Anathema – "The Optimist"

Konrad Sebastian Morawski, 29.06.2017 / foto: mat. pras.

nasza ocena:  

TAGI:

Melancholia, art rock i Liverpool.

Nie ma takiego miejsca na świecie, w którym nie mogłaby nas znaleźć melancholia. I nie ma drugiego takiego zespołu, który o melancholii by tak piękne opowiadał muzyką. To Anathema.

Nowe dzieło zespołu z Liverpoolu zatytułowane "The Optimist" nie jest szczególnie odkrywcze w kontekście jego dotychczasowych nagrań, szczególnie tych od czasu wydania płyty "A Fine Day To Exit" w 2001 roku, ale przecież w muzyce nie zawsze musi chodzić o odkrywczość. Anathema zarejestrowała wszak kolejny piękny album posługując się wypracowanymi przez siebie standardami. Jest to więc dzieło, które pochłania swoim melancholijnym klimatem, aby też słuchacz otrzymał tu możliwość znalezienia się w epicentrum nawałnicy dźwięków łączących rocka i elektronikę. To, co wydaje się dziś najmocniejszym elementem twórczości Anathemy, jak i albumu "The Optimist" polega więc na konsekwentnym pielęgnowaniu unikatowego stylu, w którym miejsce dla siebie znaleźli niezwykle uzdolnieni muzycy, dziś już żywe inspiracje dla młodych twórców rocka progresywnego i art rocka.

Te uosobione inspiracje, muzycy o nieprzeciętnej wrażliwości i takich też muzycznych talentach na krążku "The Optimist" zarejestrowali jedenaście kompozycji, będących w sensie lirycznym kontynuacją wywołanego już albumu "A Fine Day To Exit". Anathema dopowiedziała zatem historię Optymisty, bohatera tamtego albumu, czyli pełnego pisanych melancholią rozterek człowieka z emocjonalną koroną cierniową na duszy. Podążając za Optymistą tak naprawdę często podążamy za samymi sobą, wątpimy, jesteśmy na krawędzi życia i umierania, czy to w sennym letargu, czy w rzeczywistości, która wydaje się tak bardzo obca. Tytuł albumu nie jest jednak przekorny. Pomimo wygasających ducha wątpliwości (i zdarzeń) Anathema doprowadza swojego bohatera do szczęśliwego, choć na dystansie płyty ukrytego finału. Tak oto "The Optimist" w słowach odzwierciedla drobiazgowy proces jaki zachodzi w psychice człowieka zmęczonego swoim życiem. To ciekawa i aktualna historia, która może być autobiograficznym doznaniem każdego z nas.

Równie interesująco prezentuje się sama muzyka. Oprócz znanych już wytrwałym słuchaczom Anathemy motywów ("32.63N 117.14W") kapela kilkakrotnie mocniej przycisnęła na instrumentach, tworząc utwory dynamiczne i żywiołowe, co najmniej przypominające o rockowym rdzeniu zespołu ("Leaving It Behind", "Can’t Let Go"). Trzeba przyznać, że Anathema w takiej szybkiej, czerpiącej sporo z rocka konwencji wciąż wybrzmiewa zachwycająco. Szybkość jest atutem braci Cavanagh i rodzeństwa Douglas, choć na krążku "The Optimist" nie ma jej jednak zbyt wiele. Generalnie tego typu kierunki twórczości, ostrzenie rockowych pazurów, ustępują w muzyce zespołu już od jakiegoś czasu. Anathema aktualnie preferuje przestrzenność, zbliżając się coraz bardziej w okolice minimalizmu i czystej formy, aniżeli ekspresji postrzeganej na zasadzie instrumentalnych wyładowań.



Tak oto kapela z Liverpoolu to dziś w dużej mierze elektroniczne pejzaże, na których układają się, niczym łabędzie w pięknym stawie, rozmaite zagrywki, efekty i piękne sekcje wokalne, gdzie prym wiodą fantastyczni jak zawsze Lee Douglas i Vincent Cavanagh (w zawartości "The Optimist" można też usłyszeć Daniela Cavanagh w utworze "Wildfires"). W ten sposób celnie w ten aktualny styl zespołu wpisują się takie kompozycje jak "Endless Ways", "Ghosts" czy też tytułowa, będące wysokiej klasy przykładami art rockowego mistrzostwa w wykonaniu Anathemy. Instrumenty, niczym liście muskane przyjemnym jesiennym wiatrem, wdają się tu w przestrzenne dialogi z elektronicznymi efektami. A to niekiedy prym wiodą partie klawiszowe, jak w fenomenalnym instrumentalu "San Francisco", a to zespół dociera do minimalistycznej bariery swojej twórczości ("Springfield"), aby z melancholii uczynić prawdziwą muzyczną sztukę.

W zawartości "The Optimist" Anathema nie omieszkała też wprowadzić nieco eksperymentu. Pod tym względem wyróżnia się przede wszystkim kompozycja "Close Your Eyes", budząca nieco skojarzenia z jazzowymi wariacjami na temat rocka, co zapewnia nietypowa struktura utworu, w którym liczą się tylko partie klawiszowe i śpiew Lee Douglas. Bez pośpiechu, w oddaniu małym improwizacjom. Konwencję albumu łamie też wcześniej wspomniany utwór "Wildfires", gdzie można usłyszeć na wokalu Daniela Cavanagh. W tym przypadku mamy do czynienia z minimalistycznymi, eksperymentalnymi ścieżkami instrumentalnymi i nietypowymi jak na Anathemę pogłosami na poziomie instrumentów i wokali. Natomiast już bez eksperymentów, ale za to w klasycznej prog rockowej konwencji zespół z Liverpoolu zamyka album utworem "Back To The Start", tak jakby chciał przybić stempel na swoich progresywnych możliwościach i wyciągnąć się na chwilę z elektronicznych korytarzy dźwięku.

Album "The Optimist" nie jest więc odkrywczym materiałem w twórczości Anathemy, ale reprezentatywną wizytówką jej melancholijnego stylu. To piękne dzieło, wpisujące się ważnymi nutami w dyskografię kapeli i będące zarazem dopełnieniem niedopowiedzianej przed laty historii. Równocześnie wydaje mi się, że to ostatni tego typu album, na jaki mógł pozwolić sobie zespół, ponieważ jego następny krążek albo przesunie styl Liverpoolczyków w okolice naznaczonego elektroniką minimalizmu, albo przywróci Anathemie rockową świeżość. Na razie wypada zagłębić się w płytę "The Optimist", szczególnie nocą, gdy melancholia nabiera dodatkowej wymowy.