Benjamin Clementine – „I Tell A Fly”

Im trudniej, tym lepiej.

2017.10.14

opublikował:


foto: mat. pras.

To nie jest łatwa płyta. Zresztą chyba nigdy nie miała być – praktycznie cała artystyczna kariera Benjamina Clementine’a to zdobywanie kolejnych etapów w artystycznej wspinaczce na muzyczny szczyt. To również nieustanne podnoszenie sobie poprzeczki. Wydaje mi się nawet, że albumem „I Tell A Fly” brytyjski wokalista umieścił ją na wysokości Mount Everestu. Spróbujecie się zmierzyć z takim wyzwaniem? Z ręką na sercu oświadczam, że warto! Ale ostrzegam – lekko nie będzie.

Pamiętacie jego oficjalny debiut płytowy „At Least For Now” z 2015 roku? Benjamin Clementine objawił się nim jak supernowa. Niczym feniks z popiołów. I wstrząsnął (chyba nie tylko) mną jak chyba żaden inny artysta. Ale kiedy dziś słucham jego nowego materiału, to myślę sobie, że – przy ogromnym kunszcie i unikatowym pięknie tamtych piosenek – był to dopiero przedsmak, przystawka przed tym, co serwuje nam teraz Brytyjczyk – zjawiskowy pieśniarz o talencie, który trudno zmierzyć. I muzycznej wyobraźni, która wymyka się wszelkim definicjom. Ale czy wiecie, jak to się zaczęło?

Urodził się 29 lat temu w Londynie (jako piąte, najmłodsze dziecko; rodzice pochodzą z Ghany) i jest samoukiem – zarówno jak chodzi o śpiew jak i grę. Nie umie też czytać nut. Pierwszy instrument? Zabawkowe pianinko. Pierwsza ucieczka z domu? W wieku 17 lat. Pierwszy publiczny występ? A capella w metrze w Paryżu, gdzie mieszkał przez cztery lata. To właśnie tu został odkryty przez dwóch producentów z malutkiej francuskiej wytwórni Behind. Szybko jednak przerzucił się (tak po prostu) na fortepian i nagrał EP-kę „Cornerstone” (2013).

Rodzinna Anglia pokochała go niedługo potem, zachwycona zarówno wspomnianym mini-krążkiem, jak i występem na żywo w lubianym i prestiżowym programie „Later… with Jools Holland”, a wreszcie drugą EP-ką „Glorious You” (2014).

Pokochanie tego debiutanta od pierwszego usłyszenia nie jest jednak takie oczywiste. Spotkanie z muzyką Benjamina to bowiem doznanie niemal ekstremalne – jednym słuchaczom sprawi frajdę i przyjemność, ale dla innych może być wielkim i trudnym wyzwaniem. Swoim zbiorem pięknych, ale też wymagających i odważnych piosenek z albumu „At Least For Now” Clementine nie brał jeńców. Stąd skrajne reakcje fanów – bo to artysta z rodzaju tych, których albo pokochasz, albo znienawidzisz. Kojarzycie? Takie same recenzje i emocje towarzyszyły objawieniom Antony and the Johnsons, czy – oczywiście w mniejszym stopniu – sióstr Casadych z duetu CocoRosie czy Davendry Banharta. Nazwiska te wymieniam nieprzypadkowo – 2 lata temu Benjamin poruszał się w podobnych muzycznych obszarach. Jednocześnie już wówczas był – w zaskakujący i zachwycający sposób zarazem – tak wyjątkowy, że trudno było go porównać z kimkolwiek! Choć pokusy zawsze są ogromne – nic tak przecież nie ułatwia odbioru sztuki, jak właśnie porównanie z kimś lub czymś już znanym, oswojonym, bezpiecznym. Problem w tym, że Benjamin nie jest łagodny i łatwy. Wręcz przeciwnie – jest dziki, szalony, niebezpieczny. Nie mam co prawda pewności, ale zachodzi prawdopodobieństwo, że diabelnie utalentowany Anglik podpisał pakt z… szatanem. Chyba, że mamy do czynienia z Iskrą Bożą?

Eventim

Ale mniejsza o to. Ważne, że w tej dzikiej, nieposkromionej, czasem minimalistycznej, a kiedy indziej rozbuchanej w niemal… teatralny sposób muzyce Benjamina i jego sposobie śpiewania – „czarnym”, męskim i natchnionym – słyszę również Terry’ego Calliera, Screamin’ Jaya Hawkinsa, Nicka Cave’a, ale też Jamesa Blake’a i Jamiego Woona. Obcując z „„I Tell A Fly” tak naprawdę najlepiej jednak zresetować system, zapomnieć o wszystkim co było i zacząć inaczej, na nowo myśleć o muzyce.

Nie wierzycie? No to przekonajmy się! W otwierającej album kompozycji „Farewell Sonata” Benek wychodzi od muzyki klasycznej, by z czasem zmienić klimat na ostry, niemal art-rockowy. No i ten niepodrabialny śpiew, mocno podszyty soulem, który staje się niski, niepokojący – jak w kolejnym „God Save The Jungle” z genialnym motywem przewodnim zagranym na… klawesynie. Fajnie tu grają również smyki i dęciaki, a bywa również tak, że Clementine daje pole do opisu chórowi, co najlepiej słuchać w wodewilowym „Better Sorry Than Asafe” – chyba najtrudniejszym, najbardziej eksperymentalnym utworze w tym zestawie.

Zresztą pierwsza część tego krążka jest faktycznie bardzo odważna – posłuchajcie choćby „Phantom Of Aleppoville” – ileż tu jest wątków i zmian tempa! Nawet w „Paris For Blimey” miły klimat francuskiej chanson Benjamin „psuje” niepokojącymi, arytmicznymi wstawkami. Dopiero w singlowym „Jupiter” pojawia się „normalna”, wręcz popowa melodia. A potem znów mocne doznania – fantastyczny, mroczny klimat „Ode From Joyce” czy breakbeatowy (!) puls „One Awkward Fish”. A to wszystko z obowiązkowymi dźwiękami fortepianu – raz galopującego i krnąbrnego, kiedy indziej lirycznego – jak w finałowym (dla mnie najlepszym w tym zestawie) „Ave Dreamer”, który pięknie kończy tę wspaniałą, ale wymagającą płytę niemal erotycznymi, afro-beatowymi rytmami.

A o czym jest to wszystko? Trzymajcie się mocno! Bo, jak mówi sam muzyk: „Napisałem ten album jako sztukę teatralną. To opowieść o dwóch muchach, które razem wyruszyły na odkrywanie świata. Wkrótce jedna opuszcza drugą. A ja wcielam się w rolę narratora”. I wszystko może byłoby śmieszne (płyta o muchach?), gdyby nie poważne tematy i konteksty poruszane w tych tekstach. Takich, jak „Phantom Of Aleppoville” – osobisty, oparty na własnych, traumatycznych przeżyciach z dzieciństwa komentarz artysty do tego, co dzieje się na Bliskim Wschodzie…
Oto wielka płyta. Bez dwóch zdań.

Artur Szklarczyk
Ocena: 5/5
Tracklista:
1. Farewell Sonata
2. God Save the Jungle
3. Better Sorry Than a Safe
4. Phantom of Aleppoville
5. Paris Cor Blimey
6. Jupiter
7. Ode from Joyce
8. One Awkward Fish
9. By the Ports of Europe
10. Quintessence
11. Ave Dreamer

Polecane