Alice In Chains – “Rainier Fog”

Prace się przeciągały, ponieważ Cantrell szukał materiału "zgodnego ze standardami Alice". Znalazł?

2018.08.26

opublikował:


Alice In Chains – “Rainier Fog”

foto: mat. pras.

Czy pięcioletnia przerwa między płytami to długo? Artyści, zwłaszcza weterani, na ogół utrzymują, że nie. Bo najpierw pojechali w trasę, potem zrobili sobie krótkie wakacje, następnie wrócili na trasę i jakoś tak zeszło. Raczej nie garną się do tego, by przyznać, że przez 30 lat wystrzelali się z pomysłów i potrzebują czasu, by zebrać nowe. Tymczasem Jerry Cantrell mówił wprost, że wydłużony proces prac nad “Rainier Fog” wynikał z potrzeby napisania materiału “zgodnego ze standardami Alice In Chains”.

Nawet w czasach Layne’a Staleya to właśnie Cantrell był sercem Alice i to on stanowił o jakości grupy. Na nowej płycie potwierdził, że wybierając Williama DuValla na następcę Layne’a, podjął prawdopodobnie najlepszą z możliwych decyzję.

Po 12 latach czas przestać traktować  DuValla jako “tego nowego gościa”. Wokalista osadził się w na dobre w składzie Alice In Chains i na trzeciej płycie wreszcie wyrósł na równoprawnego partnera dla Jerry’ego Cantrella. Może czasem zdarza mu się “polecieć” Staleyem (najwyraźniej słychać to w “Red Giant”), jednak skupia się głównie na dopisywaniu własnych rozdziałów do historii grupy z Seattle. Na “Rainier Fog” znalazł się pierwszy samodzielnie skomponowany i napisany utwór Williama w Alice In Chains, czyli “So Far Under”.

“Rainier Fog” przynosi zdecydowanie więcej harmonii wokalnych aniżeli poprzednie płyty reaktywowanej Alicji. Jest też od nich nieco… pogodniejsza? Fakt, to określenie może zabrzmieć kuriozalnie w kontekście zespołu Cantrella, ale jest w pełni zasadne, bowiem na nowym krążku obok posępnych numerów znalazło się także miejsce dla kilku pozytywnych fragmentów. Druga połowa tytułowego utworu przynosi nośny dwugłos DuValla i Cantrella, częściowo akustyczne “Fly” i “Maybe” przywodzą na myśl “Voices” z “The Devil Put Dinosaurs Here”. Do tego jest jeszcze rozpędzony, hardrockowy “Never Fade”, który kwartet zadedykował Chrisowi Cornellowi. Alice In Chains nie brzmieli tak przyjaźnie od epki “Jar of Flies” sprzed 25 lat.

Jest lepiej niż poprzednio

Cantrell od lat podkreśla, że mityczny grunge to właściwie nie do końca wiadomo co, a on sam po prostu gra metal. “Rainier Fog” nie jest w tym przypadku wyjątkiem. W “Red Giant”,”Drone” czy “So Far Under” Jerry chętnie kłania się riffowej szkole Tony’ego Iommiego. Z kolei masywny, ale rwany riff z otwierającego płytę “The One You Know” można porównać do przemarszu gigantów, którzy niszczą wszystko na swojej drodze. Ciężar i depresyjny klimat od zawsze są wizytówką Alice In Chains i “Rainier Fog” absolutnie niczego w tej sytuacji nie zmienia.

Mało który zespół mający równie długi staż może się pochwalić tak równą dyskografią. Nawet jeśli poprzedniczka “Rainier Fog” nieco odstawała od wspomnianych na początku “standardów Alice In Chains”, było to spowodowana niepotrzebnym rozwleczeniem materiału do blisko 70 minut. Nowy album wypada na tym tle znacznie lepiej, zamykając się w niespełna godzinie. “Rainier Fog” to krążek pod każdym względem lepszy “The Devil Put Dinosaurs Here”, jednak nie tak dobry jak imponujące “Black Gives Way To Blue”, które prawdopodobnie na zawsze pozostanie szczytowym osiągnięciem “nowego” Alice In Chains.

Maciek Kancerek
Ocena: 4,5/5

Tracklista:

1. The One You Know
2. Rainier Fog
3. Red Giant
4. Fly
5. Drone
6. Deaf Ears Blind Eyes
7. Maybe
8. So Far Under
9. Never Fade
10. All I Am

  • spirit

    recenzowanie “nowych” płyt AIC zawsze będzie karkołomnym zadaniem – trzeba wspomnieć o zmianie wokalisty, nawiązaniu do przeszłości, zachowaniu stylu AIC, itd. a prawda jest o wiele prostsza… nikt nie będzie mierzył ciężkości riffów, długości “wokali”, czy badał teksty, bo zwyczajnie popadnie w śmieszność… ja do nowych płyt AIC wracam często, doceniając ich “przebojowość” (czyli łatwość wpadania utworów w ucho), ale dopiero przy “Rainier Fog” miałem tak, że po pierwszym przesłuchaniu polubiłem półtora kawałka (All I Am i drugą połowę utworu tytułowego) i zostawiło mnie to w lekkim szoku… wróciłem na początek… i po kolejnym przesłuchaniu doszedł zachwyt przy Red Giant… kolejna powtórka i nagle Maybe pięknie zakołysało… i tak sobie od tygodnia powtarzam ten album raz dziennie i bardzo doceniam kolejne smaczki… a gdy chcesz wracać do płyt AIC to to jest dla mnie wyznacznik, że chłopaki nagrali coś, na co czekałem, czyli ode mnie 9/10, bo wg mnie ta płyta jest o jeden utwór za krótka.

Polecane