Dr Misio – "Zmartwychwstaniemy"

Konrad Sebastian Morawski, 04.07.2017 / foto: mat. pras.

nasza ocena:  

TAGI:

Zmartwychwstanie po polsku.

 Jakubik? Na stos! Derentowicz? Na stos! Matysek? Na stos! Kupis? Na stos! Prościński? Na stos! Polacy? Na stos! Niech płoną, antychrysty!

Trzeci duży album studyjny grupy Dr Misio pt. "Zmartwychwstaniemy" wywołał liczne kontrowersje długo przed premierą. Zaczęło się od singla "Pismo", czyli fajnego rockowego kawałka w stylu, do jakiego przyzwyczaiła ta kapela na poprzednich nagraniach. Okazuje się jednak, że fanatyzm religijny w powiązaniu z zakłamaniem niektórych hierarchów, o czym przecież opowiada kompozycja, jest dziś tematem tabu. W dodatku swoją rękę do teledysku dokumentującego singla przyłożył Wojciech Smarzowski, czyli – ekhm – twórca wyklęty, coraz mniej lubiany wśród kolejnych grup społecznych ze względu na swój bezkompromisowy i odważny styl mówienia o problemach Polaków. To stężenie emocjonalnego trotylu musiało walnąć szczególnie w tych sferach, które wypowiedziały mieszkańcom kraju mentalną inkwizycję – w mediach publicznych.
 
Album "Zmartwychwstaniemy" został więc wpisany na indeks dzieł zakazanych, dowodząc przede wszystkim faktu, że inteligentny sarkazm i mądry, choć kąśliwy komentarz do bieżących wydarzeń, nie mają prawa bytu w mediach nieodpornych na dyktat establishmentu. Pozostaje więc sięgnąć po refleksję dlaczego ewentualnym słuchaczom próbuje odebrać się prawo do wyrobienia własnego zdania na temat utworu "Pismo" i nowego albumu zespołu Dr Misio? Każdy dobry katolik i każdy dobry duchowny, których jest z pewnością więcej niż mniej, tracą w ten sposób możliwość podjęcia dyskusji na temat kondycji Kościoła w Polsce. A może media publiczne próbują swoich widzów traktować jak bezrefleksyjnych idiotów?



Co ciekawe w całej tej pozbawionej sensu nagonce na Dr Misio album "Zmartwychwstaniemy" jest oceniany bardziej według kryteriów społecznych, aniżeli samej muzyki, która okazuje się najmniej dotąd udanym wydawnictwem kapeli. To nie oznacza, że "Zmartwychwstaniemy" jest albumem słabym, ale na tle dwóch wielkich poprzedników, można odnieść wrażenie, że Dr Misio nieco spuścił z rock and rollowego tonu. To wszak najbardziej refleksyjne dzieło zespołu, częściej osadzone w ramach poetyki rockowej, aniżeli w tym imprezowym stylu, w jakim kapela przed czterema laty weszła na rynek albumem "Młodzi". W twórczości bandu najważniejsze są teraz słowa, co stanowi zachwianie proporcji, bo na poprzednich albumach celnym tekstem dorównywały świetne rockowe aranże. Tymczasem na krążku "Zmartwychwstaniemy" częściej daje się usłyszeć wpływy elektroniczne, aniżeli garażowe gitary.

Przesunięcie stylu zespołu nie zaprzepaściło jednak potencjału grupy. Wciąż wspaniale prezentuje się na wokalu Arkadiusz Jakubik, frontman jakiego ten kraj potrzebował, a wśród zarejestrowanych kompozycji szczególnie warto wymienić gorzką jak starannie zrobiona amfetamina balladę tytułową, oparte na fajnych i nieco prowokujących motywach instrumentalnych utwory "Ochroniarz" i "Po nas", czy też osadzona w retro klimacie kompozycja "Klubokawiarnia Smutek". Za to mniej do gustu przypadły mi numery przeładowane efektami ("Bądź moim Googlem", "Nonsens"), ale niewykluczone, że Dr Misio sięgając po tego typu patenty spróbował równocześnie sięgnąć do młodszej publiczności, a nie tylko do wapniaków po trzydziestce. W każdym razie w kompozycji "Halina" też znalazło się dużo nie-rockowych efektów, a utwór nosi i zapada w pamięć. Jak to z Halinkami bywa…



Warto dodać, że jak zwykle w przypadku grupy Dr Misio, tak również na płycie "Zmartwychwstaniemy" znakomite są teksty Krzysztofa Vargi i Marcina Świetlickiego. To celny opis rzeczywistości – tej dziś i wczoraj, i tej nieco wyidealizowanej w sentymentach. Z tego względu już dla samych tekstów i wokalu Arkadiusza Jakubika warto sięgnąć po nową płytę zespołu. Warto też po nią sięgnąć na pohybel, trochę jak w smutnej komunie, gdy muzyka antysystemowa była dobrym sposobem na podrażnienie władzy. Czy Dr Misio jest dziś antysystemowy? Pewnie tak samo, jak są brioszki na kolację, ale nawet za to można dziś trafić na stos. Niech więc płoną te antychrysty złością, jaka wypełniała żołnierzy walczących na Łuku Kurskim, tylko na następnym albumie poproszę więcej rock and rolla!