnie zdradzają też wpływy Nigela Godricha, jak wypełniony elektroniką "Bird In A Gale" i miniaturowy "Oceans Apart", ale nie są to wpływy, które mogłyby odebrać Watersowi prym na tym krążku.



Chodzi też o klimat albumu "Is This The Life We Really Want?", który okazuje się pełnym refleksji, skierowanym do dojrzałych słuchaczy dziełem. To płyta, gdzie Roger Waters w mentorskiej narracji przypomina światu dlaczego rock znowu jest potrzebny i ważny w skali wykraczającej ponad wielbicieli gatunku. Pytanie postawione w tytule – czy to jest życie, jakiego naprawdę chcemy? – musi mieć więc jedną odpowiedź: nie. Powołując się na frazeologię zastosowaną przez Rogera Watersa na nowym albumie, przykro stwierdzić, że to życie jest gówniane, pełnie jadu i nienawiści, a także równie niebezpiecznej obojętności. Człowieczeństwo i moralność przestały dziś cokolwiek znaczyć. Kto więc, jeśli nie Roger Waters, ma dziś zrobić nam wszystkim duchową lewatywę?