A Tribe Called Quest – „We Got It From Here… Thank You 4 Your Service”

25 lat w pigułce.

2016.11.16

opublikował:


Czy lata 90. są obecnie w odwrocie? To być może zbyt mocna opinia, choć niewątpliwie coś jest na rzeczy. Wśród młodych wykonawców można zaobserwować pewną zmianę myślenia. Najlepszym tego przykładem jest Lil Yachty, 19-latek, który niedawno zasłynął odważnymi deklaracjami, że nie potrafiłby wymienić nawet pięciu piosenek Notoriousa B.I.G. czy 2Paca. „To śmieszne, że trzeba coś robić tylko dlatego, że wszyscy inni tak robią. Tak jakbym musiał coś wiedzieć”, stwierdził Yachty. Dla jednych takie słowa były dowodem ignorancji, dla innych – wypowiedzeniem głośno tego, co dotychczas wielu spychało ze wstydem w podświadomość. W zasadzie jednak na Yachty’ego posypały się gromy. „Nie chwal się tym, że w ogóle nie znasz historii hip-hopu. Prawdziwi artyści najpierw poznają swoją branżę”, zaatakował Yachty’ego Anderson .Paak.

Nawet jeśli Yachty niechętnie wraca do lat 90., być może nowy, finalny album A Tribe Called Quest uzmysłowi mu, że mimo wszystko warto to robić. Wystarczy tylko, że przezwycięży niechęć do swojego dyskutanta – Anderson .Paak pojawia się gościnnie na „We Got It From Here…” – oraz skojarzenia, które może budzić nazwa „A Tribe Called Quest”. Przez ostatnie kilkanaście lat zwykliśmy wiązać ten zespół z epoką, która na dobre już minęła. Nadal więc trudno jest uwierzyć, że dziś, w 2016 roku, mamy możliwość przesłuchania premierowego materiału od Tribe’ów. Chyba tylko najwierniejsi fani liczyli na to, że sceniczna reaktywacja kapeli doprowadzi do powrotu do studia.

Nowy album ATCQ cieszy więc już z samego faktu, że zwyczajnie się ukazał. Jednak dla osób pokroju Yachty’ego istotniejsze może być co innego: fakt, że na „We Got It From Here…” jesteśmy świadkami pięknej podróży od początku lat 90. po dziś dzień. To może być bardzo pouczająca lekcja dla młodych wykonawców, a zarazem dowód na to, że między „dziś” a „wczoraj” nie ma tak wielkiego konfliktu, jak mogłoby się wydawać. Czy to znaczy, że omawiana płyta łączy oldschoolowe breaki z trapami? Nic z tych rzeczy. Po prostu konsekwentnie trzyma się pewnej pulsującej wciąż żyły – i dzięki temu może związać rok 1990 z 2016.

Tą żyłą jest oczywiście Native Tongues. Ten kolektyw, zawiązany pod koniec lat 80. przez takich wykonawców jak Jungle Brothers, De La Soul i ATCQ właśnie, choć nie przetrwał w pierwotnej formie, doczekał się wielu mniej lub bardziej oficjalnych kontynuatorów. Na „We Got It…” spotykają się różne pokolenia potomków NT. Czasami są to dalecy kuzyni w rodzaju Andre 3000. Innym razem to bezpośredni spadkobiercy tradycji jak np. Talib Kweli. W obu przypadkach mamy jednak do czynienia z wykonawcami, którzy debiutowali jeszcze w latach 90. Tymczasem album Tribe’ów przynosi dodatkowy zaciąg młodszych stażem MC’s, dla których spuścizna Native Tongues też jest piekielnie ważna. Wiedzą to wszyscy, którzy słuchali ostatnich albumów Kendricka Lamara czy Andersona .Paaka. Ba, nawet szybki przegląd dyskografii Kanye Westa przekonuje nas, że ten facet, w końcu szalejący niegdyś przy „Award Tour”, pojawił się na płycie Tribe’ów nieprzypadkowo.

Gdy piszę, że ten album wspaniale podsumowuje pokaźny wyimek hip-hopu ostatnich dwudziestu pięciu lat – od „People’s Instinctive Travels and the Paths of Rhythm” do „To Pimp a Butterfly” – wierzcie mi na słowo. Słychać na tej płycie naprawdę dużo. Zarówno ciepły, harmonijny dorobek Soulquarians – kolektywu, w którym działali m.in. Common, Erykah Badu, Bilal i The Roots – jak i brudne wygrzewy wytwórni Stones Throw. To zarazem fantastyczna kontynuacja producenckiej drogi Q-Tipa, który współprodukował pierwsze krążki ATCQ, następnie zaprosił do współpracy J Dillę, uległ urokowi jego ascetycznego brzmienia (albumy „Beats, Rhymes & Life” i „The Love Movement”), a po jego śmierci wypracował autorskie brzmienie i złożył hołd zmarłemu mistrzowi (singlowe „Move” z albumu „The Renaissance”).

Te wszystkie tropy obecne są zarówno w szerokim, ogólnym planie, jak i w detalach. Powyższą recenzję można by przeprowadzić bardziej drobiazgowo. Mógłbym wskazywać te momenty, gdy poszczególne inspiracje odzywają się wyraźniej. Mógłbym zachwycać się wymianą wersów między w „Dis Generation” – przypominającą czasy posse-cutu „Scenario”. Mógłbym porównać młodzieńcze, cięte „Black Spasmatic” z nieokrzesanym debiutem „People’s…”, a jednocześnie zwrócić uwagę na dojmująco współczesną perspektywę Q-Tipa, który w pewnym momencie wyobraża sobie, jak swoje wersy dokończyłby nieżyjący już Phife Dawg. Mógłbym wreszcie pokazać, jak „The Killing Season” jest zanurzone w tradycji Detroit, a „Ego” ze swoją trąbką momentalnie przenosi nas do lat 90.

Mógłbym, ale czy ten album się o to prosi? W żadnym wypadku. „We Got It From Here…” jest tak pomyślane, by słuchać go w całości, od początku do końca, a nie rozkładać na czynniki pierwsze. Wtedy to, co wzruszające, zachwyca nie tylko ze względu na sentyment, a każde raperskie niedociągnięcie (Jarobiego czy Consequence’a) okazuje się urokliwą niedoskonałością. A Tribe Called Quest nigdy nie nagrali słabego albumu. Nigdy.

Ocena: 5/5

Autor: Karol Stefańczyk

 

Zapisz

Polecane